Wersja dla osób niedowidzącychWersja dla osób niedowidzących

Kup Taniej - Promocja

Additional Info


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Złodzieje Żarówek | Autor: Tomasz Różycki

Wybierz opinię:

Doris

       PRL-owskie blokowiska! Toż to opowieść sama w sobie, można w ogóle nie opuszczać klatki schodowej, wędrując kondygnacjami w górę i w dół, albo dla odmiany wzdłuż łącznika miedzy segmentami, aż puchnąc od zasłyszanych spoza zamkniętych lub ledwie domkniętych drzwi, rozmów, kłótni, od plotek potwierdzanych, lub nie, własnymi obserwacjami. Autor nawet policzył, ile to żyć ludzkich i zwierzęcych nas na co dzień w takim molochu otacza, a każde z nich jest osobną, wartą opowiedzenia historią. To mikroświat rządzący się własnymi prawami, gdzie wszyscy się znają, odwiedzają, lubią lub nie lubią ani trochę, ale zawsze dobrze podejrzeć, co tam u sąsiada nowego, by potem puścić tę nowinę pocztą pantoflową dalej.

 

       Blokowisko to znakomity i całkowicie wystarczający temat na film, a nawet serial, czego przykładem genialne Alternatywy 4. Tomasz Różycki przywołuje te klimaty w swej niesamowitej prozie „Złodzieje żarówek”, doprawiając je jeszcze szczyptą magii, dodając im niezwykłych właściwości, kiedy to korytarze mogą rozciągać się w nieskończoność, ściany wibrować odgłosami, a zakamarki kryć zjawy i inne niespodzianki. To świat, jakiego już nie ma, choć bloki przecież zostały. My jednak jesteśmy już inni. To co łączyło sąsiadów zgromadzonych przy śnieżącym Neptunie, by obejrzeć igrzyska sportowe, pożyczających sobie młynki do kawy, zniknęło bezpowrotnie wraz z końcem pewnej epoki. I ten właśnie czas, kolejek, niedoboru wszystkiego, co ludzi jakoś tam zrównywało ze sobą, pewnej siermiężności i konieczności wzajemnego świadczenia sobie usług i uprzejmości, czas dzisiaj wspominany jako kultowy, niczym z bajki, choć przecież wcale taki nie był, przywołuje autor.

 

       Zaś bohaterowie, mieszkańcy blokowiska, to zbiór wielce oryginalnych postaci, o podkreślonych grubą kreską modelowych cechach charakteru, będących niczym znak fabryczny odciśnięty na każdym z nich indywidualnie. Lekko to wszystko karykaturalne, ale z sentymentem i ciepłem pisane, owiane nostalgią za czymś, co było wspólnotą, może i niedoskonałą, ale jednak zażyłością. Bo, jak mówili mieszkańcy: „nasze osiedle było jedynym centrum świata, a wszystko poza nim to po prostu jedna wielka prowincja.”

 

       Gdybyśmy wówczas wiedzieli, z jakim uśmiechem po latach będziemy wspominać ówcześnie powszechną, z braku innych możliwości, wymianę barterową – mięso za papierosy, mydło za wódkę, a miejsce w kolejce po upragnione dobra jeszcze za coś innego… no, w takich warunkach ludzie po prostu musieli ze sobą rozmawiać, robić różne deale i zabijać kolejkową nudę.

 

       Pięknie wspomina Tomasz Różycki. Dla niego blokowisko żyje, oddycha, słucha i odpowiada na swój socjalistycznie skrzypiący i pełen szczelin sposób. Blok „(…) zmieniał pozycję, przesuwał się niemal niezauważalnie o – czy ja wiem? – dwa lub trzy nanometry miesięcznie w stronę zachodnią, jakby chciał uciec z kraju, a poza tym niedostrzegalnie niemal rósł lub malał, żonglował piętrami i poruszał balkonami, wysuwając je i chowając co noc, no – ile tam? – trzy, no, góra cztery mikrometry.” To stale przeobrażający się niespodziewanie stwór, który raz jest wieżą samobójców, kiedy indziej znów okrętem torującym sobie drogę pośród smogu. A skoro to żywy organizm, monstrum niemal, to i niebezpieczne może być, i nieprzewidywalne. Bo i cóż mogą oznaczać plamy krwi na podłodze strychu albo osamotnione kapcie tuż przy otwartej, ziejącej pustką gardzieli zsypu na śmieci? Czyżby zgłodniałe domiszcze od czasu do czasu musiało kogoś pożreć? „Miazga, którą wywożono ze zsypowej piwniczki na śmietnisko, była jednorodną melasą, mogło w nią wkleić się i zmasakrowane wielokrotnym obijaniem się w rurociągu ciało.”

 

       Nigdy nie wiadomo, co znów wymyślą ci barwni, nie mający przecież nic wspólnego ani z arystokracją, ani z muzyką klasyczną Czartoryscy, Strawińscy, Tyszkiewiczowie i Pendereccy. W głowie Tadeusza przybierają oni mitologiczne, przerażające sylwetki centaurów, herosów czy szkieletorów. A może maską właśnie jest ich ludzka powłoka, pod którą może skrywać się wszystko. Jedno jest pewne, prawdziwy świat miesza mu się z tym onirycznym, z sennych majaków, a to skutkuje gęsią skórką na ciele i mocnym biciem wylęknionego serca.

 

       Pełne mankamentów i skaz blokowisko, koszmarna wielka płyta aż się prosi o dewastację. I tak też się dzieje. Podpalane zsypy, windy, porysowane nieortograficznie ściany, rozbite szyby i urwane klamki, a także, rzecz jasna, notorycznie kradzione żarówki, co każe ludziom wędrować po omacku w całkowitej ciemności, to dzieło sfrustrowanych codziennymi trudami wegetowania w socjalistycznym dobrostanie obywateli, własność wspólna to bezwłasność, a szpetocie tego budynku i tak już nic nie zaszkodzi. Podobnie jak zmurszałe blokowisko, tak i przegniły ustrój ulega coraz większej destrukcji.

 

       Tomaszowi Różyckiemu udało się nie popaść w ckliwość, jak to się ostatnio we wspomnieniowych tekstach dotyczących PRL-u często zdarza. Nie skaził też swojej prozy nadmiernym krytykanctwem czy dydaktyzmem. Dał realiom tego trudnego i zgrzebnego czasu nowy blask, może i nieco upiorny, przegięty w stronę groteski, ale właśnie tym bardziej przyciągający swą oryginalnością i błyskotliwą fantazją. Kto z was pomyślałby, że zwykły, oczywiście radzieckiej produkcji, prodiż, po niewielkich przeróbkach może „być użyty jako podstawa do stworzenia naprędce nowej samobieżnej broni zaczepno-odpornej”? Takie to były czasy, które z ludzi czyniły pomysłowych Dobromirów. Już dzieciom w programie rozrywkowo-edukacyjnym mistrz nad mistrzami, pan Słodowy, pokazywał, że nie mając prawie nic, można z tego zrobić istny cud techniki.

 

       Powieść balansuje między komedią, a horrorem, jednak unosząca się nad nią gruba otoczka surrealizmu może nieźle przerazić. Bo kto wie, może naprawdę zdarza nam się ulec przebóstwieniu i oddać swoje ciało we władanie ciemnej mocy, władanie sił, które go ani trochę nie szanują, przekształcając je w pokraczne, wynaturzone formy. Czy nigdy nie zdarzyło wam się pomyśleć o czymś takim? Tadeusz snuje naprawdę ciekawe, może nawet niekiedy ocierające się o prawdopodobieństwo teorie. Może więc i świat ulega takiemu przebóstwianiu, a ogromny, dziesięciopiętrowy i wielosegmentowy moloch z wielkiej płyty jest właśnie taką metaforą szerszej rzeczywistości. Sceny imienin, czy wielkiego prania w blokowej pralni przywodzą na myśl swą epicką obrzędowością fragmenty „Chłopów”, też obraz tradycyjnej ludowości i obyczaju.

 

       Może więc Tadeusz, przemierzając korytarze i strychy blokowiska, gdy na przyziemną bylejakość i zaniedbanie nakładają mu się powidoki dziecięcych wyobrażeń, wspomnienia śmiesznych, dziwnych czy też smutnych fragmentów przeszłości, tak naprawdę wędruje przez Polskę tamtych lat, przemykając ponownie między jej licznymi absurdami i paranojami, patrząc na to, co było dobre, nie uciekając też jednak przed minioną ciemnością, by odnaleźć tego chłopca, z którego wyrósł dorosły Tadeusz, a którego ukształtowało to właśnie zadziwiająco surrealistyczne blokowisko.

 

 

Komentarze

Security code
Refresh

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial