Okładka wydania

Kompleks Polski Mała Apokalipsa Seria I  Biblioteka Narodowa

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje

  • Autor: Tadeusz Konwicki
  • Tytuł Oryginału: Kompleks Polski Mała Apokalipsa Seria I Biblioteka Narodowa
  • Gatunek: Literatura Piękna
  • Liczba Stron: 500
  • Rok Wydania: 2021
  • Numer Wydania: I
  • Wymiary: 120x170 mm
  • ISBN: 9788366267411
  • Wydawca: Ossolineum
  • Oprawa: Twarda
  • Ocena:

    6/6


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 2 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Kompleks Polski Mała Apokalipsa Seria I Biblioteka Narodowa | Autor: Tadeusz Konwicki

Wybierz opinię:

Doris

 „Kompleks polski” i „Mała Apokalipsa” powstały w końcówce lat 70-tych i zostały wydane w obiegu niezależnym. Oba utwory są gorzką refleksją nad kondycją ówczesnego polskiego społeczeństwa, jego leniwym zepsuciem, bezwolnością, gnuśnością. Narratorem obydwu jest autor, pisarz rozczarowany światem, zgorzkniały, który mówi o sobie „znudziło mnie już porozumiewanie się z bliźnimi, braćmi mędrcami i idiotami, braćmi prorokami i szubrawcami, braćmi dręczycielami i ofiarami”. W obu utworach można dostrzec wiele  autobiograficznych odniesień, wątków, począwszy od nostalgicznych opisów wileńskich pejzaży, z których bije tęsknota do krainy „gdzie kwiaty były większe niż na innych ziemiach, gdzie ludzie byli bardziej ludzcy niż na całym świecie”, przez nazwiska przyjaciół, fragmenty wcześniejszej prozy aż do rozliczenia z błędów młodości: „Zdradziłem starą wiarę dla nowej. Potem nową dla starej. Ale ja nigdy i nikogo nie chciałem zdradzić”.

 

  Polska zarówno w „Kompleksie polskim”, jak i w „Małej Apokalipsie” jest smutna, szara i nijaka. Czy to wigilijny wieczór, czy letnie święto 22 Lipca, nie czuje się radości świętowania. Bardziej widoczny jest pewien przymus, sztuczny uśmiech przyklejony do zmęczonej twarzy, nerwowe spoglądanie przez ramię, mówienie szeptem, przez zaciśnięte usta. Po ulicach snują się zawiani mężczyźni, którym kilka kieliszków pomogło obłaskawić wigilijną depresję, spacerowym krokiem stąpa bosa kobieta w szlafroku w chryzantemy, podpita matka pcha wózek z niemowlęciem, szepcząc „Spij maleńki, śpij, bo dam kopa”, a bohatera co chwilę zatrzymuje milicjant, aby go wylegitymować. Choć i on robi to bez zapału, od niechcenia. Wszystko tu brzydkie, pospolite, wulgarne, przaśne. Krajobraz oglądany oczami narratora przygnębia: „sczerniałe wierzchołki domów na Powiślu (…) trujący zalew rzeki, plaże Pragi i skołtuniona, pożółkła roślinność Grochowa i Gocławka”.

 

 Mamy tu mnóstwo realiów połowy lat 70-tych, czasów PRL-u, które część czytelników zapewne pamięta, a dla reszty mogą stanowić pewną ciekawostkę. Choćby długa kolejka pod sklepem Jubiler, oczekująca godzinami aż „rzucą” radzieckie złoto.  A w tej kolejce cała Polska, przekrój indywiduów zaiste godny podziwu. Jest tu noktowid, czyli współpracownik tajnych służb (oni są wszędzie), jest dawny śledczy, obecnie zaprzyjaźniony ze swoją ofiarą, jest harmonista orkiestry ulicznej upozowany na Rejtana, jest stara kobieta, która okazuje się niestara oraz wieśniaczka w karakułowym futrze, która wcześniej była artystką estradową, a teraz prowadzi fermę gdzieś między Radością a Miłosną. Jest też kuzyn z Wileńszczyzny, którego narrator nigdy wcześniej nie spotkał, a mimo to od razu rozpoznał i wycieczka ze Związku Radzieckiego, mająca w kolejce bezapelacyjne pierwszeństwo, mimo że zjawiła się ostatnia. „Kompleks polski” to utwór mocno teatralny, co stanowi jego wielką zaletę, bowiem wszystkie cechy polskiego społeczeństwa skupiają się tutaj na niewielkiej powierzchni przed sklepem jubilerskim niczym w soczewce mikroskopu, zostają wyolbrzymione, przerysowane, przeradzają się wręcz w groteskę nabrzmiałą kpiną, ironią i czytelną aluzją. Drwina ta zdaje się jednak podbarwiona sentymentalną czułością.  Kontrapunktem są tutaj wtrącenia, jakby antrakty, spełniające rolę uzupełniającą, podkreślające istotę rzeczy, a jednocześnie przydające scenom cechy marzenia sennego, iluzoryczności, jakby duch wigilijnej nocy zszedł na ziemię, aby pokazać ludziom to, co na co dzień trudne do zauważenia. A więc jest tu fragment oparty na wspomnieniach Zygmunta Mineyki – powstańca styczniowego, wzbogacony zapamiętanymi migawkami z własnej wileńskiej młodości autora, z licznymi nawiązaniami do patriotycznej klasyki polskiej literatury. Jest fragment pokazujący pożegnanie Romualda Traugutta z żoną. To podkreśla różnicę w pojmowaniu polskości wtedy i teraz, przeciwstawia tamten niepowstrzymany pęd ku wolności, przedłożenie jej nad własne szczęście i spokój, obecnemu bezwładowi, niezdolności do działania.

 

 „Mała Apokalipsa” posuwa się w tej krytyce o krok dalej, nie jest już tak aluzyjna, a prawie zupełnie dosłowna, kiedy czytamy: „Nasza nędza to łaska totalnego państwa, łaska, z której żyjemy”. Tutaj narrator przemierza ulice Warszawy niczym Drogę Krzyżową. Poszczególne przystanki w jego powolnej, jakby nierzeczywistej wędrówce są niczym stacje Męki Pańskiej, a zwieńczeniem, mającym odkupić ludzkie winy ma być samospalenie na placu przed Pałacem Kultury. Tylko taki gest może wstrząsnąć w czasach, gdy w proteście stać ludzi jedynie na publiczne rozebranie się. Stąd też słowa: „Ktoś musi przerwać letarg, Janie. Dzikim krzykiem obudzić drzemiących”. Pałac Kultury jest tu symbolem ucisku, symbolem szpetoty, która zastąpiła piękny pałac kultury europejskiej i próbuje straszyć swą wielkością, a przecież to „tylko wielki barak, postawiony na sztorc. Zżarty przez grzyb i pleśń stary szalet zapomniany na środkowoeuropejskim rozdrożu”. Narrator obnaża jego słabość i brzydotę odzierając go z emblematów pozornej posągowości i siły. Symboliki jest tu o wiele więcej, jak choćby plakat z całującymi się dwoma gołębiami, z których jeden jest cały czerwony, a drugi już prawie cały, pozostał mu tylko maleńki biały ogonek.

 

 Są też ucieszne sceny niczym z filmu Barei. Kelner obsługujący klientów ze wściekłą miną i mruczący pod nosem „wszyscy żrą, a ja pracuję”, kucharz, który odbierając od klienta niejadalną potrawę rozbrajająco przyznaje, że nie umie, a nawet nie lubi gotować, czy też motorniczy, zatrzymujący tramwaj na rondzie i ogłaszający pasażerom: „Po prostu mi się odechciało i już. Idę do domu”.

 

 Nie sposób nie wspomnieć o pięknym języku, wysmakowanym literacko, bogatym słownictwie, fragmentach cudownie stylizowanych na XIX wieczną modłę. Można zachwycać się określeniami typu: „W studzienkach ulicznych scedza się resztka odwilży”. To wszystko oraz symbolika i pewna oniryczność, jakby senna stagnacja, płynna granica między realizmem szarego, zapyziałego PRL-u, a marzeniem sennym romantyka, czynią te dwa utwory niepowtarzalnymi i pozwalają zaliczyć je do klasyki, która nie tylko się nie starzeje, ale w obecnej rzeczywistości nabiera nowego znaczenia, staje się znów aktualna. Pozwala mieć nadzieję, że będzie takim przyczynkiem do refleksji nad współczesną Polską i Polakami, nad światem, gdzie „dobro jest powolne jak obłok, a zło jest szybkie jak piorun”.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial