Okładka wydania

Caravelle Przygody W Afryce

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 2 votes
Wątki: 100% - 2 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 2 votes

Polecam:


Podziel się!

Caravelle Przygody W Afryce | Autor: Térésa Gianolio

Wybierz opinię:

Agnesto

Niektórym wydawać się może, że baśnie, legendy, czy podania są dla dzieci, ba – dla młodzieży, choć ta akurat oscyluje wokół mitów i fantastyki, co w sumie nie odbiega zbyt daleko od baśni... Wydawać się może, że z tego się wyrasta, bo na starość nie wypada okazywać fascynacji legendami ani bajkami w sensie stricte. Jednak nic bardziej mylnego. Baśnie towarzyszą nam przez lata, począwszy od dzieciństwa, gdy jako złoty środek pomagają w usypianiu, po starość, gdy umilają długie wieczorne godziny. Gdy jesteśmy dziećmi, ktoś nam je czyta i opowiada, a z wiekiem to my stajemy się ich autorami. Tak, bo jak wynika z moich prywatnych obserwacji (nie tylko czytelniczych) bajki i bajanie ogólnie pomagają nam zachować dziecko w sobie. Stary, ale jakże młody duchem. Co to za lek? Odpowiedź jest prosta – bajki bez recepty. Nie inaczej jest z „Carevelle. Przygody w Afryce” pani Teresy Gianolio-Ruszniak. 

 

Już na początku zaznaczę, że nie jest to książeczka aspirująca do poziomu baśni Hansa Andersena, czy bajek braci Grimm, cóż – pokuszę się nawet na stwierdzenie, że daleko jej do takiej perfekcji, niemniej jednak – warto. Warto, bo każde opowiadanie, czy bajka, która odrywa nasz umysł od tego, co tu i teraz działa (jakby nie było) terapeutycznie.

 

Poznajemy bliźniaczki, starszą Helenę i ciut młodszą, Bellę. Od małego są razem, od małego się bardzo kochają. Ich tata pracuje jako pilot samolotów, często go nie ma, lecz z każdego wyjazdu zawsze im coś przywozi. Raz nawet gepardy i dwa u nich zostały do czasu aż... Aż rodzina przenosi się do Afryki. Pobyt tam będzie sprzyjał częstszemu przebywaniu razem, oo wymusza praca taty. Tam też razem po aklimatyzacji zaczynają życie. Nieco inne od tego, jakie dotychczas prowadzili, lecz nie mniej zaskakujące. Dziewczynki, wbrew zakazom, same zaczynają chodzić w miejsca dla nich zakazane, w miejsca niebezpieczne. Za nic mają ostrzeżenia. I podczas takiej właśnie eskapady znajdują skarb. Nie będę może rozwijać tematu, ani zdradzać tego, co ów skarb potem wywołał i jak wpłynął nie tyle na same dziewczynki, ile na ich życia, nadmienię tylko, że opowiastka – może niepozorna – potrafi sprawić, że zaczytamy się. Choćby z ciekawości, bo jednak przeczuwamy, że tu akurat wszystko dobrze się skończy. Ja to nazywam – lukrowato.

 

„Caravelle” ma jednak coś, co na mnie działa jak niewielki magnes. Niewielki, acz skuteczny. Mianowicie obrazki, które przyciągają mój wzrok i sprawiają, że zatrzymywałam się przy nich wpatrując się w każdy detal. Są tu rysunki (szkice) ołówka pani Teresy, autorki owej bajki. Notabene bardzo udane i bardzo wdzięczne. Ładne, ot, co tu dużo mówić, a to mnie bardzo zaskoczyło. Pozytywnie, oczywiście. Jest ich niewiele, trochę szkoda, niemniej jednak są precyzyjne i bardzo, bardzo dobre.  

 

„Caravelle. Przygody w Afryce” są ni to opowieścią, ni bajką, która nie dość, że uczy, to wypływa z niej morał. Nie nazbyt oczywisty, trzeba go wprawnym okiem dostrzec i wyciągnąć na światło dzienne. Owo pouczenie sprawia, że o tej niepozornej książce można długo mówić i rozmawiać. Zwłaszcza z dziećmi i dorastającymi szkrabami, które są na etapie rozróżniania dobra od zła, posłuszeństwa od krnąbrności, czy akceptacji decyzji dorosłych. Ta mądra książeczka to takie wydanie, które zawsze gdzieś może się po półkach plątać, a jak się już zapląta w nasze ręce, to można przycupnąć i na szybko ją przeczytać. Bo – nie oszukujmy się – jest banalna. Prosta, pisana luźnym stylem, stanowi coś na miarę namacalnych, spełnionych marzeń pisarskich pani Teresy Gianolio-Ruszniak. Czytasz, odkładasz, a z upływem dni zapominasz. 

Julia Panicz

Kto, będąc dzieckiem, nie chciał przeżywać wspaniałych, fantastycznych przygód? Oglądając wszelakiej maści bajki, baśnie czy czytając dziecięce powieści wypełnione po brzegi stron zapierającymi dech w piersiach przeżyciami, niebezpiecznymi potyczkami i miłościami od pierwszego wejrzenia, czuło się coś w rodzaju zazdrości. Z biegiem czasu zaczyna się tracić to dziecięce postrzeganie rzeczywistości, mieszające bajkową nierealność z prawdziwym życiem, ale dla tych niezłomnych, wciąż ciekawych świata i dążących do odkrywania nieznanego ten głód przygód i zazdrość o życia ulubionych bohaterów pozostaje niezależnie od wieku. Niektórzy, mający taką możliwość realizują swoje plany, spełniając się w podróżach, żyjąc między jednym lotem a drugim. Reszcie pozostaje magia własnej wyobraźni i dobra książka.

 

Właśnie czy literatura dla dorosłych może jeszcze zapewnić takie emocje? Nie jest to wykluczone, chociaż na pewno mało jest takich pozycji, które oddawałyby tamten bajkowy klimat. Dla tych sentymentalistów i ludzi zawiedzionych asortymentem księgarń i bibliotek są jeszcze pozycje literatury dziecięcej i młodzieżowej. Wydawać by się mogło, że w pewnym wieku nie wypada już zaglądać do tych kategorii przy wybieraniu filmu lub lektury. A jednak przecież w każdym dorosłym wciąż drzemie to małe dziecko, któremu należy się odpowiednia ilość uwagi. Ja idealne zaspokojenie tymże książkowym potrzebom znalazłam w malutkiej książeczce Térésy Gianolio-Ruszniak „Caravelle. Przygody w Afryce”.

 

Ta niewielka powieść opowiada niezwykłą, okraszoną fantastycznymi przygodami, historię dwóch sióstr bliźniaczek – Heleny i Belli, które mieszkają z rodziną we francuskim miasteczku, gdzie wiodą spokojne, choć nietuzinkowe życie. Ich ojciec jako pilot, którego trasy oscylują głównie w okolicach afrykańskiego kontynentu, przywozi dla swoich bliskich prezenty i opowieści, przybliżając im kulturę, faunę i florę tamtych stron. Jednym z prezentów były na przykład małe gepardy. Absolutnie odchodzi to od jakichkolwiek realiów, ale za to dodaje odrobinę magii do życia bohaterów, ale także do życia czytelników. Zresztą ten nierzeczywisty realizm sprawdza się bardzo dobrze w książkach dla najmłodszych, a przy okazji dodaję nieco koloru dla samej fabuły.

 

 Historia, którą postanowiła nam opowiedzieć autorka, jest dość prosta. Napisana łagodnym językiem. Chociaż momentami tenże łagodny język staje się aż nadto infantylny, nawet jak na powieść, która w opisie szczyci się byciem skierowanym dla różnych grup wiekowych. Nastolatkowie i dorośli mogą się jednak męczyć niekiedy, zwłaszcza kiedy dominują zdrobnienia „mamusia” i „tatuś”. Za to najmłodsi czytelnicy będą za to zachwyceni, widząc, że książka ich nie dyskryminuje. Pomimo języka ten uniwersalizm wiekowy został zachowany na stronach książki Gianolio-Ruszniak w fabule i płynących z niej wartościach. Z lektury można wyczytać podstawowe, chociaż wciąż ważne mądrości o sile rodzinnej miłości, siostrzanych relacjach, ale także poszanowania dla natury, tolerancji dla odrębnych kultur. Płynący z tej historii morał, że nie ma nic ważniejszego od rodziny i niezależnie jaki mielibyśmy do niej stosunek, to zawsze trzeba o nią walczyć, jest piękny w swojej oczywistości. To chyba jest właśnie najwspanialsza zaleta bajek czy baśni. Przypominanie o rzeczach prostych, które uciekają nam w pędzie prawdziwego życia.

 

Poza pouczającymi metaforami ukrytymi między wierszami do lektury przyciąga nas wciągająca fabuła. W tych zaledwie pięćdziesięciu stronach miejsce znalazła historia miłości, frapująca tajemnica, ukryte skarby i dzikość krajobrazu Afryki. Jeśli patrzeć na tę pozycję jako książkę dla dzieci, to można być spokojnym – każde dziecko zaczyta lub zasłucha się z wielkim zainteresowaniem w opowieść o przygodach Heleny i Belli, natomiast czytający je dorosły będzie mógł znów poczuć się dzieckiem. Warto też wspomnieć o tym jak pięknymi ilustracjami opatrzona jest ta książka. Wszystkie szkice zamieszczone na stronach zostały wykonane samodzielnie przez autorkę, co dodatkowo potęguję przyjemność z lektury. Jeśli więc szukacie książki, której czytanie sprawi przyjemność i wam i waszym dzieciom, niosąca piękną naukę dla najmłodszych to „Caravelle. Przygody w Afryce” będzie idealnym wyborem.

inka

Ta niewielka objętościowo książeczka, napisana i zilustrowana przez autorkę, Teresę Gianolio – Ruszniak sięga w swojej formie po tradycyjne metody narracji stosowane w literaturze dziecięcej. Jest zatem dziecięcy bohater, a właściwie dwóch, mowa bowiem o kilkuletnich bliźniaczkach, o rodzinie (tychże), o przygodach w egzotycznych miejscach (Afryka) oraz zwierzętach (nietypowych, rzecz jasna, na przykład gepardach).

 

W dwudziestu jeden mini rozdzialikach dowiadujemy się o ojcu pilocie, dobrych serduszkach członków rodziny, błyskawicznym dojrzewaniu Belli i Heleny (bajki znoszą przecież wszelkie granice czasoprzestrzeni), magicznych rekwizytach tłumaczących zasady świata i ułatwiających życie. Wydawca książki rekomenduje lekturę jako pozycję dla czytelnika w każdym wielu i oczywiście dużo w tym racji, zważywszy na fakt, że każdy ma w sobie infantylność dziecka. Jest podatny na utrwalone od wieków tropy kulturowe i schematy rządzące opowieściami z cyklu: bajka, baśń, legenda. Czujemy się pewnie i oczekujemy, że historia rozpoczynająca się od wstępu: Dawno, dawno temu… ma prawo rozwijać się zgodnie z założona tezą, by było o przyjaźni, miłości, walce dobra ze złem, przygodach, zdobywaniu wiedzy i umiejętności.

 

I takie jest tytułowe Caravelle (nazwa samolotu sterowanego przez ojca głównych bohaterek). Pasuje prawie do każdej sytuacji życiowej, tłumaczy zjawiska fizyczne rządzące światem, wyjaśnia wszelkie zawiłości stosując kryteria logiczne pasujące do dziecięcego pojmowania przyrody – proste, a nawet uproszczone definicje; nazwy. Błyskawiczne następstwa przyczynowo – skutkowe eliminujące dłużyzny fabularne.

 

Wszystkie wydarzenia w ramach rozdziałów poświęcone są jednej przygodzie zakończonej jasno przedstawionym morałem; nadrzędną, uniwersalną nauką. I tak, pierwsza historia uczy, że najlepszym miejscem dla gepardów jest ZOO. W drugim rozdziale dowiadujemy się, z kolei, że transportowi zbiorowemu w Afryce daleko do doskonałości i wygody. Bez wdawania się w zbędne szczegóły etnograficzne, antropologiczne, autorka kreśli obraz życia we francuskiej kolonii. Tło kulturowe, zwyczaje regionalne, a nawet upiór, czy potrawy są zaakcentowane na tyle, by wzbudzić ciekawość, ale nie znudzić/ zanudzić.

 

W kolejnych częściach akcja wyraźnie przyspiesza. Zaczyna się WIELKA przygoda z magiczną szkatułką z kamykami w roli głównej i tajemniczymi zjawiskami pogodowymi (ciemna noc, nagły wiatr). Jak w tradycyjnej bajce są wątki zagubienia, poszukiwania drogi, a nawet nieśmiertelne przestrogi, a nawet nieśmiertelne przestrogi połączone z karą, gdy „mama nakrzyczała na córki, upominając je, żeby więcej tak nie robiły”. Skąd my to znamy? Pytanie retoryczne, oczywiście.

 

Z bajki zaczerpnięte są również dychotomiczne charakterystyki postaci. Dominik i Antoni. Jeden brunet, drugi blondyn. Jeden wesoły, drugi smutny. Bella i Helena. Żadnych pośrednich stanów zakładających wahanie, analizowania typowego dla dorosłych. Jest za to przepowiednia połączona z przekazaniem daru (komu i jakiego, odsyłam do książki) oraz rzuceniem uroku (jakiego i na kogo? Odpowiedź na kartach lektury).

 

„Pewnego dnia” zdarza się również wielka miłość „od pierwszego wejrzenia”. Są też złe moce na miarę czarownic, zatrutych jabłek, podstępnych wrzecion i innych magicznych rekwizytów. Jest podstęp, odkrycie prawdy i rozpoznanie, jak w Księżniczce na ziarnku grochu, Kopciuszku, czy Świniopasie. Oczywiście, na koniec, happy end. Łatwo się domyśleć, co w finale. Podpowiedź: ślub. I to podwójny.

 

Caravelle. Przygody w Afryce nie są być może literaturą najwyższych lotów, daleko im do ambitnej przypowieści, na pewno też nie wejdą do repertuaru klasyki bajkowej. Ale to pełna uroku i wdzięku historia, jakich powstaje coraz mniej. Warto zatem ocalić od zapomnienia ten przebrzmiały już niestety styl pisarski.

KlaudiaBacia

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami… Każdy, czy to dorosły czy dziecko zna te słowa. Z reguły bajki są pierwszym zetknięciem się najmłodszych z literaturą, czasem przeradza się to w głębszą miłość, a czytelnik ewoluuje, zagłębia się w czytelniczy świat i poznaje coraz to nowsze gatunki. Który zostanie jego ulubionym? Nie wiadomo. Istnieje też duża szansa, że już jako osoba dorosła sięgnie po literaturę dziecięcą, czy to dla własnej przyjemności czy po to, by poczytać swojemu dziecku. Sama dzieci nie mam, ale od czasu do czasu sięgam po coś przeznaczonego dla młodszego niż ja czytelnika. Jest to fantastyczny sposób, aby oderwać się od rzeczywistości i wrócić choć na chwilę do beztroskich lat dzieciństwa, kiedy wszystko było możliwe.

 

Chciałabym poszerzać moje czytelnicze horyzonty i w związku z tym sięgać po innych autorów, niż anglojęzycznych i polskich. Staram się sięgać również po książki, których fabuła dzieje się np. w Finlandii czy Chinach. Dlatego, kiedy pojawiła się możliwość zapoznania się z książką, której akcja odbywa się na czarnym lądzie byłam mocno zainteresowana. Tytuł i minimalistyczna okładka również bardzo zachęcają do lektury.

 

Ciężko opowiedzieć o fabule tej krótkiej książeczki, liczy sobie ona bowiem tylko 52 strony, nie zdradzając za dużo szczegółów. Opowiem tylko, że opowiada ona o przygodach sióstr bliźniaczek – Belli i Helenie, które wraz z rodziną przeprowadzają się do Afryki w związku nową posadą ojca.

 

Może na początek wspomnę o plusach tej książki. Przede wszystkim – szybko się ją czyta. Na początku lektury włączyłam stoper i wyszło mi jakieś 27 minut, przy czym warto wspomnieć, że w międzyczasie relacjonowałam moje odczucia osobie siedzącej obok. Drugim plusem są ilustracje nawiązujące do fabuły, ładne, choć widać, że nie robił ich profesjonalny ilustrator. No i na tym zalety się kończą.

 

Pierwszą rzeczą, która mi się nie spodobała to fragment, w którym jest opisany fakt, że rodzice podarowali bliźniaczkom pięć lwiątek, z których trzy zostały oddane później do zoo, a dwa były wychowywane jak zwierzątka domowe i brane na wycieczki ojca z kolegą, który brał swoją pumę. Lwy i pumy nie są zwierzątkami domowymi. Żadne dzikie zwierzę nie jest zwierzątkiem domowym i nie należy go w ten sposób ani przedstawiać ani zaszczepiać w dzieciach myśli, że można je tak traktować. Nie będę przytaczać całości historii o przetrzymywaniu pumy w domu i dramatu, kiedy puma została odebrana właścicielowi i przekazana do zoo.

 

Drugą rzeczą jest język. Jeśli ta książeczka przeszła jakąkolwiek korektę to po łebkach i od niechcenia. Powtórzenia, bardzo banalny język zniechęcały do czytania. Miałam czasem wrażenie, że jest to książka napisana dla dziecka, które jeszcze nie bardzo cokolwiek rozumie i tylko cieszy się z słuchania głosu mamy lub taty podczas wieczornej lektury. Jest to przykre, ponieważ „Caravelle. Przygody w Afryce” są dedykowane dla czytelnika w każdym wieku.

 

Trzecia sprawa to brak jakiegokolwiek morału. Nie opiszę dokładnie o jakie wydarzenie chodzi, ale dla dorosłego człowieka jest ono oburzające, a w książce przeszło kompletnie bez echa i jakiegokolwiek morału z niego płynącego. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

 

Nie dałabym tej książki mojemu dziecku, nawet nie przeczytałabym mu jej na dobranoc. Jest wiele świetnych bajek dla dzieci, z których można wynieść jakąś naukę i przyjemność. Z „Caravelle. Przygody w Afryce” nie płynie kompletnie nic. Aż prosi się o zacytowanie C.S Lewisa i jego stwierdzenia, że „Książka dla dzieci, która podoba się tylko dzieciom, nie jest dobrą książką dla dzieci”. Po skończonej lekturze sprawdziłam wydawnictwo, w której swoją książkę opublikowała Térésa Gianolio-Ruszniak, czyli Warszawską Firmę Wydawniczą. Nie zdziwiło mnie szczególnie, że jest to wydawnictwo, które za opłatą autora wypuszcza jego książkę na rynek. Selfpublishing to zło. Nie polecam książki „Caravelle. Przygody a Afryce”, jest znacznie więcej lepszych książek.

Chris

Każda historia może, a nawet powinna być, interesująca dla odbiorcy. Niezależnie od tego czy opowiadamy o fizyce kwantowej, montażu grzejników czy też o szczegółach kilkuset stronnicowej ustawy podatkowej, powinniśmy w taki sposób dobrać słowa i nasz charakter wypowiedzi byśmy potrafili zaciekawić osobę po drugiej stronie. Oczywiście nie każdy potrafi tak postępować, ale nic nie działa równie efektywnie jak praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka. Wspominam o tym wszystkim gdyż takowa refleksja naszła mnie właśnie po lekturze „Caravelle. Przygody w Afryce”. Pomysł dobry, ale wykonanie zdecydowanie mnie nie przekonało.

 

Bliźniaczki Bella i Helena urodziły i wychowały się we Francji. Ich ojciec, międzynarodowy pilot samolotowy, dzięki swojej dochodowej pracy zapewnia im nie tylko dostatnie i opiewające w luksusach życie, ale także ciekawe niespodzianki. Jedną z nich było między innymi sprowadzenie do wspólnego domu pięciu gepardów, które swoim charakterem i dostojnością wzbudziły w dziewczynkach  zamiłowanie do kontynentu afrykańskiego. Na szczęście kolejne zadanie przedstawione przed ich ojcem wymaga właśnie kilkuletniej przeprowadzki na Czarny Ląd. W zamyśle, jak to przeważnie bywa, wszystko wyglądało świetnie. Siostrzana miłość, przygody, tajemnice, nutka grozy, a nawet romanse. W praktyce jednak doszło do wielkiej niespójności, która powoduje, że czytelnik ma wrażenie, że czyta „punktowy plan napisania książki”. Pięćdziesięciostronicową lekturę autorka podzieliła na dwadzieścia jeden rozdziałów (!) z których każdy urywa się w praktycznie najmniej spodziewanym momencie, a zaczyna z zupełnie innej strony. Przede wszystkim brakowało mi w tym wszystkim płynności i lekkości, która powodowałaby, że czytelnik jest wciągany w przygody Heleny i Belli i nie może doczekać się kolejnych epizodów z ich życia. W zamian otrzymaliśmy właśnie pozbawione emocji zdania, które sprawiają wrażenie jakby były tworzone przez bezdusznego narratora, który nienawidzi swojej pracy. Do tego wszystkiego rzuca się także w oczy brak szczegółów dotyczących głównych bohaterek i sytuacji z nimi związanymi. Rozpoczynamy od okresu dzieciństwa, stronę później dowiadujemy się, że Helena i Bella są już dwa lata starsze, później, że młodsza z nich już kilka miesięcy leży w śpiączce, a na końcu, że są już dorosłe i jednak zmieniają plany na swoje życie. To wszystko może być pod pewnymi względami interesujące dla czytelnika (ekspresowa fabuła), ale powinna być także podparta informacjami od narratora. Ramy czasowe nie istnieją dla odbiorcy gdyż niejednokrotnie musi najzwyczajniej w świecie domyślać się gdzie się teraz znajduje i ile lat mogą mieć aktualnie główne bohaterki. Warto także nieco wspomnieć o charakterze tejże książki, która z jednej strony przedstawiana jest jako legenda dla czytelnika w każdym wieku, a z drugiej strony jako opowiadanie skierowane do najmłodszych. Zdecydowanie nie polecałbym tej drugiej opcji gdyż musielibyśmy tłumaczyć takie zjawiska jak śmierć, egzorcyzmy, opętanie czy też rolę czarnoskórej służby we francuskiej rodzinie (nie wspominając już o kolonializmie i segregacji rasowej). To wszystko razem wzięte sprawia, że „Caravelle. Przygody w Afryce” staje się czymś w rodzaju niedokończonej historii, która sprawiała wrażenie interesującego cukierka, który po odpakowaniu ze sreberka okazał się kawałkiem… drewienka.

 

Jak już wspomniałem na wstępie, każde opowiadanie może być tak przedstawione, by odbiorca wręcz zaniemówił z wrażenia. W tym przypadku, mimo bardzo dobrego i interesującego pomysłu, wyszło całkowicie odwrotnie. Schematyczność, brak spójności, brak lekkości i brak jakiegokolwiek wciągnięcia czytelnika w losy Heleny i Belli, powoduje, że jest to tytuł o którym bardzo szybko zapominamy. Albo byśmy chcieli zapomnieć. 

 
 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial