Wersja dla osób niedowidzącychWersja dla osób niedowidzących

Okładka wydania

Tajny Dziennik 1. Dokładane Treści

Kup Taniej - Promocja

Additional Info


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 2 votes
Akcja: 100% - 2 votes
Wątki: 100% - 2 votes
Postacie: 100% - 2 votes
Styl: 100% - 2 votes
Klimat: 100% - 2 votes
Okładka: 100% - 2 votes
Polecam: 100% - 2 votes

Polecam:


Podziel się!

Tajny Dziennik 1. Dokładane Treści | Autor: Miron Białoszewski

Wybierz opinię:

Doris

       Miron Białoszewski znany mi był dotychczas z „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” oraz kilku wierszy. Już na tej podstawie dało się wyczuć, że jest trochę pisarskim outsiderem i eksperymentatorem, co mnie akurat urzekło, jako że lubię w literaturze spotykać coś nowego. Niby zwyczajne, a inne, niby od niechcenia, a przemyślane. Z ogromną ciekawością sięgnęłam więc po jego niemal codzienne zapiski, jakie prowadził od końcówki 1975 roku do początku roku 1978.

 

       Bardzo cenię sobie wszelkie dzienniki, gdyż czytając je można najlepiej poznać człowieka. Najczęściej pisane są dla siebie samego, zawierają bardzo prywatne notatki, często plotkarskie, przemyślenia dotyczące literatury, polityki, ludzi, w tym również znanych nam z nazwiska. Trochę nawet niezręcznie się czuję. To zupełnie tak, jakbym zaglądała komuś do mieszkania przez dziurkę od klucza, chcąc przyłapać go na najbardziej intymnych, nie przeznaczonych dla postronnych oczu czynnościach. Ale choć czasem można poczuć się lekko zażenowanym, to przecież i tak nie sposób oprzeć się pokusie.

 

       Przy tak spisywanym dzienniku, jak „Dokładane treści” właśnie, trzeba go sobie dawkować, dzielić na apetyczne porcje i zawsze pozostawać trochę w niedosycie. Gdyż codzienność może znużyć. Nawet czyjaś, podglądana codzienność. Niezbędne w przypadku takiego dziennika okazują się przypisy. Trochę szkoda, że trzeba co rusz sięgać po nie na koniec książki, wygodniej byłoby chyba umieścić je pod tekstem. Są bardzo obszerne i szczegółowe, ale to właśnie dobrze, gdyż Białoszewski opisuje swoje otoczenie posługując się tylko imionami. Trudno byłoby nam bez pomocy przyporządkować te imiona do konkretnych osób, co jest konieczne, by zrozumieć kontekst wypowiedzi.

 

       Mamy tu też rozmowy zasłyszane i prowadzone w tramwaju, u lekarza, w sklepowej kolejce… zwyczajne, prozaiczne życie dotyczy też pisarzy, nawet tych największych.

 

       Podoba mi się bardzo poczucie humoru Białoszewskiego, lekko przewrotne, nieoczywiste. Wiele sytuacji puentuje tak, że chciałoby się te cytaty wynotować, by do nich od czasu do czasu wrócić: „Można bawić się w paradoksy. Powiesił się ze strachu przed śmiercią.” Albo „(…) śnił mi się Stalin na inspekcji w kinie. Był miły, antystalinowski.”

 

       Czasami trudno się zorientować w niuansach towarzyskich, kto się do kogo nie odzywa i za co. Ale już po chwili czytamy z zainteresowaniem o zazdrości Artura Sandauera i o tym, jak nie przepadali za sobą z Adolfem Rudnickim, jeden drugiego nazywał „starym, mściwym Żydem”.

 

       Trudno się też nie uśmiechnąć, gdy czyta się takie kuriozalne kawałki:

 

„Olgierd powiedział mi przez telefon

- Słuchaj, Miron, w oczy to tak nie miałem śmiałości, ale ty za dużo drukujesz. Jak ktoś tak drukuje, drukuje, to potem może się skończyć.”

 

       Ta polska rzeczywistość drugiej połowy lat siedemdziesiątych wydaje się teraz, z perspektywy czasu jakaś taka spokojna, dużo wolniejsza, mam tutaj na myśli tempo i temperaturę życia. I, rzecz jasna, niesamowicie w porównaniu do czasu dzisiejszego, towarzyska. Ludzie stale się nawzajem odwiedzają, częstują, dyskutują, odprowadzają się wieczorami do domów w tę i z powrotem, gdyż wciąż nie mogą nasycić się rozmową. Nikt się z przyjaciółmi nie umawia uprzednio przez telefon. Po prostu idzie się i puka do drzwi. To życie w latach siedemdziesiątych było jakby prostsze, choć brzmi to jak paradoks, i bardziej bezpośrednie.

 

       Nie widzimy w tym dzienniku wielkiego poety i pisarza, a po prostu zwykłego człowieka, jednego z nas, któremu także zdarzają się lapsusy słowne i nieporozumienia w gronie bliskich znajomych, który nie ma czasami ochoty z kimś się widzieć i umyślnie przechodzi na drugą stronę ulicy, który, jak każdy inny Polak w PRL-u nie załatwi niczego bez łapówki, a sąsiadów, by nie hałasowali, obłaskawia swoimi książkami z dedykacją.

 

       Z drugiej strony, gdy opisze stado przelatujących po niebie wron, to te proste zdania zapadają nam gdzieś w pamięć, a stwierdzenia: „Przygody nieraz są dobre, ale nie za często. Lepsze są wyobrażenia o wszystkim i wspomnienia” trudno nie uznać za genialne.

 

       I tak wszystkiego po trochu mamy w tych zapiskach. Ciekawe i mniej ciekawe, wesołe i zupełnie nie. To książka do powolnego, uważnego czytania, i właściwie głównie dla wielbicieli Białoszewskiego, którzy będą w stanie docenić każdy smaczek, jaki z tych gęsto zapisanych ponad 600 stronic wyłowią.

 

 

Komentarze

Security code
Refresh

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial