Złodziej Magii Tom 1

Autor: Sarah Prineas

Okładka wydania

Złodziej Magii Tom 1

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 2 votes

Polecam:


Podziel się!

Wybierz opinię:

Odcień purpury

Conn zamieszkujący najgorszą i zarazem najbiedniejszą z części miasta zwanej Zmierzchem, zajmuje się drobnymi włamania oraz kradzieżami kieszonkowymi. Pewnego dnia spotyka idącego samotnie ulicą starca, który w oczach chłopca staje się idealną ofiarą. Na nieszczęście przedmiot który zwinnie wyciąga z kieszeni mężczyzny okazuje się być kamieniem w którym magowie gromadzą całą swoją energię magiczną, noszącym nazwę locus magicalicus. Nagły rozbłysk magii zwraca uwagę starca, który chwyta Conna i z zaskoczeniem stwierdza, że kamień nie zabił chłopca, co powinno mieć miejsce w każdym innym wypadku. Tak oto ze zwykłego złodzieja i włamywacza Conn staje się uczniem Nevery'ego – maga, który przed dwudziestoma laty został skazany na wygnanie z miasta. Jednak nie tylko edukacja zajmie czas potężnego maga, ponieważ Wellmet grozi kryzys związany z nagłym spadkiem poziomu magii, bez której żadne miasto nie jest w stanie dłużej przetrwać.

 

Z racji tematyki, w książce poświęcono trochę miejsca samej istocie magii, przedstawiając dwa traktaty mówiące o prawdopodobnej przyczynie kumulowania się jej ładunku w danym miejscu, jak i jej zbawiennym wpływie na rozwój handlu, prace fabryk oraz samą pogodę. Przedstawiona została również szkoła dla zamożnych studentów i osób o potencjale magicznym nosząca nazwę Academicosu, w której między innymi składuje się ogromne ilości kamieni, które w przyszłości mogą okazać się locusem magicalicusem któregoś z początkujących magów. Wątek poszukiwania kamienia gromadzącego moc, zajmuję ważną pozycję w książce, ponieważ tylko dzięki odnalezieniu swojego locusa magicalicusa Conn będzie mógł kontynuować naukę w Academicosie oraz liczyć na większe zainteresowanie ciągle zajętego swoimi sprawami mistrza Navery'ego.

 

Ta pełna magii książka przeznaczoną jest dla młodszych czytelników i z racji takiego doboru grupy wiekowej książki napisana jest prostym językiem, który przenosi nas od punktu do punktu dalej, w głąb fabuły. Postacie są ciekawie skonstruowane, chociaż nie dowiadujemy się o nich i ich przeszłości zbyt wiele. Jedyne informacje jakie autorka odkrywa przed czytelnikami łączą się bezpośrednio z postępem w fabule, niestety nie zostawiając nam nic poza tym.

 

Na uwagę zasługuje również wydanie książki. „Złodziej magii" opatrzony jest przy każdym początku rozdziału obrazkiem oraz na końcu wpisem z dziennika Navery'ego, często urozmaiconym fragmentami listów oraz informacją zapisaną za pomocą alfabetu runicznego Wellmet, który znajduje się w całości na końcu książki.

 

Znajdziemy tam także spisy postaci i miejsc występujących w powieści, z krótkimi opisami oraz dwa przepisy na stanowiące nieodłączny element przygód głównego bohatera biszkopty, zapisane w dwóch wariantach „Biszkopty Beneta" oraz „Biszkopty Conna".

 

Na koniec warto dodać, iż książka stanowi bardzo przyjemną i bardzo relaksującą lekturę, która na pewno spodoba się młodszym czytelnikom, ale również i starszym osobom, chcącym miło spędzić czas w towarzystwie sympatycznego złodzieja, magii i oczywiście nieodzownych biszkoptów. Gorąco polecam.

Łędina

Pamiętacie lektury z podstawówki lub gimnazjum, które nauczycielki języka polskiego próbowały w nas wmusić? A może jesteście jeszcze w tym wieku i nadal musicie zmagać się z czarną, nudną stroną naszego szkolnictwa? Tamte książki, które czytaliśmy z czystego obowiązku dłużyły się niezmiernie. Wielu nawet nie potrafiło przejść przez nie do końca. I ja też wiele razy poległam przy lekturach szkolnych. A choć "Złodziej magii" należy do dzieł współczesnej lektorki i wyszedł w naszym kraju niemalże rok temu, nie można porównać go do ciekawszych pozycji, niż właśnie te z półek szkolnej biblioteki.

 

Conn jest sierotą, ulicznikiem i na dodatek drobnym złodziejaszkiem. Chłopiec kradnie, aby przeżyć. W mrocznej rzeczywistości, dzień, który nie różni się od wielu innych jest jednak dla niego tym, w którym zmienia się jego całe życie. Wyjmując z kieszeni Nevery'ego – potężnego maga, jego artefakt, któremu ten zawdzięcza moc, nawet nie wie, na jakie niebezpieczeństwo się pisał. Starzec w zasadzie jest zadziwiony, że jego locus magicalicus go nie zabił. Od tej chwili mag postanawia przyjrzeć się bliżej chłopcu, a widząc u niego potencjał i chęci, wziąć go na ucznia. W drodze do nowej przyszłości jest jednak jeden haczyk. Conn ma miesiąc, aby znaleźć swój kamień mocy. Wszyscy mistrzowie pomagają swoim protegowanym, jednak nauczyciel chłopca stawia go w tej trudnej sytuacji, że nie ma czasu, aby mu pomóc. W Wellmet dochodzi do spadku magii. Mężczyzna wrócił do miasta po dwudziestu latach banicji, aby dowiedzieć się co jest tego przyczyną.

 

Mogłoby się wydawać, że dwa lata po wydaniu ostatniego tomu fenomenalnego cyklu o Hardym Porterze, to wystarczający czas, aby wejść na rynek z czymś podobnym, co mogłoby go zastąpić, przynajmniej młodszym czytelnikom. Niestety, ale choć w "Złodzieju magii" mamy również powiązania uczeń – starszy mistrz, tak jak we wcześniej wspomnianej pozycji, do rewelacji J. K Rowling, Sarah Prineas daleko. Książka, owszem, otwiera przed nami swój własny wymyślony świat, pełen magicznych artefaktów i sympatycznego chłopca, jako postać główną, ale jest to tylko kilka zalet, pośród wielkiej gamy wad tej pozycji.

 

Przenieśmy się może do samego początku tytułu i tego, jak autorka postanowiła rozpocząć pierwszy tom serii. Conna poznajemy w momencie, kiedy szykuje się do spenetrowania zawartości kieszeni Nevery'ego. Chłopak znajduje magiczny artefakt, jest świadkiem tego, jak ten pulsuje magią w jego rękach, a potem zanim zdążymy nacieszyć się chwilą, oddaje go. Nie taki rozwój akcji sobie wyobrażałam. Spodziewałam się również, że potem cała książka będzie tętnić od tajemnic i dynamicznych chwil, jednak Sarah Prineas, jak mało kto, brnie grubą linią oporu, przed tym co najlepsze. Cała książka, choć ciężko to przyznać, jest gładka i (co jest wielkim zaskoczeniem dla mnie) nudna.

 

Conna i Nevery'ego można porównać do Harry'ego Pottera i Albusa Dumbledore'a, jednak jest to tylko powierzchowne porównanie. Sam Conn to ciekawski, inteligentny chłopiec, który chce zmienić swoje życie. Postać jest wielką tajemnicą, bo nie wiadomo, jaką przyszłość zgotowała dla niej twórczyni fabuły. Inaczej sprawy się mają, jeżeli chodzi o jego mistrza. Mężczyzna w cylindrze, o lasce, z długą brodą i krzaczastymi brwiami nie jest taki sympatycznym, jak byśmy chcieli. Z wszystkich postaci, to właśnie ten bohater denerwował mnie najbardziej i powodował, że mam o książce takie zdanie, a nie inne. Moja wizja mistrza i mentora jest taka, starszy pan - jeżeli już nim musi być – z wiedzą do przekazania i opiekuńczy. W tym staruszku tego nie znalazłam. Magowi nie zależało na swoim uczniu i nic nie wskazuje, aby to miało się zmienić. Jak sam czarodziej mówił, jego uczeń go denerwował pytaniami i wścibskim charakterem. Przez całą książkę miałam wrażenie, że ten człowiek nie ma szlachetnych zamiarów względem swoje ucznia, to sugerowało jego zachowanie.

 

Drugą rzeczą, która może nie być czytelnikowi w smak, to świat książki. Miasto Wellmet, aż do bólu przypomina Londyn, za dawnych czasów. Widzimy to w opisach, nazwach ulic oraz ilustracjach książki. Nie można, więc mówić o całkowitym tworzeniu świata powieści, jeżeli przypomina on już coś, co widzieliśmy. Ponadto nazwy zaklęć i artefaktów magicznych były do siebie niesamowicie podobne. Wszystkie niemal kończyły się na tą samą sylabę.

 

W tym wszystkim największą zaletę pełni fakt, że Conn uważał się za ucznia Nevery'ego, zanim ten w ogóle go nim mianował. Taka sytuacja, była bardzo ciekawa. Czytelnik wiedział, co jest grane, a główna postać nie. Wszystkie uczucia, których Conn nie mógł doznać na ulicy, a poznał je teraz również były sympatycznym zjawiskiem. Ze strony Nevery'ego oryginalna jest też przeszłość, którą zapewne potencjalny odbiorca będzie chciał poznać. To może popychać do dalszego brnięcia przez książkę.

 

Pod wspaniałą oprawą okładki, jak i ilustracjami, kryje się naprawdę mała oryginalna fabuła. Sarah Prineas nie doceniła chyba dzieci, dla których jest książka, co spowodowało, ze nie dała z siebie wszystkiego. Książce przydałoby się ostrzejszych pazurków, więcej szczegółów oraz postaci, bo tych jest naprawdę mało. Mimo wszystko wierzę, że tytuł znajdzie swoich adoratorów, szczególnie u młodszych czytelników. Dla osób szukających coś bardziej uniwersalnego proponuje serię "Zwiadowcy", tego samego wydawnictwa. Zbiór, chodź liczący sobie już kilka tomów, nadal jest oryginalny. Poza tym wierzę, że wydawnictwo Jaguar posiada w swoich archiwach lepsze pozycję, a "Złodziej magii" to jedynie jedna czarna owca, na sto białych.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: