Wersja dla osób niedowidzącychWersja dla osób niedowidzących

Okładka wydania

Zapiski Z Domu Wariatów

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Zapiski Z Domu Wariatów | Autor: Christine Lavant

Wybierz opinię:

Doris

Christine Lavant, austriacka poetka, której przyszło żyć  w jednym z najmroczniejszych okresów w dziejach Austrii, w czasie nasilającego się antysemityzmu i nacjonalizmu, zakończonego wreszcie niemiecką aneksją, napisała małe arcydzieło. Małe, bo liczące zaledwie 90 stron, ale wielkie treścią, w której niczym w pigułce skondensowano hektolitry cierpienia.

 

Schorowana od dziecka, przez swoje liczne dolegliwości odstawiona przez środowisko na boczny tor, nierozumiana i osamotniona, zmagająca się z depresją i myślami samobójczymi, po nieudanej próbie odebrania sobie życia, na własne życzenie podjęła leczenie w „przytułku dla obłąkanych” w Klagenfurcie. Tylko przypadek sprawił, że nie podzieliła losu reszty pacjentów i nie zginęła w wyniku „eliminacji życia niewartego życia”, przdstawianej przez nazistów jako swoista wyzwalająca eutanazja.

 

Jej „Zapiski z domu wariatów”, spisane tuż po wojnie, odnaleziono i wydano dopiero niedawno. Spisywane 10 lat po opuszczeniu zakładu, stylizowane są bardzo udanie na prowadzony systematycznie dziennik. „Dziennik” ten to bardzo osobisty zapis chwiejnych stanów emocjonalnych autorki. Jest też obrazem ponurego, szpitalnego życia, życia na krawędzi, gdyż na oddziale psychiatrycznym nigdy nie wiadomo, co za chwilę się wydarzy. Oszczędne portrety pacjentek będących w różnym stopniu pobudzenia psychoruchowego, robią ogromne wrażenie. Są też szokująco bezpośrednie: „potężne wąsate stworzenie o niekiedy niesamowicie dzikim wyrazie oczu, chrapie zawsze jak motor, a gdy się zbliżyć, człowiekowi wydaje się, że jest w cyrku, bo czuć od niej jak od egzotycznych zwierząt”. Snują się te chore po korytarzach, krzyczą, płaczą, drżą w epileptycznych konwulsjach lub śmieją się histerycznie. Kto wie, czy nie najtrudniejszą do zniesienia dolegliwością była dla autorki całkowita niemożność pobycia choćby przez chwilę sam na sam ze sobą. Szpital zagarnął ją całą. Nie pozostawił ani centymetra przestrzeni. Czasami miała wrażenie, że za chwilę się udusi.

 

 Z jednej strony ani sekundy spokoju, samotności, z drugiej zaś, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, wyalienowanie przez odrzucenie. Nie akceptują jej współpacjentki. Nie mając ataków dzikiej agresji ani feerycznych objawów wytwórczych nie jest dla nich wiarygodna, nie jest jedną z nich. Nie budzi też zaufania personelu, który nie bardzo wie, jak ją traktować, dlatego raz mówi do niej „pani”, a raz pogardliwie „ty”. Wyklucza ją też system. Jako pacjentka na łasce opieki społecznej, nie zasługuje ani na sztućce do posiłków, ani na żadne z wielu innych ułatwień. Niełatwo być pariasem, kiedy i tak jest ci ciężko żyć. Szpital w Klagenfurcie to świat jeszcze przed Zagładą, ale już w przeczuciu nadchodzącego koszmaru. Widzimy instytucję wyjątkowo opresyjną, wrogą pacjentom. To zaprzeczenie humanitaryzmu, wstyd dla czerwieni krzyża i bieli fartucha, symbolizujących szlachetną pomoc i empatię. Stąd już prosta droga do późniejszych bezwzględnych eksterminacji chorych. Już teraz pacjenci nie są tu traktowani jak ludzie i nikt nie czuje z tego powodu  wyrzutów sumienia. Personel nie lubi pacjentów, mamy wrażenie, że nie lubi też swojej pracy, ani nawet siebie nawzajem. „Siostra Marianna miała oczy jak z kamienia, a jej uśmiech wahał się na krawędzi, z której każdy uśmiech może ześlizgnąć się w groźbę”. Tworzy się nowa, niebezpieczna norma, która już wkrótce zacznie obowiązywać i przyniesie straszne konsekwencje.

 

 Gdzie w tym wszystkim jest Bóg, pyta z bezradną rozpaczą Christine: „powinna bym rozwalić te ściany i kamień po kamieniu ciskać w niebo, ażeby sobie uprzytomniło, że ma jakieś obowiązki także tu, na dole”. Jedynym przebłyskiem dobroci, światłem w tym mroku nienawiści, są odwiedziny bliskich. W takich chwilach pacjentki choćby na moment starają się wydostać na powierzchnię z odmętów choroby. „Tu wiecznie piętrzą się góry udręki, ale szczyt stanowią ci, którzy codziennie przychodzą przepełnieni miłością i odchodzą zrozpaczeni. Nie można im spojrzeć w oczy, nie można tego po prostu znieść”.

 

Szpital psychiatryczny widziany oczami Christine Lavant, przeraża. Gdybyśmy nie wiedzieli, że tak naprawdę dziennik pisany był wiele lat później, to moglibyśmy pomyśleć, że dla autorki mógł być w klinice rodzajem wentylu bezpieczeństwa, który nie pozwolił jej do reszty stracić zmysłów. Christine odsłania przed nami całe swoje wnętrze, w tym nieprawdopodobnym ekshibicjonizmie psychicznym oddaje się całkowicie w nasze ręce, pozwala nam poznać swoje najintymniejsze myśli. Tak duże zaufanie do czytelnika zobowiązuje. Zobowiązuje do wczucia się w jej sytuację, do podjęcia próby zrozumienia. Jest to bardzo cenna i rzadko spotykana szczerość, zero udawania. Lavant sama wstydzi się niektórych swoich myśli i odczuć, jak choćby wtedy, gdy zamiast żalu z powodu śmierci pacjentki, cieszy się na możliwość przejęcia jej łóżka.

 

Duże wrażenie robią przytoczone monologi chorych, jakby spisywane na bieżąco w momencie ich wygłaszania. Odbijają się w nich kosmicznie splątane umysły, pełne lęków, obrazów wytworzonych przez zwyrodniałe synapsy, a tak naprawdę nieistniejących. Dobrze, że brak tu jakiegokolwiek komentarza. Są tylko słowa, długie ciągi wyrazów, składające się w dziwaczne, gubiące sens, deliryczne opowieści. Próbując za nimi podążać gubimy się, nie prowadzą bowiem donikąd.

 

To czysta, oszczędna i bardzo mocna proza, o dużej sile rażenia. Przebija przez nią ogromny ładunek cierpienia. Świadomość, że większość z opisanych na kartach dziennika pacjentek, które stały się nam w jakiś sposób bliskie, którym współczuliśmy, nie przeżyło nazistowskiej czystki, jest trudna do zniesienia.  Jeśli robi to takie wrażenie na nas, to jak musiała czuć się z tym Christine Lavant – cudem ocalała. Myślę, że ten dziennik, spisany po dziesięciu latach, tuż po zakończeniu wojny, był pożegnaniem Christin z Renatą, z Ukrzyżowaną, z Królową, z Magdaleną, i z każdą kolejną chorą, którą zapamiętała ze szpitalnego oddziału.  Był gestem szacunku i współczucia i żalu. A także protestem przeciw odczłowieczaniu ludzkiego cierpienia, przeciw uprzedmiotowianiu i wykluczaniu dotkniętych nieszczęściem, znękanych i nie potrafiących się obronić. To trudna, wymagająca, ale bardzo potrzebna książka.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial