Okładka wydania

LSD... Moje Trudne Dziecko

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

LSD... Moje Trudne Dziecko | Autor: Albert Hofmann

Wybierz opinię:

Karolina

Blaski i cienie ojcostwa

Albert Hofmann żył ponad 102 lata i w ciągu tego czasu dokonał odkrycia na skalę światową. Podczas pracy w laboratorium, uzyskał dietyloamid kwasu lizergowego, powszechnie znany jako LSD. Poza sławą, stworzenie środka halucynogennego niesie ze sobą również zagrożenia i moralne rozterki. Tak jak Alfred Nobel borykał się z odpowiedzialnością za wynalezienie dynamitu, tak Albert Hofmann obserwował jak LSD zarówno uszczęśliwia ludzi, jak i ich pogrąża.

 

W książce „LSD. Moje trudne dziecko” Hofmann w bardzo szczegółowy sposób opisuje swoją pracę naukową oraz proces, w wyniku którego uzyskał LSD. Czytając, nie da się nie zauważyć, że Hofmann jest prawdziwym pasjonatem i z wielką żarliwością opowiada o swoich badaniach i odkryciach. Jednak często bywa tak, że doskonała znajomość tematu nie idzie w parze z umiejętnością jego przekazania. Podobnie jest i w tej książce. Albert Hofmann z pewnością był wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie, ale mam wrażenie, że laikowi w zakresie chemii (do których się zaliczam) niełatwo będzie przedrzeć się przez hermetyczny język – zawiłe opisy badań i niezrozumiałe definicje nie pomagają w płynnej lekturze. Być może to wcale nie miała być książka popularnonaukowa, chociaż z drugiej strony nie wygląda mi również na podręcznik akademicki. „LSD. Moje trudne dziecko” można więc określić jako publikację okołonaukową, która jednak ma wyraźny problem z opuszczeniem zamkniętego kręgu naukowców i otwarciem się na osoby z zewnątrz, które tematu nie znają, ale są ciekawe i chciałyby go zgłębić. Ta wada dotyczy głównie pierwszej części książki, w której dominuje opis badań naukowych. Kolejne rozdziały zawierają więcej luźnych przemyśleń, dzięki czemu czytelnik uwalnia się od uciążliwego socjolektu.

 

Bardzo ciekawą częścią tej książki są opisy przeżyć doświadczanych po zażyciu LSD. Albert Hofmann testował na sobie odkrytą substancję i podczas tych eksperymentów prowadził notatki (na tyle szczegółowe, na ile pozwalało na to samopoczucie). Jeśli więc kiedykolwiek zastanawialiście się „jak to jest?”, to ta książka daje możliwość zapoznania się z wieloma relacjami osób pod wpływem LSD. Reszta to już kwestia waszej wyobraźni.

 

Wcześniej wspominana pasja, z jaką autor opowiada o swojej dziedzinie nauki, nie ogranicza się jedynie do przestrzeni laboratoryjnej. Entuzjazm i ciekawość Alberta Hofmanna wyszły daleko poza miejsce pracy i zawiodły go aż do… Meksyku. Tam chemik badał grzyby, które działały podobnie do LSD. I tutaj byłam bardzo mile zaskoczona. Wyprawa Hofmanna do Ameryki jest opowiedziana jak rasowa historia przygodowa, w której nie brakuje zwrotów akcji, tajemnic i niebezpieczeństwa. Czytało się to naprawdę dobrze, zwłaszcza, że dodatkowo dostajemy garść kulturoznawstwa – relacja na temat religijnych obrzędów z użyciem magicznych grzybów jest bez wątpienia ogromnym plusem tej książki.

 

Na kartach książki pojawiają się również moralne rozterki Alberta Hofmanna. Autor zastanawia się nad sensem istnienia LSD, rozważa jego wady i zalety, zasługi i szkody. Z jednej strony, jego „dziecko” pomagało ludziom oderwać się od bólu w godzinach przedśmiertnej agonii. LSD wiele osób poprowadziło również do wewnętrznego szczęścia i harmonii. Z drugiej strony, nie zabrakło doniesień o samobójstwach popełnionych pod wpływem LSD. Czy naukowiec może być za nie po części odpowiedzialny? Mam wrażenie, że Albert Hofmann miał ogromny dystans do swojego odkrycia i związanych z nim konsekwencji. Moim zdaniem bardzo szybko pogodził się z tym, że LSD na dobre weszło do obiegu i już nic nie jest w stanie go powstrzymać. To ludzie muszą wykazać się odpowiedzialnością i wiedzieć jak używać substancji halucynogennych, by czerpać z nich korzyści, a nie ponosić straty. Jak mówił Paracelsus: „wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną – tylko dawka czyni truciznę”.

 

Albert Hofmann musiał zmierzyć się z LSD tak, jak rodzic mierzy się z trudem wychowywania dziecka. Według mnie jest to bardzo ciekawa historia, którą polecam wszystkim zainteresowanym. Jednocześnie proszę o sporą dawkę cierpliwości i wytrwałości w przedzieraniu się przez hermetyczny język chemików.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial