Bojowa Pieśń Tygrysicy

Autor: Amy Chua

Okładka wydania

Bojowa Pieśń Tygrysicy

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Wybierz opinię:

Marpil

NAWET PAZURAMI

 

Kiedyś wdałam się z pewną nieznajomą w dyskusję dotyczącą obrzezania kobiet. Ja byłam oburzona, krzyczałam, nie rozumiałam, nie dawałam żadnej taryfy ulgowej i dziwiłam się, że kobiety spokojnie, od wieków, się temu poddają, że nie buntują się, nie uciekają. A pani, trochę wiekowa, patrzyła na mnie z lekkim uśmieszkiem na wargach i podsumowała, że nie znam życia i że patrzę na problem ze złej perspektywy – z perspektywy Europejki, która wszystko ma na swoim miejscu. Tłumaczyła, że to wielowiekowa kultura, tradycja, że to tak, jak u nas komunia w białych sukienkach do ziemi, albo ubieranie choinki. I ta nasza rozmowa przypomniała mi się, gdy czytałam „Bojową pieśń tygrysicy".

 

Amy Chua jest córką chińskich imigrantów mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. Wyszła za mąż za amerykańskiego Żyda, jest wykładowcą prawa na Uniwersytecie Yale, ma dwie córki – Lulu i Sophię. Ze swoim mężem umówili się co do dwóch rzeczy – że Jed będzie wychowywał córki w swojej wierze, a ona wychowa je według modelu chińskiego.

 

I tu zaczyna się ta bojowa pieśń... Model chiński bowiem, dla patrzącego z boku, kojarzy się w pierwszej chwili z łamaniem praw dziecka – krzyki, wyzwiska, publiczne karcenie dziecka, przymuszanie do nauki i ćwiczeń, stawanie zawsze po stronie nauczyciela w jakimkolwiek sporze, nie uznawanie niższej oceny niż szóstka, bezwzględny szacunek dla rodziców i każdej ich decyzji i bezwzględne posłuszeństwo. A do tego ignorowanie lekcji WF na rzecz na przykład ćwiczeń fortepianu (tężyznę fizyczną ćwiczy się zazwyczaj poprzez targanie dwudziestokilogramowych siatek z zakupami). No i nie ma żadnych kontaktów z rówieśnikami – nie można iść do koleżanki – to strata cennego czasu, który można poświęcić na ćwiczenie utworu muzycznego, albo zrobienie dodatkowych zadań.

 

Amy wybrała przyszłość dla swoich córek – jednej włożyła w ręce skrzypce, a drugiej pod palce podsunęła biało-czarne klawisze fortepianu. Przymuszała je do morderczych ćwiczeń – każde chińskie dziecko ma być lepsze od innych, ma szybciej przerobić materiał, ma jako najmłodsze dostać się do najlepszej szkoły muzycznej – szybko, szybko, nie ma czasu, bo Koreańczycy, zżerani podobną ambicją, zajmują miejsca i coraz wcześniej posyłają dzieci do szkół i na konkursy.

 

Amy opowiada wszystko bez ukrywania – każdy jeden krzyk i każde jedno złorzeczenie. Nie wybiela się, bo uważa, że nie ma potrzeby – według niej, a wcześniej według jej rodziców, dziadków, pradziadków, taka metoda, to recepta na sukces, to gwarancja, że dziecko wyrośnie na dobrego, wartościowego człowieka. Kobieta tłumaczy, że chińscy rodzice wierzą w swoje dzieci, dlatego stawiają im tak wysoko poprzeczkę – wierzą, że ta poprzeczka to tylko mała przeszkoda, że jeśli dziecko wystarczająco dużo czasu poświęci na rozbieg, to pokona ją bez mrugniecie okiem.

 

Ta książka to wielki szok. Otwierałam szeroko usta ze zdumienia, gdy czytałam o laurce. Amy dostała od dziewcząt na urodziny laurki – oddała je ze słowami, iż nie są dla niej dość dobre, że nie poświęciły na zrobienie ich wystarczająco dużo czasu, że stać je na więcej, a ona na więcej zasługuje i że mają zrobić to jak należy, a jeśli brak im na to czasu, to niech po prostu wstaną wcześniej. Z wielkim mętlikiem w głowie czytałam, jak babcia porównuje Sophie i Lulu, mówiąc jej, że Lulu ma beznadziejny nos. W konsternację popadałam czytając, że gdy byli na wakacjach w Indiach, dziewczęta najpierw musiały kilka godzin poćwiczyć, zanim mogły pójść zwiedzać.

 

Ale potem uśmiechnęłam się sama do siebie. To szok kulturowy. To właśnie ta zła miara. To moje buty, które na siłę chcę wcisnąć komuś zupełnie innemu.

 

Zresztą podtytuł „Dlaczego chińskie matki są lepsze?" jest ironiczny. Amy sama przyznaje, że nie zawsze chiński model daje radę – każde dziecko jest inne, a on zupełnie nie jest elastyczny.

 

Tygrysica wykonała swoją pieśń bojową w obronie własnych dzieci, w obronie swoich wartości, w obronie tego, co uważa za słuszne. Ta pień wwierca się w uszy, wywoła ogromną burzę, będą dyskusje w telewizji i na forach internetowych. Będą ganić Amy, będą szykanować. Jak sama mówi nie wie, jak będą wspominać swoje dorastanie córki. Że „wychowanie dziecka na chińską modłę to na wskroś samotnicze zajęcie – przynajmniej na Zachodzie, gdzie człowiek zdany jest wyłącznie na siebie. Musi stawić czoło całemu systemowi wartości – wywodzącemu się z Oświecenia poszanowaniu dla autonomii jednostki, teorii rozwoju oraz Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka – i nie ma z kim szczerze pogadać(...)" [s.191]

 

Ja wysłuchałam pieśni. To wielkie, smutne wycie. I mam ochotę pogłaskać Tygrysicę po łapie. Z czułością. Z empatią.

Cinnamon

Każdy rodzic pragnie dla swojego dziecka szczęśliwego dzieciństwa i dobrego startu w dorosłym życiu. Większości z nich trudno odmówić pragnieniom swoich pociech, spełniają większość zachcianek(jeśli nie wszystkie), w zamian oczekują miłości i posłuszeństwa. Niestety, współczesne czasy wymagają od dorosłych poświęcenia większości czasu na pracę, coby zarobić pieniądze na utrzymanie rodziny. Większość rodziców potrafi znaleźć w tak zwanym międzyczasie chwilę na wychowanie dzieci, ale co dzieje z młodymi ludźmi, którzy takiej chwili od dorosłych nie uraczą? Brak zainteresowania i obojętność wobec dorastającej młodzieży często gęsto jest przyczyną złego prowadzenia się młodego pokolenia, co prowadzi do coraz niższej kultury ich życia. Ale nie mnie oceniać współczesny model wychowawczy większości rodzin, czyli model „wykarm, ubierz, pozostaw samemu sobie". Za to Amy Chua, amerykańska prawniczka chińskiego pochodzenia, bardzo dobrze czuje się w kwestii oceniania i krytykowania wszelkich sposobów wychowawczych.

 

Jak już wspomniałam, korzenie autorki książki „Bojowa pieśń tygrysicy" sięgają głęboko w chińskiej kulturze, jej rodzice w latach 50. wyemigrowali do USA w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia. Swoje cztery córki wychowali w tradycyjny chiński sposób: przede wszystkim bezwzględne i ślepe posłuszeństwo wobec rodziców, a później dozgonna wdzięczność i niemalże poddańcza miłość. W chińskich rodzinach nie jest najważniejszy najmłodszy członek rodziny, lecz najstarszy, i to jemu należna jest cześć, pomoc i poświęcenie. Wszelkie bunty i głosy nieposłuszeństwa kierowane w stronę rodziców uznawane są za brak szacunku i surowo karane. Oceny mierne (to jest poniżej szóstki) uzyskane na jakimkolwiek poziomie szkolnictwa odbierane są jako największa hańba dla całej rodziny - do trzech pokoleń wstecz. Wszelkie decyzje, począwszy od tego, w co się ubrać, z kim się kolegować i czym się interesować, podejmowane są za dzieci przez zapobiegawczych rodziców. Czas wolny i zmarnowany na luźne rozrywki nie związane z rozwojem intelektualnym są surowo zakazane. I jak tu żyć, zapewne pytacie? Cóż, taka praktyka wychowawcza znana jest chińczykom od zarania dziejów i nic nie wskazuje na to, by coś w tym względzie się zmieniło. Powiem więcej, chińczycy sądzą, że jest to jedyna słuszna droga w wychowaniu porządnego obywatela, który swojej rodzinie i swojemu krajowi będzie przynosić chlubę i chwałę, a zachodni model wychowania dzieci uważają za najgorszy z możliwych.

 

Autorka bardzo krytycznie odnosi się do zachodniego modelu wychowywania dzieci. Uważa, że jest on zbyt miękki i nie pozwala przygotować młodzi do przyszłego, samodzielnego życia. Chińczycy od wczesnego dzieciństwa przystosowywani są do ciężkiej pracy, stąd też tak wielu Chińczyków zajmuje bardzo wysokie miejsca w różnorodnych konkursach czy rywalizacjach. Człowiek, który nie podejmuje kroków do samorozwoju uważany jest za lenia i nic nie wartego śmiecia. Córki Amy Chua – Sophia i Louis - przeszły przez prawdziwe piekło: urodzone i wychowane w Ameryce miały koleżanki, których rodzice do niczego ich nie zmuszali, podczas gdy one praktycznie od okresu niemowlęcego poddawane były nieustannej musztrze. Co najdziwniejsze, autorka potrafi okazać ludzką twarz jedynie swoim psom, których początkowo nie cierpiała. Dziwna specyfika chińskich rodziców – własne dzieci traktować gorzej od psów... Jednego Amy Chua nie przewidziała: buntu pewnej młodej skrzypaczki, która sprawiła, że światopogląd bojowej tygrysicy nieznacznie się zmienił.

 

Początkowo myślałam, że Amy Chua wymierza ludziom Zachodu siarczysty policzek, wytykając i wyśmiewając nasze „cywilizowane" metody wychowawcze na tle „niewolnictwa" dzieci azjatyckich, jednak z biegiem czasu zdałam sobie sprawę, że po części autorka ma rację – my za bardzo rozpieszczamy nasze dzieci, niejednokrotnie ponosząc tego gorzkie konsekwencje, podczas gdy chińskie dzieci są chlubą i oparciem dla swoich rodziców. Sądzę jednak, że chińska metoda wychowawcza („tresura") jest zbytnio przesadzona, dlatego podziwiam rodzicielki, które potrafią znaleźć złoty środek. I do tego złotego środka ostatecznie będzie dążyć także autorka.

 

Szokująca, mądra i zmuszająca do refleksji książka z nutą kontrowersji – polecam!

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: