Dziewięć Wcieleń Kota Deweya

Autor: Vicki MyronBret Witter

Okładka wydania

Dziewięć Wcieleń Kota Deweya

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Wybierz opinię:

Bujaczek

Jako osoba, która ma fioła na punkcie zwierząt nie mogłam przejść obojętnie obok tej pozycji. Żałuję tylko, że wcześniej nie natknęłam się na pierwszą część, ale nie przeszkadza to w czytaniu kontynuacji. Niecierpliwie czekałam aż książka się ukaże i będę mogła się do niej dobrać. Jaką niespodziankę sprawiło mi wydawnictwo Znak przed premierą nie jestem w stanie opisać.

 

Zaczyna się od Prologu, który przybliża nam trochę losy Deweya opisane w „Dewey. Wielki kot w małym mieście". Składa się też z dziewięciu historii o kotach i tym jak wpłynęły na ludzkie losy. W każdym z kotów autorzy znajdują coś z Deweya i stąd pewnie tytuł książki. Pośród tych dziewięciu historii moją uwagę przykuło szczególnie kilka historii. Między innymi o kotce Tobi. Była to kotka Yvonnie. Dziewczyny, która była skromna, cicha i niepewna siebie. Yvonnie potrzebowała przyjaciela, który by ją rozumiał bez słów i był zawsze z nią dla niej. Znalazła takiego przyjaciela w Tobi. Kolejny kociak, który podbił moje serce to Duszek. To był kot, który zawsze spadał na przysłowiowe cztery łapy. Przeżył atak sowy, spotkanie z niedźwiedziem, a nawet wywiezienie na śmietnik (nie, nie przez właściciela) i powrót do domu (30km). Najważniejsze jednak w tym wszystkim było to, że Bill – właściciel – nie czuł się samotny i czuł, że był komuś potrzebny. W pamięci na długo zostanie mi jeszcze na pewno historia Bożonarodzeniowego kota. Bot (jak w skrócie nazywali go właściciele) jako mały kotek wpadł do sedesu. Gdy już Vicki myślała, że nie żyje on... on zawalczył ożycie i wygrał.

 

„Mówi się, że miłość to połączenie odrobiny szczęścia i zbiegu okoliczności. Odpowiednia osoba – albo odpowiedni kot – zjawia się w odpowiednim czasie i – bum! – w jednej chwili twoje życie ulega zmianie."*

 

Tak właśnie było z Vicki. Nie lubiła kotów – pokochała Bota, a potem i inne koty. Przy okazji ratowania Bota sama podnosiła się z dołka. Uratowała Bota, ale i siebie.

 

Dziewięć różnych historii, w których jest zawarte jak koty potrafią leczyć dusze, pomagać i kochać. Śmiałam się i płakałam czytając o ich perypetiach. Denerwowałam się gdy w jednej historii nie pomyśleli o sterylizacji. Ale najbardziej to uśmiechałam się z czułością i zrozumieniem. Rozumiałam bul właścicieli gdy ich pupile chorowały i nie można nic było zrobić, a jedynym wyjściem było uśpienie. Na początku jest wzmianka by nie oceniać tych decyzji. I ja się pod tym podpisuję. Podjęcie takich decyzji nie jest ani łatwe, ani proste.

 

Polecam ją wszystkim, którzy kochają koty i tym, którzy czytali poprzednią książkę. Naprawdę warto.

str. 180

Kasiek

Nigdy w życiu zapewnie nie zmądrzeję. Nie ma takiej opcji.
Co mnie skłoniło do takiej refleksji? Ano lektura książki „Dziewięć wcieleń kota Deweya". Okazało się że jestem istotą, której opisy trudnego zwierzęcego życia wzruszają do łez nawet w miejscach publicznych. Dlatego przestrzegam Was! Nie czytajcie w autobusach, parkach, na przystankach! Chyba, że chcecie żeby Was za dziwaków wzięli.

 

Ta książka niesamowicie do mnie trafiła! Mimo, że osobiście uważam, że za dużo było prywaty, autorka owszem kochała Deweya, ale za dużo pisze o sobie. Za którymś razem zaczęło to drażnić, bo nie wzięłam książki do czytania o człowieku, miało być o kocie. O kotach. Książka napisana nie jakimś super wyrafinowanym językiem opowiada historie kotów które dla kogoś były wszystkim. Opowiada o kociej miłości opatulonej w futerko gotowej bronić ukochanego ludzika ostrymi pazurkami. Kochającej człowieka całym swym – często – poharatanym przez życie serduszkiem. To zbiorek ludzkich historii, opowieści ludzi, którzy w którymś etapie swojego życia zdecydowali przygarnąć kociaka do domu. Poczytajcie i zobaczcie jaka nagroda ich spotkała. Wiem o czym Ci ludzie piszą bo moja Mela też jest przygarnięta i gdy szlochałam nad którąś z historii, potworek wskoczył na łóżko (uprzednio wołając o tradycyjny kocyk) zaczął się Mizia a później zaglądnął mi w oczy jakby z pytaniem dlaczego płaczę jednocześnie każąc mi przestać.

 

Książka nie jest dla ludzi którzy nie wierzą w tak bliski kontakt zwierzęcia i człowieka, bo cała książka będzie ich denerwować, może oburzać. Dla mnie było to potwierdzeniem tego co przeżywam. Piękne i wzruszające historie. Nie ukrywam, że nie raz płakałam jak bóbr.

 

Polecam całym sercem wszystkim wielbicielom kotów, fanom zwierząt dla których zwierzaki to ktoś więcej niż tylko stojący niżej w drabinie ewolucji stwór.

 

Nie czytałam pierwszej części, ale to mi zupełnie nie przeszkadzało, pokochałam Bożonarodzeniowego Kota, Duszka i Ciasteczko, te historie szczerze wycisnęły mi łzy z oczu, dobre łzy i napełniły masą dobrej energii, dobrych uczuć i mnóstwem nadziei.

Łędina

Mieliśmy już okazję zapoznać się z "Psem podróżującym koleją", którego l wzruszającą historię zazwyczaj każdy przechodzi w podstawówce, teraz mamy okazję poznać kota Deweya, który mieszkał w bibliotece i zmieniał życie ludzi na zawsze.

 

Spencer w Iowa było małym miasteczkiem przez które ludzie przejeżdżali, a nie do którego przybywali w odwiedziny, czy inne mniej ważne sprawy, niż sama konieczność. Wszystko jednak zmieniło się, kiedy do jednej z miejskich bibliotek przybył Dewey, a może nie bardziej jak przybył, a dorósł. Mały kot, zaledwie kilkutygodniowy, nie ważący więcej od wróbla został wrzucony do żelaznej skrzynki, przez okienko do oddawania książek w godzinach kiedy biblioteka jest zamknięta. Ktoś zrobił to najprawdopodobniej z aktu łaski, gdyż na dworze było bardzo zimno, a mały zagubiony kociak, nigdy by nie przeżył takiej dziesięciogodzinnej nocy na mrozie, nawet człowiek by tego nie potrafił. Odnalezienie przez właścicielkę biblioteki kociaka, umycie go, nakarmienie i przygarnięcie na stałe, było dopiero początkiem, gdyż Dewey okazał się nie tylko pociechą i towarzyszem dla swoich właścicieli, ale i również dla wszystkich mieszkańców Spencer, a potem i dla tysięcy innych osób. Teraz po śmierci kota, który dawał wielu pociechę, radość, szansę na nowe życie oraz był powiernikiem wielu sekretów i po prostu przyjacielem, jego właścicielka postanowiła opublikować w swojej drugiej książce dziewięć wybranych opowiadań z tysięcy nadesłanych listów, fanów kota Deweya. Trzy opublikowane wspomnienia należą do osób, które znały osobiście Deweya i które w ten sposób chciałyby uhonorować jego śmierć, a sześć pozostałych opowiadań to po prostu wspomnienia czytelników poprzedniej książki właścicielki, osób, które w swoich pupilach widzą Deweya i dla których ten kot zrobił więcej niż ktokolwiek by przypuszczał, nawet jeśli go nie znały. Zapoznaj się z tymi dziewięcioma wspaniałymi opowieściami, może i w twoim zwierzaku tkwi anioł?

 

Historia Deweya została już opublikowana w książce "Wielki kot w małym mieście", jednaj jak wspomina w rozpoczęciu książki sama autorka, "Dziewięć wcieleń kota Deweya" wcale nie jest drugim tomem, więc spokojnie można poznawać magię jej bohatera, nawet od tego tomu.

 

Nie miałam niestety okazji jeszcze zapoznać się z "Wielkim kotem w małym mieście", ale po przeczytaniu tej właśnie książki, nie wątpię, aby tytuł był omylny, gdyż ze wspomnień osób, które znały kotka, a nawet tych na które życie wpłynęła książka, śmiem twierdzić, że to naprawdę kot był wielki, a miasto małe.

 

W poprzedniej książce pani Vicki Myron opisała swój kawałek życia i to dość spory, bo aż dziewiętnaście lat z Deweyem. Książka opowiadała historię od momentu znalezienia kociaka, aż do chwili jego przykrej i bolesnej, nie tylko dla właścicieli śmierci. Teraz poznając odczucia innych osób, mamy urzeczywistnienie faktu, że ten kociak był naprawdę wyjątkowy i zmieniał świat a już na pewno dawał ludziom nadzieje na lepsze jutro.

 

Przed opublikowaniem "Wielkiego Kota w Małym Mieście" Dewey był znany, nawet wtedy pisały o nim gazety oraz mówiły różne programy telewizyjne. Dorośli ludzie przyprowadzali do biblioteki, w której mieszkał swoje dzieci, aby te poznały czworonoga, te mówiły o nim dalej i ta jego nie codzienność rozrastała się coraz dalej i dalej. Nadszedł nawet czas, kiedy ludzie, zupełnie obcy przyjeżdżali do Spencer, aby go poznać i poczuć miłość zwierzaka do ludzi. Jak wspomina między innymi jago właścicielka oraz autorka książki, sama nawet nie wiedziała ilu ludziom jej kot dawał szczęście, dopiero przekonała się o tym po jego śmierci.

 

Książka, jak wspominałam w opisie, opowiada o dziewięciu osobach i ich przeżyciach. Trzy współpracujące osoby, to wielbicielki Deweya z miasta, z którego pochodził szóstka innych, to wspomnienia i sytuacje, kiedy to właśnie ich koty okazały się tak wyjątkowe jak sam bohater powieści.

 

W czasie czytania każdego z wątków, można mieć różne przeczucia. Czasami wspomnienia te budzą naprawdę wielki smutek, który towarzyszy nam już od samego prologu, który jest słowami autorki, między innymi do czytelników i podziękowaniami do osób, które brały udział przy tworzeniu książki, znowu podczas innych rozdziałów możemy napotkać na humor, niebywałe szczęście, rzeczy, które mogą budzić nasz sprzeciw oraz odrazę, a nawet mieszaninę smutku i radości w jednym. Tyle uczuć w jednej, niezbyt grubej książce, tworzonej przez dziewięć różnych osób, nieprawdopodobne, prawda?

 

Ja, jako sama czytelniczka jestem pod naprawdę wielkim wzruszeniem po przejściu przez książkę. Jeszcze nigdy się spotkałam się z taką bombą uczuć. "Dziewięć wcieleń kota Deweya" wyciska łzy jak cytryna, a jednocześnie słodzi życie jak cukier. Podczas swojej przygody z książkami, których było już dość sporo, nie spotkałam się jeszcze z taką, która by wyciskała łzy podczas czytania prologu, a przecież był to dopiero początek, więc wyobraźcie sobie, do czego doszło potem.

 

Dewey był wspaniałym kotem i nie trzeba było go znać, aby w to wierzyć. Jak wspominają jego wielbiciele, pomógł im przetrwać najtrudniejsze okresy ich życia i odnaleźć szczęście w momentach, kiedy to właśnie ich koty były ostatnimi towarzyszami, czasem jedynymi. Po tej książce można właśnie się przekonać, do jakiego stopnia ludzie są w stanie kochać swoich pupili i jak cierpieć po ich stracie.

 

Osobiście nigdy nie przepadałam za kotami, nawet nimi nieco gardziłam, jednak po tej książce nauczyłam się je cenić, tak samo jak ukochane psy i inne zwierzaki. Po debiucie "Wielkiego Kota w Małym Mieście" miliony ludzi oszalało na punkcie jego historii, teraz Dewey wrócił po krótkim czasie odpoczynku do pamięci dawnych oraz nowych czytelników, jak wpłynie na ich życie? Przekonamy się niebawem.

 

Książka nie jest najgrubsza, tak jak wspominałam wcześniej, jednak też nie jest pisana największą czcionką, co powoduje, że znajdziemy w niej bardzo dużo ciekawego tekstu. Każda historia kieruje za sobą jakąś miłą naukę, dlatego też uważam, że książkę powinni przeczytać wszyscy, nie zależnie od stosunku do życia i nastawienia do kotów. Powieści rodzice mogą przeczytać również swoim dzieciom, gdyż będą to dla nich na pewno nie szkodliwe, a przydatne lekcje. Na koniec mam nadzieję, że uwierzycie mi na słowo, że książka jest naprawdę taka dobra, a nie pomyślicie, ze napisałam tak, tylko dlatego, że dostałam ją od wydawnictwa i to dla niego piszę tą recenzję. Tom naprawdę jest wart przeczytania.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: