Wersja dla osób niedowidzącychWersja dla osób niedowidzących

Okładka wydania

Horyzont

Kup Taniej - Promocja

Additional Info


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 2 votes
Akcja: 100% - 2 votes
Wątki: 100% - 3 votes
Postacie: 100% - 2 votes
Styl: 100% - 3 votes
Klimat: 100% - 2 votes
Okładka: 100% - 2 votes
Polecam: 100% - 2 votes

Polecam:


Podziel się!

Horyzont | Autor: Barry Lopez

Wybierz opinię:

AdamTS

  Stare polskie porzekadło mówi, że „o zmarłym należy wypowiadać się wyłącznie dobrze albo wcale”. Zbierając materiały na temat autora „Horyzontu” dowiedziałem się, że zmarł w 2020 r. Opcja „wcale” nie wchodziła w grę, choćby ze względu na i tak ponad miarę przeciągnięte terminy oddania recenzji, a opcja „dobrze”? No cóż, w końcu to tylko opinia na temat książki. Barry Lopez w zaświatach pewnie ma ciekawsze sprawy na głowie, niż moje kilka zdań, a z ewentualną niechęcią jego fanów jakoś sobie poradzę.

 

„Opus magnum”, „wizjonerska a zarazem niezwykle osobista”, „jeden z największych myślicieli Ameryki”, „odkrywcze, epickie dzieło” itd. itp. Dostałem kolejną nauczkę, aby jednak czytać „blurby” przed wyborem lektury, a nie rzucać się na książkę jak książę Bogusław na Billewiczównę tylko dlatego, że jest gruba (książka nie Oleńka), pełna przypisów i zapisana drobnym drukiem. Przytoczone na początku akapitu określenia zwykle działają na mnie jak biohazard alarm, więc sam sobie jestem winien zadanej udręki. Tak – udręki, bo męczyłem się z „Horyzontem” przez kilka miesięcy. Nie przypominam sobie, abym w swoim niezwykle bogatym czytelniczym żywocie spotkał się z podobną sytuacją.

 

Jedną z pierwszych refleksji, którą zapisałem sobie po którymś z nużących fragmentów opowieści Lopeza, było porównanie do „Widnokręgu” Wiesława Myśliwskiego.„Oddzielający okrąg”, „widnokrąg” czyli horizōnkyklos. Tak Grecy nazwali linię pozornego zetknięcia nieboskłonu z powierzchnią ziemi. Termin widnokrąg jest nasz, rodzimy, a horyzont zapożyczony z języków obcych i choć internet pełen jest „uczonych” definicji, próbujących wykazać różnice pomiędzy pojęciem horyzontu a widnokręgu, w gruncie rzeczy oznaczają one to samo.

 

Ten rodzimy „Widnokrąg” w ujęciu Myśliwskiego jest odległy ale przynajmniej realny, dotykalny, zawierający cząstkę wspomnień autora, z którą czytelnik może się identyfikować przez jakąś wspólnotę bądź podobieństwo losów, jeśli nie własnych, to kogoś z bliskich. Jest bardziej przyswajalny, zrozumiały, do „ogarnięcia” wzrokiem, co wcale nie odbiera mu cech uniwersalnych, do których – wydaje się – aspiruje „Horyzont” Lopeza. Nakreślona przez niego linia horyzontu jest niezmiernie daleko, tak daleko, że staje się ogólna a przez to banalna. Rozterki autora są mi niemalże kompletnie obce, obojętne, a należymy do tego samego kręgu kulturowego, sięgającego korzeniami basenu Morza Śródziemnego i trzech wzgórz, na których zbudowano zachodnią cywilizację: Golgoty, Akropolu i Kapitolu.

 

Ryzyko jest takie, że jak się chce zrobić coś do wszystkiego, to powstaje czasem coś do niczego, albo nie wiadomo do czego. Tak właśnie postrzegam owo „opus magnum” Barry’ego Lopeza. W mojej opinii ten „Horyzont”, który autor próbuje nam opisać w swych wielopiętrowych rozważaniach, jest zbyt rozległy nawet dla niego i choć bardzo, bardzo się starał to go po prostu nie ogarnął. Jeśli takie są objawy wielogodzinnego wpatrywania się w fale Pacyfiku bijące w brzeg Oregonu, to należałoby przed tym ostrzegać.

 

„Dzieło życia jednego z największych myślicieli Ameryki” jest w mojej opinii, bardzo nierówne, co po części może wynikać z faktu, że – wedle słów samego autora - „Horyzont” powstawał przez lata. Jest to w dużej mierze zapis podróży autora - bez wątpienia –fascynujących i towarzyszących im refleksji – czasem ważnych ale często banalnych a nieraz wydumanych i dyskusyjnych.

 

Sześć opisanych wypraw to – przepraszam za kolokwializm – kawał czytelniczego mięcha. Przylądek Złej Pogody w Oregonie, Wyspa Skraerling u wybrzeży północnej Kanady, Galapagos, jezioro Turkana w obszarze Wielkich Rowów Afrykańskich, Tasmania i Australia, Antarktyda… chwilami czułem się jak przy lekturze pierwszych książek Szklarskiego czy Fiedlera, pełnych nowych nazw zwierząt, nieznanych roślin czy tajemniczych lądów. Pozazdrościć Lopezowi możliwości podróżowania do takich miejsc, wiedzy jak przetrwać w ekstremalnych momentami warunkach i umiejętności obserwacji. Opisy podróży, w które zabiera nas autor, to największy – w mojej opinii – walor tej książki. Każdykto – w dzieciństwie - podróżował „palcem po mapie” dzięki Lopezowi znów, choć w części, może poczuć się jak odkrywca.

 

Odkrywać, to podróżować bez żadnej hipotezy. Tak ujął to cytowany przez autora Don Walsh, emerytowany kapitan US Navy, który wraz ze szwajcarskim oceanografem Jacquesem Picardem miał możliwość jako pierwszy człowiek dotrzeć do najgłębszego punktu ziemi, do głębi Challengera na dnie Pacyfiku. Walsh w rozmowie z Lopezem podkreślał ludzką umiejętność „doceniania tego co nieznane i odczuwania zdumienia na jego widok”. To chwila zaskoczenia [która] informuje nas dobitnie, że sposób w jaki niegdyś wyobrażaliśmy sobie świat, nie oddawał prawdy na jego temat. Piękne, prawdziwe, frapujące stwierdzenie, szkoda że autorowi „Horyzontu” nie w pełni się to podróżowanie bez żadnej hipotezy udawało. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie w trakcie lektury.

 

Kiedy autor opisuje i opowiada jest dobrze i ciekawie, kiedy zaczyna filozofować bywa bardzo różnie. Momentami wydaje się jakby pretendował do roli „sumienia ludzkości”, „ostatniego sprawiedliwego” albo jakiegoś oskarżyciela w procesie wytoczonym rasie ludzkiej przez… no właśnie, nie bardzo wiem przez kogo.

 

Owszem sporo znajdziemy w książce zgrabnych sformułowań, takich jak to z Wprowadzenia o znaczeniu upływu czasu dla postrzegania otoczenia,: „Nawet jeśli będziemy z największą uwagą starali się zaobserwować otaczającą nas rzeczywistość na wielu poziomach, nigdy nie uda się nam całkowicie zrozumieć jakiegoś konkretnego miejsca - niezależnie od tego ile razy odwiedzimy.” Trafne, pobudzające ale przecież nie odkrywcze.

 

Częściej jednak w swoich moralizatorskich zapędach Lopez przypomina człowieka, który żałuje, że ludzie istnieją i rozwijają się, ale gdyby zatrzymał się na poziomie tak wielbionych przez siebie australopiteków albo Aborygenów (nic tym ostatnim nie ujmując), to ciekawe, kto czytałby jego przemyślenia, zakładając, że potrafiłby te przemyślenia sformułować i zapisać.

 

To kim był, co robił i fakt, że mógł to robić Lopez zawdzięczał temu, że wychował się właśnie w tym konkretnym kręgu cywilizacyjnym sięgającym korzeniami judeochrześcijaństwa. Bardzo często można jednak odnieść wrażenie jakby był z tego powodu nieszczęśliwy, bo te wszystkie inne miejsca i ludy, które poznawał w czasie swoich podróży, były takie „och -ach” wyjątkowe, jedyne, niepowtarzalne a umowny „zachód” jest taki „be”.

 

Następna rzecz to jakaś obsesja autora w temacie kolejnego wielkiego wymierania. Zanim na ziemi pojawili się ludzie wymarło pewnie z milion gatunków, ale teraz to człowiek jest „wujkiem samo zło”.Nie czas i miejsce na polemikę z takim podejściem, ale – nie ukrywam – byłem zaskoczony, że dojrzały facet „po przejściach”, podróżnik, radzący sobie w różnych dziwnych i nieraz niebezpiecznych miejscach świata, posługuje się argumentami z arsenału zwolenników wokeizmu.

 

Generalnie „Horyzont” pełen jest wypowiedzi autoraniemal na „każdy temat”. Genetyka, biologia, botanika, geologia, religia, materiałoznawstwo, ekologia itp. Historia sztuki? – proszę bardzo. Lopez uważał, że „historię sztuki Zachodu można postrzegać jako dzieje różnych eksperymentów dotyczących objętości przestrzeni i upływu czasu, a także różnych częstotliwości światła i dźwięku”. Trąci nowomową. W porządku, wyrwane z kontekstu, ale przywodzi mi na myśl bohatera jednej z wczesnych powieści Miłoszewskiego, który uczestniczył w wielogodzinnych rozmowach na temat bodajże środkowoazjatyckiej kinematografii w nadziei na nagrodę w postaci dostępu do wdzięków jednej z interlokutorek.

 

Oczywiście Lopeza o takie motywacje nie posądzam ani nie ujmuję mu nic z rozległej wiedzy, którą posiadł. Niestety nazbyt często autor nie poprzestawał na podzieleniu się nią z czytelnikiem, ale łączył te wszystkie wiadomości z różnych dziedzin w jakiś interdyscyplinarny wywód, niejednokrotnie formułując na koniec mocno dyskusyjne tezy.

 

W zasadzie to nic nagannego. Z takimi tezami można przecież dyskutować, akceptować je bądź kwestionować. Mogą się one stać zachętą, bodźcem, impulsem do samodzielnych czytelniczych rozważań na temat poruszanych w książce problemów i -tu przyznaję – sam niejednokrotnie takiego bodźcowania doświadczyłem. Rzecz w tym, że Barry Lopez dosyć często przyjmuje pozę takiego „Omnibusa z misją” przeświadczonego o tym, że to on ma rację.

 

Pewnie nie bez znaczenia dla charakteru tych wszystkich dywagacji był fakt, że autor traktował „Horyzont” jako swoistą spowiedź z życiowych doświadczeń, a że przyszłość homo sapiens widział w zdecydowanie ciemnych barwach, dał temu wyraz w swojej opowieści: „Układając plan tej książki, chciałem także zbudować narrację, która wciągnie czytelnika zmagającego się z podobnym pragnieniem odczytania trajektorii własnego życia, znalezienia w nim spójnej opowieści niosącej znaczenie w takim momencie dziejów kulturowych i biologicznych, gdy utrata wiary w sens naszego istnienia staje się coraz atrakcyjniejsza. W czasach, gdy wielu z nas widzi na horyzoncie niewiele więcej prócz zapowiedzi mrocznej przyszłości”.

 

Tak, Lopez stawia wiele istotnych i ważkich pytań dotyczących dalszego rozwoju ludzkości. Pyta m.in. gdzie są granice rozbuchanego konsumpcjonizmu, jak długo będziemy tolerować bezkarność wielkich korporacji, jak radzić sobie z drastycznymi nierównościami w dystrybucji dóbr w kurczącym się z powodu globalizacji świecie? Nie, nie jest ani pierwszym ani ostatnim, który o to pyta. Tak, robi to momentami w irytujący sposób. Często uderza w pompatyczne, bombastyczne, kasandryczne tony jedynego sprawiedliwego, jedynego widzącego wśród ślepców, którzy z zapałem godnym Pawki Morozowa przedstawia albo raczej głosi swoje przemyślenia niczym prawdę objawioną. A takie podejście może odpychać wielu potencjalnych sprzymierzeńców, w tym niżej podpisanego.

 

Podsumowując. Czytając zrobiłem grubo ponad setkę wypisów, z czego sporą część pod wpływem irytacji. Pisząc te słowa wracałem do tych fragmentów tekstu i swoich robionych na gorąco komentarzy i – przyznaję – niektóre irytowały mnie już dużo mniej lub wcale. Punkt dla autora.

 

Czy Barry Lopez należy o największych myślicieli Ameryki? – w mojej opinii to tytuł sporo na wyrost. Czy „Horyzont” to jego opus magnum? - nie mnie oceniać, bo nie czytałem innych jego książek. Czy męczyłem się czytając? – o tak i wielokrotnie autor wprowadzał mnie w stan rozdrażnienia swoimi rozważaniami. Czy wracałem do przerwanej lektury? – oczywiście, bo „podróżnicze” i kulturoznawcze walory tej książki są niezaprzeczalne. Czy poleciłbym „Horyzont” innym czytelnikom? – mimo wielu zastrzeżeń, o których wspomniałem, bez wątpienia tak.

 

Komentarze

Security code
Refresh

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial