Okładka wydania

Jeszcze Wyrosną Skrzydła Aniołom Z Nadodrza...

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje

  • Autor: Krzysztof Czaja
  • Tytuł Oryginału: Jeszcze Wyrosną Skrzydła Aniołom Z Nadodrza...
  • Gatunek: Literatura Piękna
  • Liczba Stron: 490
  • Rok Wydania: 2021
  • Numer Wydania: I
  • Wymiary: 160 x 240 mm
  • ISBN: 9788379775125
  • Wydawca: Atut
  • Oprawa: Miękka
  • Ocena:

    5/6


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Jeszcze Wyrosną Skrzydła Aniołom Z Nadodrza... | Autor: Krzysztof Czaja

Wybierz opinię:

Doris

Im człowiek starszy, tym większą przestrzeń w jego pamięci i sercu zajmują wspomnienia. Coraz częściej sięga w przeszłość, by je wskrzesić, przeżyć jeszcze raz i drugi. Co ciekawe, najczęściej z reminiscencji tych destylujemy tylko to, co przyjemne, co niesie radość. Wielu z nas pragnie przekazać je przyszłym pokoleniom, dzieciom, wnukom, a samo spisywanie ich daje wiele satysfakcji. Często wydawane są potem drukiem i trafiają do szerszego grona czytelników. No i z tym jest już gorzej. Nie wszystkie one są bowiem warte przeczytania. Myślę o tych pisanych dość nieporadnie, kiedy to od razu znać pióro trzymane ręką amatora, nie literata. W żadnym razie uwaga ta nie dotyczy jednak książki „Jeszcze wyrosną skrzydła aniołom z Nadodrza”.

 

 Krzysztof Czaja przywołuje tu Wrocław lat tuż powojennych i późniejszych. To lata jego dzieciństwa i wczesnej młodości, a zarazem losy mieszkańców pewnej kamienicy w dzielnicy Nadodrze, dzielnicy wrocławskiego „Trójkąta Bermudzkiego” – patologii, ubóstwa i alkoholizmu. Od pierwszych stron wrzuceni zostajemy w trudny czas przełomu 1959 i 1960 roku. Wówczas we Wrocławiu wciąż jeszcze wyczuwalne było twarde niemieckie Breslau, widniejące w pozostałościach sklepowych szyldów, napisach znaczonych szwabachą na zwrotnicach tramwajowych i włazach do studzienek ściekowych. W kamienicach „z oberwanymi tu i ówdzie tynkami, które zwisały niczym kikuty niedawnych obrońców Festung Breslau. Bezwstydnie odarte ze swoich plastrów i bandaży, ukazywały nagość poranionych miejsc, posypanych czerwonym kurzem z podziurawionych cegieł, który wciąż unosił się w powietrzu, odsłaniając niezabliźnione rany tego niegdyś dumnego i pokonanego miasta”. Nawet wiele lat po wojnie słyszało się we Wrocławiu słowa „szwabskie miasto”, choć przecież teraz zasiedlili je Polacy.

 

 Przypuszczam, że książka może być szczególnie cenna dla Wrocławian, którzy będą mieli okazję przespacerować się wraz z autorem ulicami swojego miasta, ale tymi z lat 50-tych i 60-tych, rozpoznawać znane sobie budynki, skwery i porównać, jak bardzo miasto rozrosło się i zmieniło od tego czasu. Piekarnia na Rydygiera, restauracja Pomorzanka, cukiernia u Budnera na Kurkowej czy mały zakład szewski pana Tadzia na Pomorskiej. Co z tego pozostało do dzisiaj? Niektórzy, nieco starsi, ożywią w ten sposób obrazy z własnego życia. Muszę przy tym przyznać, że ja, Łodzianka przecież, również miałam wiele radości z lektury. To w końcu kawał historii przesuwający się przed oczami.

 

Wrocławskie dzieci, podobnie jak wszystkie inne, grają w piłkę, w cymbergaja, robią głupie, czasem niebezpieczne psikusy, nie przepadają za nauką, a czas wolą spędzać na podwórku. A tam króluje, najczęściej w centralnym miejscu, trzepak – miejsce zebrań i sąsiedzkich plotek, a także wygłupów, zabaw i ekwilibrystycznych popisów podwórkowej dzieciarni. „Stał pośrodku podwórka niczym zimny, czarny monolit, przyciągając swoją tajemniczą siłą osiedlowe anioły z kluczem na szyi, kromką chleba ze smalcem i szczypiorkiem, butelką różowej lemoniady i jabłkiem w ręku.”

 

Wyprawy na targowisko po świąteczną choinkę, nie mające końca kolejki po żywego karpia, wyczekiwanie, czy rzucą pomarańcze. Albo barwne sceny z przykościelnych odpustów, z kolorowymi wiatraczkami poruszanymi wiatrem, chmurą białej lub różowej waty na patyku i sznurami przyrumienionych obwarzanków. I, rzecz jasna, z kręcącą się przy dźwiękach muzyki karuzelą. Albo okazja do wspólnego biesiadowania, jaką dawała transmisja telewizyjna z Wyścigu Pokoju czy lądowania Neila Armstronga na Księżycu. Telewizorów było wtedy jak na lekarstwo, więc wszyscy lokatorzy zbierali się tłumnie u sąsiada, który był takiego luksusowego towaru posiadaczem. Wszyscy znamy takie sceny z serialu „Dom”. „Atmosfera Wyścigu Pokoju udzielała się wszystkim, nawet kobietom, matkom i żonom, które były zadowolone, że przez blisko dwa tygodnie ich mężowie nie szlajali się po knajpach, nie wystawali w bramach i podwórkach (…).

 

Myślę, że dobrze byłoby włączyć tego typu wspomnienia do kanonu lektur szkolnych. Obrazują one pewną ciągłość historii, jej ewoluowanie, przemiany obyczajowe, polityczne i społeczne oraz zmiany w sposobie myślenia mieszkańców. Widzimy Wrocław powojenny, a także przywoływany przez bohaterów obraz miasta z czasu wojny, obwieszonego złowrogimi symbolami Trzeciej Rzeszy, albo też ten, którego już nie ma, ze wspomnień Żyda Weissa: „Żydom żyło się naprawdę dobrze. Mieliśmy swoje synagogi, szkoły, koszerne stołówki, sklepiki, apteki, fabryczki, a nawet żydowskie seminarium teologiczne. Tak dobrze czuliśmy się tutaj, że w synagogach modliliśmy się po niemiecku, a nie po hebrajsku. Czuliśmy się po prostu Niemcami.”

 

 Poznajemy też obraz polskiej wsi, gdzie mieszka rodzina bohaterów książki. W końcu większość „miastowych” ma wiejskie korzenie. Ta wieś też nie przypomina tej przedwojennej. W pańskich dworkach hula teraz wiatr, zniknęły żydowskie miasteczka i targowiska. A to, co nowe, nie wiadomo, czy lepsze.

 

Z tej książki przede wszystkim bije ciepło. To ciepło więzi między ludźmi, miłości rodzinnej, życzliwej sąsiedzkiej pomocy. Faktem jest, że były to czasy biedne, wszystkiego brakowało. Dzieci bawiły się byle czym: fajerkami z pieca, kamykami i patykami, kapslami. Ale ludzie żyli razem, a nie obok siebie, i obchodził ich los sąsiadów. Nawzajem pilnowali sobie dzieci, pomagali w drobnych naprawach, odwiedzali się, aby wypić razem herbatę, albo i kieliszek wódki i zwierzyć się z kłopotów. Być może opisywana rzeczywistość filtrowana jest przez sentyment i dlatego nie do końca prawdziwa. Jednak matka autora, wdowa, samotnie wychowująca trójkę dzieci w jednopokojowym mieszkanku na piątym piętrze wrocławskiej kamienicy, pracująca ciężko na nocną zmianę, nie zdołałaby chyba tak dobrze poradzić sobie bez pomocy życzliwych sąsiadów i kochającej rodziny.  To jeszcze jedna wartość, jaką niesie ta książka: wizja świata niepodzielonego, w którym nawet tak różniący się w poglądach ludzie, jak trzej bracia – wujowie autora: „Komunista, kapitalista i chłoporobotnik handlujący świętymi obrazami” potrafią spokojnie rozmawiać z sobą przy obiedzie i we wszystkich trudnych chwilach stać za sobą murem. To przesłanie bardzo ważne. Jakże bowiem często zapominamy o tym w naszym skonfliktowanym świecie.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial