Zamieć Śnieżna I Woń Migdałów Camilla Läckberg

Wybierz opinię:

Scathach

Najnowsza książka Camilii Läckberg od pierwszych stron przypomniała mi rozwiązaniami konstrukcyjnymi i fabularnymi teksty Agaty Christie.
Kilka osób zamkniętych w domu na wyspie odciętej od reszty świata, z powodu zamieci śnieżnej - to koncept niejednokrotnie w wielu wariantach realizowany u królowej kryminału.

 

Pewnie z tego powodu, z taką przyjemnością czytałam tekst Läckberg, który choć utrzymany w podobnej konwencji, miał pewne znamiona wyjątkowości. Intryga nie była tak zmyślnie skonstruowana jak u Christie, o wiele prościej było domyślić się rozwiązania, jednak jako klasyczna mikropowieść kryminalna, ta książka stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie.

 

Co więcej, była to moja pierwsza styczność z twórczością tej autorki, która z całą pewnością zaowocuje kontynuacją kolejnej czytelniczej przygody.

 

Ad rem.
Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, sprzyjające rodzinnym spotkaniom, a także rozkwitowi miłości i wkradaniu się w łaski rodziny swoich ukochanych. Policjant Martin Modlin, zaręczony z piękną dziewczyną, jedzie na wyspę Valon, by tam poznać jej najbliższych. Daje się namówić na to spotkanie nie bez licznych obiekcji.
Kolacja z założenia ma być uroczysta i spędzona w miłej atmosferze, jednak już od pierwszych chwil nastrój wydaje się być bardzo napięty. Sielskiej, rodzinnej atmosfery na próżno było szukać, spotkaniu towarzyszyły powiem cięte odpowiedzi ostatecznie prowadzące do kłótni.

 

Co najgorsze – w pewnej chwili senior rodu, a jednocześnie najbogatszy jego członek osuwa się martwy na ziemię. Zamieć uniemożliwia wezwanie pomocy, dlatego też Martin, pewny, że właśnie stał się naocznym świadkiem morderstwa, zostaje zdany na własne siły. Wie, że w jego najbliższym otoczeniu znajduje się zabójca, który w każdej chwili może zaatakować ponownie. Zdaje sobie sprawę, że musi działać szybko i sprawnie, nie prowokując niepotrzebnie żadnego z członków rodziny. W poczuciu obowiązku zaczyna prowadzić swoje prywatne śledztwo, bardzo ograniczone, ze względu na warunki w jakich przyszło mu je wykonywać.
Niestety, podczas dochodzenia następuje kolejny zgon. Martin wie, że musi działać jeszcze sprawniej, zanim kolejna osoba stanie się ofiarą. Wciąż jednak nie wie kim jest i co planuje rodzinny morderca...

 

Akcja tej mikropowieści toczy się bardzo płynnie, a dzięki małej objętości książki, nie jest nadmiernie rozwleczona. Napięcie utrzymywane jest na stałym poziomie, choć autorka dozuje czytelnikowi z odpowiednią precyzją i częstotliwością wiele zagadek.
Język jest raczej prosty, typowy dla tego gatunku, pozwalający na dokładne wejście w sprawę kryminalną, bez zwracania szczególnej uwagi na wysuniętą na pierwszy plan warstwę lingwistyczną. Mimo tej pozornej prostoty, tekst ten nie jest banalny ani naiwny. Doskonale wpisuje się w konwencje i stanowi klasyczną reprezentację gatunku.

 

Do poczytania w zimowe, senne, zaśnieżone wieczory.
Polecam!

Sylwuch

Okrucieństwo i bezwzględność niektórych osób przeraża mnie. Ludzie potrafią być zdolni do wszystkiego, aby tylko osiągnąć to, czego pragną. Są w stanie posunąć się do strasznych czynów, dążąc po trupach do celu. Nieważne, iż mogą skrzywdzić innych takim zachowaniem. Nieistotne, że wykorzystują ludzką dobroć, nie dziękując za nią, a wręcz przeciwnie - oczekując coraz więcej i więcej. Jak ustrzec się przed takimi istotami? Zasada jest prosta - należy, jak najszybciej, odkryć, kto jest takim podstępnym i chciwym osobnikiem, a później zrobić wszystko, aby przechytrzyć go, ucierając mu nosa poprzez jasne uświadomienie, że to my jesteśmy górą.

 

Martin Mohlin to młody policjant, który wyjeżdża na małą wyspę Valön, znajdującą się w pobliżu Fjällbacki, aby spędzić przedświąteczny weekend z rodziną swojej partnerki. Ród Liljecronas składa się z osobliwych postaci, skrajnie różniących się od siebie. Jednak łączy ich jeden cel - przypodobanie się dziadkowi Rubenowi, który z człowieka biednego, jak mysz kościelna, stał się miliarderem. Trwa zacięta walka o względy bogatego i schorowanego seniora rodu. Krewni zachowują się jak sępy krążące nad ofiarą, wyczekujące jej śmierci. Są w stanie zrobić wszystko, aby to właśnie im przepisano ogromny majątek. Jednak stary milioner nie daje się wciągnąć w rodzinne gierki i podchody - grozi wydziedziczeniem, buntując się przeciwko bezmyślnemu wykorzystywaniu jego pieniędzy. Nagle, podczas rodzinnej kolacji, umiera. Martin przypuszcza, że do jego napoju został wsypany cyjanek, pachnący gorzkimi migdałami. Młody policjant na własną rękę rozpoczyna śledztwo, co nie jest proste, kiedy nie może uzyskać pomocy z zewnątrz, ponieważ na wyspie szaleje zamieć śnieżna, odcinająca ich od świata. Pozornym ułatwieniem jest mocno ograniczone grono potencjalnych morderców, jednak znalezienie zabójcy to nie lada wyzwanie, gdyż każdy członek rodziny może mieć motyw. Zaczyna się walka z czasem - każda minuta może przynieść nowe okoliczności i kolejną śmierć...

 

Autorka zgrabnie ukazała sylwetki osób łasych na pieniądze, które są zdolne do wszystkiego, aby wyłudzić je od bliskiej osoby. W tym przypadku, idealnie sprawdza się powiedzenie, które brzmi: dać komuś palec, a weźmie całą rękę. Człowiek, który dzieli się tym, co ma, wspierając krewnych, zaczyna być postrzegany jako maszynka do zarabiania pieniędzy. Nie liczą się jego potrzeby, uczucia i przekonania - najważniejsze jest to, że w każdej chwili jest zdolny poratować kilkoma milionami. Na szczęście, dziadek Ruben okazał się bystrzejszy i bardziej przebiegły niż jego krewni. Te cechy sprawiły, że od razu zdobył moją sympatię, uświadamiając mi, że zawsze należy walczyć o swoje i nie wolno dawać się wykorzystywać nawet najbliższym osobom, ponieważ ci, którzy naprawdę darzą nas szczerym uczuciem, nigdy nie będą chcieli nic ponad to, co jesteśmy w stanie im przekazać.

 

Tak naprawdę, ta książka to opowiadanie, a nie obszerna powieść, dlatego czyta się ją błyskawicznie, chociaż po lekturze zostaje pewien niedosyt. Początkowo miałam trudność z zapamiętaniem i rozpoznaniem bohaterów, ponieważ autorka przedstawiła ich bardzo lakonicznie, zatem ich imiona i króciutkie charakterystyki nie wryły się w moją pamięć. Na szczęście, z każdą kolejną kartką było lepiej, a w związku z tym coraz rzadziej sięgałam do początkowych stron, aby przypomnieć sobie, kto jest kim.

 

Na uwagę zasługuje polska wersja okładki, która od razu przypadła mi do gustu. Jest delikatna i eteryczna, a pastelowe kolory sprawiają, że można na nią patrzeć, patrzeć i patrzeć... Przeglądając okładki, jakie ukazały się w innych krajach, stwierdzam, że nasza jest najpiękniejsza i zasługuje na wyróżnienie. Ponadto, twarda oprawa i nieduży, podręczny format sprawiają, że tę pozycję można śmiało spakować do niewielkiej torebki i mieć zawsze przy sobie, aby w każdej chwili wrócić do wydarzeń dziejących się na wyspie Valön.

 

Zamieć śnieżna i woń migdałów to moje pierwsze spotkanie z twórczością Camilli Läckberg, ale jestem pewna, że nie ostatnie. Co prawda, akurat ta książka nie zbiera samych pozytywnych recenzji, co doskonale rozumiem - miłośnicy kryminałów mogą poczuć się zawiedzeni tą lekturą. Jestem laikiem, jeśli chodzi o ten gatunek literacki, dlatego moim zdaniem, ta powieść jest niezła, aczkolwiek nawet ja uważam, że autorka nie wykorzystała swojego potencjału do końca. Najważniejsze, że zakończenie zaskoczyło mnie, co w takiej powieści jest ogromnym plusem.

 

Ema

Boże Narodzenie to święto radosne. Kojarzy nam się z prezentami, śniegiem, choinką i kolędami. Z drugiej strony zawsze towarzyszy mu jakaś nuta smutku, przynajmniej u mnie. Najpiękniejszy wobec tego jest okres przedświąteczny - zakupy, pieczenie pierniczków... Nijak ma się do tego zabójstwo, prawda? Czy może nie?

 

Policjant Martin Mohlin udaje się na wyspę Valon, aby spędzić Święta ze swoją narzeczoną i jej rodziną. Sytuacja staje się dramatem, kiedy senior rodu - Ruben Liljecronas - osuwa się na ziemię martwy. Warto wspomnieć, że był posiadaczem miliardów. Niebawem okazuje się, że z powodu okropnej zamieci śnieżnej nie można dostać się na stały ląd. Członkowie rodziny, w tym morderca, zostają uwięzieni...

 

O Camilli Lackberg słyszałam już dawno. Wszystkie recenzje zapewniały o jej talencie, a czasem nawet sugerowały, iż jest ona najzdolniejszą autorką książek z Czarnej Serii. Nie muszę chyba mówić, że zapoznanie się z którymś z jej dzieł stało się dla mnie priorytetem. Czy Lackberg stanęła na wysokości zadania?

 

Sceneria morderstwa nie okazała się być wielce oryginalna - wszyscy podejrzani zamknięci w jednym budynku, odcięci od świata (tylko ja mam wrażenie, że gdzieś to już widziałam?). Natomiast ciekawym zabiegiem okazało się być zamordowanie seniora rodu, który przecież nie mógł mieć żadnych kochanek z pretensjami, czy zazdrosnej żony - w grę wchodził więc tylko jeden motyw: pieniądze. Synowie, synowe i wnuki Rubena przedkładały sprawy spadkowe nad miłość do ojca, dziadka. Znalazłam nawet chwilę na refleksję, jak można być tak nieczułym. Chwyt ten wykluczał zastanawianie się nad motywem, ale niewątpliwie dodawał lekturze pewnego smaczku.

 

Jeśli można powiedzieć coś o piórze autorki, to na pewno to, iż pisze ona z wyobraźnią. Doskonale wprowadza czytelnika w świat tej niecodziennej rodzinki; po kolei rzuca cień podejrzenia na każdego z domowników. Stworzenie odpowiedniego klimatu i wprowadzenie wątku bożonarodzeniowego (wszystko rzecz jasna w sposób plastyczny i przemyślany) dodatkowo podwyższa tempo czytania. "Zamieć śnieżną i woń migdałów" pochłania się w godzinkę, dwie - choć fakt faktem jest to bardzo cienka książeczka. Jednak czy nie lepsze to od opasłych, rozwleczonych tomiszczy?

 

Także i kreacji bohaterów nie można nic zarzucić. Podejrzanych jest co prawda sporo, ale już po kilkunastu stronach nie mamy problemu z rozpoznawaniem ich. Postaciom daleko jest do papierowości, więc w naturalny sposób szybko zaczynamy jednych lubić bardziej, drugich mniej. Ponadto każdy ma własny odrębny charakter, własną przeszłość i tajemnice, własne myśli. A motyw, jak już wspomniałam, jeden.

 

Rozczarowało mnie jednak zakończenie. Pod pewnym względem było i być może niebanalne, ale... nie do nie rozszyfrowania. W jakiejś części brałam je pod uwagę. A niestety, spodziewałam się większego 'bum'.

 

Lektura "Zamieci śnieżnej i woni migdałów" zadowoliła mnie, choć nie oszołomiła. Uważam, że spełni oczekiwania fanów kryminałów i autorki (pamiętajcie jednak, że mówi to osoba zielona jeśli chodzi o ten gatunek); jest idealna na ostatnie listopadowe dni i coraz bardziej zbliżające się do nas Święta. Polecam.

 

Miłka Kołakowska

Camilla Läckberg niejednokrotnie zachwycała mnie świeżością pomysłów i kreatywnością w prowadzonej akcji śledczej. Dotychczas czytane kryminały autorki, a mam na myśli całą sagę o posterunku w małej turystycznej Fjällbace, opierały się na dość rozbudowanej fabule, w której miałam styczność zarówno ze stałymi bohaterami, przewijającymi się przez kolejne tomy, jak również bohaterami poszczególnych części, na których opierało się sedno danego śledztwa. Ułożyłam już sobie w głowie pewien wizerunek autorki i wcale nie chciałam go zmieniać. Oczywiście, zawsze można mieć jakieś "ale" i twierdzić, że są elementy, które poprawiłyby jakość powieści, ale sam styl pani Camilli przypadł mi do gustu i niejako przyzwyczaiłam się do niego.
Skąd ten wstęp do dotychczasowego wizerunku Camilli Läckberg? Przede wszystkim dlatego, że powieść, a właściwie opowiadanie "Zamieć śnieżna i woń migdałów" znacząco różni się od wcześniej czytanych powieści autorki i wprowadza czytelnika w zupełnie inny rodzaj fabuły. Nadal jest to kryminał, bo mamy do czynienia z morderstwem i próbą rozwikłania kto jest tajemniczym sprawcą mordu, ale styl poprowadzenia akcji jest zdecydowanie bardziej fikcyjny, mniej realny. Bez zawahania napiszę, że autorka wręcz naśladuje w opowiadaniu mistrzynię angielskiego kryminału - panią Aghatę Christie.

 

Jeden śledczy, w tym przypadku Martin Mohlin, który znany jest czytelnikom z serii z Eriką Falck i Patrikiem Hedströmem, zmuszony sytuacją pogodową na wyspie Valön, staje przed trudnym zadaniem przesłuchania wszystkich członków rodziny Liljecronas, aby rozwikłać zagadkową śmierć i wśród członków bogatego rodu znaleźć odpowiedzialnego za zamordowanie dziadka Rubena. Powodów do zabicia najstarszego członka rodziny jest wielu, gdyż dysponował on ogromnym, wręcz wielomiliardowym majątkiem, a dzieci i wnuczkowie czyhają, by uszczknąć jak najwięcej dla siebie. Martin staje więc przed zadaniem prawie niewykonalnym, gdyż sprawca okazuje się inteligentny i umiejętnie zostawia po sobie ślady. Przyznam, że jeżeli czytelnik czytał Agathę Christie i przywykł do charakteru jej powieści, może szybko wpaść na trop tajemniczego mordercy i wcale nie będzie on dla niego zaskoczeniem. Dla osób, które nie miały styczności z królową kryminałów (jeszcze dwa miesiące temu sama należałam do tej grupy), będzie to opowiadanie dość zagadkowe i mimo krótkiej wersji, może urzec nietypowym zakończeniem. Ja coś przewidywałam, coś mi dzwoniło, ale ostatecznie autorka zadowoliła mnie pomysłem na finisz domowego śledztwa.

 

Na plus dla autorki zaliczam fakt wykorzystania bohatera drugoplanowego z sagi o Fjällbace jako głównego w tym opowiadaniu. Myślę, że jako młody policjant, ma on jeszcze szansę zaistnieć i cieszę się, że jego rola nie kończy się na byciu pomocnikiem Patrika. Powieść niezwykle szybko się czyta, autorka użyła łatwo przyswajalnego języka i nie wprowadziła skomplikowanych więzi między poszczególnymi bohaterami.
Mniej urzekła mnie krótka forma powieści. Jest to właściwie opowiadanie, cała historia mieści się dosłownie na 144 stronach kieszonkowego wydania więc nie zdążyłam poczuć atmosfery, jaka panowała na zaśnieżonej wyspie Valön. Historia miała potencjał lecz została napisana troszkę za szybko i nie zdążyłam dobrze zapoznać się z bohaterami. O wiele bardziej przepadam za Patrikiem i szczegółowymi opisami uczuć bohaterów z posterunku w szwedzkiej miejscowości Fjällbacka. Negatywnie odebrałam też samo wydanie książki, bo choć okładka jest przepiękna, wręcz nęci tajemniczością, to ogrom literówek wzbudzał we mnie roztargnienie. Błędy literowe pojawiają się prawie na co drugiej stronie, co mi jako czytelnikowi, przeszkadzało w relaksowaniu się nad lekturą.
"Zamieć śnieżna i woń migdałów" okazała się zatem lekturą lekką, którą pochłonąć można w jeden wieczór, ale która traktuje przedstawione postaci lakonicznie. Jest to krótkie opowiadanie kryminalne, nawiązujące do stylu Agathy Christie, ale dla czytelnika znającego inne dzieła autorki, będzie niekoniecznie tym, czego oczekuje.

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania

Zamieć Śnieżna I Woń Migdałów

Dodatkowe informacje

Podziel się!

Oceń Publikację:

Na naszej stronie nie stosujemy reklam. ;)
Prosimy o dodanie naszej witryny do białej listy.
Ustawienia przeglądarki lub Biała lista (adblock)