Okładka wydania

Stulecie Trucicieli

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Stulecie Trucicieli | Autor: Linda Stratmann

Wybierz opinię:

Opis Wydawcy

Premiera wciągającej historii o XIX-wiecznym wyścigu naukowców z przestępcami już 7 maja

 

Strach przed otruciem był jedną z typowych obaw epoki wiktoriańskiej. XIX-wieczna opinia publiczna była zgorszona i przerażona, ale też zafascynowana zagadkowymi i niebezpiecznymi dla otoczenia trucicielami, którzy, jak wierzono czaili się w społeczeństwie. Jednak, jak można się dowiedzieć z tej pasjonującej książki, zwalczenie tego najbardziej haniebnego i tajemniczego rodzaju zbrodni wywarło również wpływ na metody wykrywania przestępstw, naukę i prawo.

 

Powieść opowiada o trwającym całe stulecie pojedynku na spryt i środki, o szybkim postępie w toksykologii sądowej, o chemikach, którzy wyizolowali i poddali rafinacji nowe i groźne trucizny, i o tym, jak oficjalne próby ograniczenia sprzedaży trucizn były udaremniane z powodu żądań farmaceutów oraz zapotrzebowania na tanie leki i trutki na robactwo. Tymczasem domniemani truciciele lekceważyli prawo i naukę, wymyślając genialne sposoby obejścia przepisów i nowoczesnych metod pilnowania porządku i wykrywania zbrodni. Stratmann prostuje błędne poglądy o niektórych truciznach i dokumentuje, w jaki sposób zmiany w różnych kwestiach, między innymi w prawach małżonków i prawnej ochronie dzieci, wpłynęły na trucicielstwo. Autorka, przeplatając głośne i prawie nieznane przypadki, kreśli portret największych trucicieli tamtych czasów i naświetla największe zagrożenia w długiej i szokującej historii zbrodni i nauki.

Pani M

XIX wiek obfitował w trucicieli. Bano się ich szczególnie na Wyspach Brytyjskich. Gospodarze obawiali się tego, że może otruć ich służba. Częstym problemem było trucie dzieci. Można było w ten sposób pozbyć się kolejnej gęby do wykarmienia. Był to też sposób, by wyłudzić pieniądze z tytułu śmierci dziecka. Dostęp do trucizny był wtedy dość powszechny. Arszenik, strychnina i opium były tanimi lekami i trutką na robactwo, więc każdy bez większego problemu mógł je nabyć.

 

Przyznam szczerze, że bardzo czekałam na tę książkę. Byłam ciekawa tego, jak autorka podejdzie do tematu i co będzie miała mi o trucicielach do powiedzenia. Nie miałam wcześniej okazji, by jakoś specjalnie zagłębić się w ten temat. Znałam tych najbardziej znanych trucicieli, ale na tym koniec.

 

Początek książki mnie zaintrygował. Mamy krótki opis śledztwa, a właściwie skazania na śmierć młodej dziewczyny. Czy faktycznie była winna otrucia? To budzi spore zastrzeżenia, ale wtedy wymiar sprawiedliwości pozostawiał wiele do życzenia. Poszlaki wystarczyły, żeby kogoś obwinić. Byleby tylko zamknąć śledztwo. Nieważne, że przy okazji można skazać na śmierć niewinną osobę.  Ktoś otruł gospodarzy, więc kto to mógł być, jeśli nie służba? Przecież to jest aż nadto oczywiste.

 

Jednak im dalej w treść, tym byłam bardziej znużona tym, co czytałam. Coraz trudniej było mi skupić uwagę na tym, o czym czytam. To był bardzo interesujący temat, ale nie został dla mnie podany w ciekawy sposób. Po pewnym czasie zaczęłam łapać się na tym, że ja już chyba gdzieś to czytałam. Rozdziały były dla mnie napisane w bliźniaczo podobny sposób, doskonale wiedziałam, czego mam się spodziewać. Zmieniały się tylko pewne szczegóły, ale reszta zlewała mi się w całość.

 

Jestem przyzwyczajona do tego, że książki poruszające tematykę związaną z szeroko pojętą zbrodnią, są napisane trochę jak powieść sensacyjna. Nie to, że liczyłam na coś w stylu zabili go i uciekł, ale brakowało mi tutaj czegoś w narracji, jakiejś iskry, która by rozpaliła moją ciekawość. Autorzy podobnych książek są w stanie zainteresować mnie swoimi słowami, przenosili mnie w miejscu i czasie. Wraz z nimi uczestniczyłam w śledztwie. W tym przypadku tak nie było. Kompletnie nie potrafiłam wczuć się w klimat tej historii. Niestety, miałam wrażenie, że czytam nudny podręcznik. Nie powiem, były tu momenty, w których było mi po prostu żal ofiar i osób oskarżonych o popełnienie zbrodni, ale nie było ich zbyt wiele. Przez zdecydowaną większość lektury po prostu chciałam dotrzeć do końca, odbębnić książkę i zabrać się za coś ciekawszego. Czułam się znużona tym, co czytam. Nie byłam w stanie przeczytać więcej niż 10-15 stron.

 

Oczekiwałam czegoś zdecydowanie lepszego. Czuję ogromny niedosyt po lekturze. Nie twierdzę, że to była tragicznie zła książka i szkoda na nią czasu, bo uważam, że na pewno znajdą się czytelnicy, którzy znajdą tu coś dla siebie i dojdą do wniosku, że właśnie tego po tej książce oczekiwali. Ja jestem przyzwyczajona do innego stylu, jeśli chodzi o literaturę faktu, pewnie stąd moje rozczarowanie. Musicie sami zdecydować, czy chcecie zapoznać się z tą książką. Mnie niestety nie było po drodze z piórem autorki. Dla mnie ta publikacja była po prostu powtarzalna, a szkoda, bo potencjał tej historii był ogromny.

MyCoffeeBooks

Temat trucicieli elektryzował dziewiętnastowieczną Europę równie mocno, co terroryzm i broń biologiczna w dzisiejszych czasach. Idea pozostała niezmienna – usunąć pewnych niewygodnych ludzi z tego świata. Zmieniły się tylko narzędzia do wykonania tych makabrycznych zbrodni. Linda Sartmann wzięła na warsztat studium przypadku wielu sławnych europejskich trucicieli. Podąża za nimi od momentu powzięcia decyzji o otruciu, aż po drogę na szafot. Taki materiał to temat na wciągającą lekturę. Chyba, że coś pójdzie nie tak.

 

Niezwykle rzadko wspominam o szacie graficznej książek, bo to treść jest ważna a nie jej oprawa. Jednak tutaj muszę zrobić wyjątek. Publikacja ta jest niestandardowych rozmiarów, większa niż zwykłe książki. Przy pobieżnym przekartkowaniu rzucają się w oczy dwie rzeczy: za mała czcionka i brak odpowiednich marginesów. Te aspekty powodują, że przy dłuższym czytaniu, wzroki zwyczajnie się męczy a odbiorca traci ochotę na dalsze czytanie. Układ graficzny bardziej przypomina stare podręczniki akademickie niż ciekawą, lekko zbeletryzowaną historię trucicieli XIX wieku.

Temat trucicieli może być wciągający. Musi jednak być podany w logicznej formie i spójnej treści. O ile pierwsze rozdziały jeszcze czyta się z uwagą, to każdy kolejny zmniejsza ją o połowę. Książa ta ma bardzo schematyczny podział, gdzie poznajemy truciciela, sposób jego działania a także wykrycie sprawcy i jego tragiczny koniec. Zabrakło jednak tu dobrego lekkiego pióra, które porwie czytelnika i wciągnie we wskazane w tekście sprawy.

Nie sposób odmówić autorce drobiazgowości i znajomości tematyki. W książce przytaczane są zarówno cytaty z gazet jak i fragmenty rozpraw sądowych z udziałem tytułowych trucicieli. Wieńcząca publikację bibliografia drobiazgowo wskazuje na użyte w tekstach źródła. I właśnie dlatego, ta książka to prawdziwy skarb dla wszystkich tych, którzy pasjonują się historią trucicielstwa. Będą również niezrównanym źródłem wiedzy chociażby dla pisarzy, którzy chcą działanie trucizn wpleść w swoje nowe historie. Jednak dla przeciętnego czytelnika, ta pozycja książkowa będzie nudnawa.

 

„Stulecie trucicieli” Lindy Stratmann to bardziej rozprawa naukowa niż przyjazna czytelnikowi publikacja na wieczór z kocem i herbatą. Nie czyta się jej lekko, łatwo i przyjemnie. Wyszukany język i brak niektórych tłumaczeń z anglojęzycznych tytułów publikacji może wprawić w osłupienie niewładających tym językiem. Do tego akademicki żargon, z którym spotykamy się w tekście może być niezrozumiały dla laika. W efekcie otrzymujemy do ręki książkę z tematem który chciałoby się zgłębić, ale niestety czytelnikowi może zabraknąć cierpliwości. Po kolejnych rozdziałach najpewniej odłoży ją na Polkę, szukając czegoś lżejszego.

 

Mam wrażenie, że autorka nie wyważyła dobrze relacji między zbeletryzowaną fikcją literacką a suchymi faktami i dowodami płynącymi z policyjnych danych. To drobiazgowe podejście do tematu może przyprawić o ból głowy i znużenie. W ten właśnie sposób ciekawie zapowiadająca się literatura staje się ciężkim tematem do przyswojenia. A jej podobieństwo do podręczników szkolnych dodatkowo może odstraszyć.

Osobiście, mimo chwytliwego tematu i kuszącej tematyki, jestem zawiedziona sposobem w jaki zostały one przedstawione. Trucicielstwo to motyw, który wciąż elektryzuje naszą wyobraźnię i daje duże pole do popisu dla autora. Jednak kluczowe jest tu nie drobiazgowe przytaczanie faktów, a właściwe przesianie dostępnych informacji, dzięki którym czytelnik wciągnie się w opowieść bez reszty. W tym przypadku tego zabrakło.

Justyna

Truj lub zostań otrutym!

Zastanawialiście się kiedykolwiek, czy znajdujące się przed wami danie nie jest zatrute? Czy osoba, która przygotowała posiłek nie wzbogaciła serwowanego jedzenia o dodatkowy składnik? Skąd pewność, że dziś jesteśmy wolni od aktów trucicielstwa?

 

Arszenik, strychnina czy kwas pruski to tylko niektóre z substancji, którymi były raczone ofiary na przestrzeni wieków. Książka Lindy Stratmann w szczególności skupia się na czasach wiktoriańskiej Anglii, kiedy trucicielstwo cieszyło się dużą popularnością i uznawane było za skuteczną oraz stosunkową bezpieczną formę morderstwa. „Stulecie trucicieli” to zbiór przypadków trucicielstwa, które w swoim czasie wstrząsnęły opinią publiczną i stały się katalizatorem w rozwoju toksykologii sądowej. Poszczególne sprawy połączone są za pomocą narracji, która objaśnia i prowadzi przez blisko sto lat walki na trucizny i antidota.

 

Książka Lindy Stratmann ma zasadniczo jedną zaletę i jedna wadę, odpowiednio: bardzo ciekawy temat i bardzo przeciętne wykonanie. Do sięgnięcia po „Stulecie trucicieli” skłoniła mnie właśnie problematyka i wyjątkowo obiecująca notka okładkowa. Szybko się okazało, że zachęcający opis wydawcy jest mocno przesadzony i nie odzwierciedla wartości książki.

 

Nie byłam nigdy podtruwana żadną toksyczną substancją, jednak to jak się wymęczyłam, czytając tę książkę, można chyba porównać do wrażeń po poczęstowaniu się arszenikiem lub strychniną. Kilka pierwszych rozdziałów jeszcze można uznać za ciekawe i bogate w informacje, jednak w kolejnych częściach lektury znajdziemy niemal same powtórzenia. Większość spraw jest do siebie bardzo podobna (ta sama trucizna, te same motywy itd.), przez co trudno jest się dowiedzieć czegokolwiek więcej. Moim zdaniem nie potrzebujemy mnóstwa przykładów tego samego problemu. Każdą nowinkę zawartą w książce witałam więc z wielkim entuzjazmem i to dawało mi motywację do przerzucenia kilku kolejnych stron. Jednak problem nieskończonego szeregu przykładów jednego problemu ponownie powracał i czytanie znów stawało się niemal nieznośne.

 

Techniczna strona książki również ma swoje plusy i minusy. Na plus trzeba zaliczyć oprawę graficzną, która moim zdaniem jest świetna. Znajdziemy sporo rycin z epoki, które pomagają wyobraźni i uatrakcyjniają karty książki. Do ich stylistyki doskonale dopasowano ozdobne ilustracje (również utrzymane w konwencji rycin), które towarzyszą każdemu nowemu rozdziałowi. Pod względem graficznym nie mam więc żadnych uwag.

 

Jednak wielkim minusem jest sposób umieszczenia przypisów w książce. Przypisy, zamiast znajdować się na dole poszczególnej strony, zostały stłoczone na samym końcu publikacji, w specjalnie do tego przeznaczonym dziale. Taki układ, zwłaszcza podczas czytania, jest szczególnie uciążliwy. Wymaga od czytelnika skakania z aktualnie czytanej strony do „magazynu” przypisów. Moim zdaniem zabiera to sporo czasu i wybija z rytmu lektury. Warto też dodać, że w przypisach Linda Stratmann umieszczała informacje według mnie zbędne. Równie często były to jedynie odnośniki do innych publikacji. Stworzone przez nią przypisy nie dostarczają więc ani istotnej wiedzy, ani ciekawostek. Ot, zbiór odsyłaczy do innych książek lub aktów prawnych. Był to dziwny dodatek do lektury i raczej nie zachęcam do szczegółowego śledzenia przypisów. Myślę, że to strata czasu.

 

„Stulecie trucicieli” będzie jednak całkiem niezłą bazą wypadową, jeśli jesteście zainteresowani innymi tekstami o truciznach, trucicielach i ich procesach. Autorka dołączyła obszerną listę publikacji, z których korzystała podczas pracy nad własną książką. Być może dla kogoś z was okaże się to pomocne.

 

Jednak mimo wszystko, „Stulecia trucicieli” nie mogę polecić. Linda Stratmann bardzo mnie wymęczyła swoim wywodem i tę tematykę będę przez jakiś czas omijać z daleka.

 

 
 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial