Okładka wydania

Ogień I Pył. Ostatnia Wiosna Mordechaja Anielewicza

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje

  • Autor: Robert Żółtek
  • Tytuł Oryginału: Ogień I Pył. Ostatnia Wiosna Mordechaja Anielewicza
  • Gatunek: Literatura PięknaPowieść Historyczna
  • Język Oryginału: Polski
  • Liczba Stron: 384
  • Rok Wydania: 2021
  • Numer Wydania: I
  • Wymiary: 145×205 mm
  • ISBN: 9788377797020
  • Wydawca: MG
  • Oprawa: Miękka
  • Miejsce Wydania: Warszawa
  • Ocena:

    5/6

    5/6


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 2 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 2 votes

Polecam:


Podziel się!

Ogień I Pył. Ostatnia Wiosna Mordechaja Anielewicza | Autor: Robert Żółtek

Wybierz opinię:

Doris

Wszyscy słyszeliśmy o powstaniu w getcie warszawskim, co roku uroczyście obchodzimy jego rocznicę. Była to pierwsza na taką skalę zbrojna odpowiedź narodu żydowskiego na niemiecką eksterminację Żydów w czasie II wojny światowej. Ale słyszeć o czymś, a poznać  przebieg wydarzeń, wejść w szczegóły, obejrzeć zdjęcia kobiet i dzieci wychodzących z piwnic zburzonych domów wprost na karabiny esesmanów – to dwie zupełnie różne sprawy.

 

Robert Żółtek przed napisaniem książki „Ogień i pył” bardzo starannie się przygotował. W przypisach możemy zobaczyć, z jakim materiałem źródłowym się zapoznał, aby jak najbardziej wiarygodnie, zgodnie z prawdą historyczną przedstawić czytelnikom fabularyzowaną opowieść  o ostatniej wiośnie Mordechaja Anielewicz, przywódcy niespodziewanego, samobójczego zrywu ludności warszawskiego getta, zrywu w obronie nie życia, bo na to nie było nadziei, ale godnej śmierci, z bronią w ręku i podniesioną wysoko głową.

 

Mordechaj Anielewicz nie musiał wchodzić do getta we wrześniu 1942 roku. Znajdował się po aryjskiej stronie, przyjechał do Warszawy z mocnym postanowieniem, że zrobi wszystko, aby warszawscy Żydzi nie poszli bezwolnie, jak bydło na rzeź, do wagonów, które wywiozą ich wprost do krematoryjnych pieców. Wiedział już, i nie on jeden, że dla Żydów nie ma ratunku, nikogo nie obchodzi ich los i nikt nie będzie narażał dla nich życia. Przed oczami wciąż miał obraz krzyczących o pomoc młodych będzińskich Żydówek, gwałconych brutalnie przez esesmanów, i siebie, stojącego w milczącym, zastygłym tłumie, nie robiącego nic, otumanionego przerażeniem. Nigdy więcej. „Nie miało żadnego znaczenia, czy ktokolwiek z tych ludzi zostanie zabity tutaj, czy w jakimkolwiek innym miejscu, ponieważ wszystkim im zapisana została śmierć”. W getcie z kilkuset tysięcy mieszkańców zostało zaledwie kilkadziesiąt, z reguły młodych, zdolnych do pracy dla Niemców. Anielewicz wszedł do getta mając plan. Pragnął ich przekonać, by drogo oddali swe młode życie, by wzięli ze sobą w tę ostatnią drogę jak najwięcej Niemców.

 

Autor pokazuje, jak bardzo obawiano się żydowskiego powstania. Nikomu ono nie było na rękę. Żydzi w getcie ciągle jeszcze nie chcieli uwierzyć, ze nie ma dla nich ratunku. Zwłaszcza żydowscy policjanci, odemani i ich rodziny, karmili się nadzieją na ocalenie. Bali się, że jakikolwiek opór może je zniweczyć. Polacy natomiast nie chcieli, by złość Niemców skierowała się na nich. Bojownicy mieli więc bolesną świadomość swego osamotnienia. Ich postawa była heroiczna, straceńcza. Ważne było tylko, że „jeśli ktokolwiek pisząc historię tej wojny, wspomni o Żydach z getta, o tej ich ostatniej walce, to będzie to dla nas najwyższa, a zarazem jedyna nagroda”.

 

Książka opisuje czas przygotowań, od września 1942 roku do kwietnia 1943 roku. Czas snucia planów, organizowania zaplecza, zbierania funduszów i szkolenia się w posługiwaniu się bronią. W końcu nie możemy zapominać, że dotychczas ci młodzi ludzie chcieli tylko żyć, pracować i kochać, a nie zabijać. Mordechaj Anielewicz musiał pokonać wiele trudności i pukać do wielu drzwi, przedstawiając swój pomysł. Zgromadził wokół siebie wierny oddział chłopców i dziewcząt. Getto szykowało się do walki na śmierć. „Getto czekało. Z natężeniem, strachem i odrazą. Z niecierpliwą nienawiścią. Dyszącą i nabrzmiałą. Czekało”. Mamy też fabularyzowany, ale osadzony mocno w realiach zapis trzech krwawych tygodni. Niemcy nie spodziewali się oporu, zostali całkowicie zaskoczeni. Autor sugestywnie opisuje, jak „rycerze aryjskiej awangardy rozglądają się bojaźliwie na boki, jak zerkają ze strachem w okna, aby rzucić się w śnieżne błoto za choćby poruszeniem firanki albo stuknięciem spróchniałej framugi”.

 

Siły były, wszyscy wiemy to dziś, ale i oni wiedzieli to wtedy, nierówne. Niemcy mieli karabiny maszynowe, czołgi, haubice, a nawet samoloty. Żydowska młodzież zaledwie trochę karabinów, pistoletów, granatów i butelki z benzyną. Ale przede wszystkim miała determinację i nic już do stracenia. A to potężna broń.  W książce śledzimy niemal dzień po dniu zmagania i walkę o każdą piędź ziemi, o każdą uliczkę getta, o każdą piwnicę. Ludzie rzucają z okien granaty, strzelają i giną. Ale giną też Niemcy. Niemieccy żołnierze „w niemym zdumieniu patrzyli, jak kilkanaście ciał z ich doborowej kadry wyściela wszawe bruki, a żołnierze ich niezłomnej gwardii walą bezładnie i bezskutecznie po odległych dachach, nie uciekając wyłącznie z obawy, że mogliby wystawić się pod celny ogień żydowskiego motłochu”. I ku konsternacji Niemców, ten motłoch już się nie boi, wywiesza dumnie flagę polską i żydowską i dzielnie staje do walki z silniejszym. W getcie powietrze rozgrzane ogniem pożarów wibruje. „Niebo było przysłonięte dymem, ponad dachami unosiła się poświata dogasających pożarów z Nalewek i Leszna, a powietrze przesycone było swędem spalonego drewna i pyłów”. Obraz dziewczyny obwieszonej butelkami z benzyną, która podpaliła się i rzuciła wprost na wieżyczkę przejeżdżającego pod oknem czołgu, wypala się mocnym obrazem w wyobraźni. Malutkie dzieci wywleczone ze szpitalika i zatłuczone bez litości kolbami. I sylwetka Stroopa, spoglądającego na tę apokalipsę z zadowolonym uśmiechem. Stał i „upajał się widokiem rozświetlonej płomienną łuną panoramy – i tylko smród i pył zakłócały mu harmonię tych niespotykanych doznań”. Nic dziwnego, ze wielu po tym zatraciło wiarę, pytając w bezradnym zdumieniu „Gdzie jest Bóg, gdzie jest nowy Mojżesz, Mesjasz?” A potem, kolejny raz nastąpił symboliczny ostatni akt, wieńczący dzieło zniszczenia – wysadzenie synagogi na Tłomackiej. Dobrze, że choć kilkoro ocalało, by dać świadectwo, by później mogły powstać filmy i książki, które pomogą nam pamiętać.

inka

Podtytuł: powieść o powstaniu w getcie warszawskim wyraźnie sugeruje, że nie jest to dokument historyczny a fikcja literacka oparta na prawdziwych wydarzeniach. Z taką informacją nie możemy mieć pretensji do patetycznego tytułu w guście „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja, czy licznych ubarwień fabularnych na potrzeby akcji. Tym bardziej, że autor (dyplomowany historyk)  w Prologu wyjaśnia swoje motywacje. Zadaje pytanie: „(…) czy mam moralne prawo i czy dysponuję wystarczającym talentem i warsztatem literackim, aby udźwignąć brzemię tego tematu (…)”? i odpowiada twierdząco: „(…) pamięć o Zagładzie musi być ożywiana i odnawiana w  różny sposób (…). Nie umniejsza to w żaden sposób walorów książki, którą czyta się  szybko, paradoksalnie przyjemnie, zważywszy na temat i ciężar gatunkowy. Przekaz historyczny wzmocniony jest poprzez przypisy, dosyć liczną bibliografię oraz czarno – białe fotografie.

 

A rzecz dotyczy września 1942 roku i likwidacji warszawskiego getta. Po wywózce do obozów zagłady 250 tysięcy Żydów nieliczni, pozostawieni przy życiu, próbują przetrwać ukryci w piwnicach, na strychach opuszczonych domów lub pracując w warsztatach. Przewaga strachu nad wiarą w ocalenie. Wegetacja…

 

I wtedy… zjawia się ON – Mordechaj Anielewicz. Postać autentyczna: słynny rocznik Kolumbów rozsławiony przez Romana Bratnego, dowódca Żydowskiej Organizacji Bojowej, walczący m.in. na Śląsku i przywódca zbrojnego wystąpienia w getcie w Warszawie. Walczył, zginął, został pośmiertnie upamiętniony medalami, a jego imię noszą ulice w Warszawie i Amsterdamie. Tyle fakty historyczne. W książce Roberta Żółtka Mordechaj Anielewicz rozkwita. Oddycha, kocha… A z drugiej strony – oficerowie niemieccy, ukraińscy strażnicy. Życie kontra życie.

 

 Powieść otwiera data 21 września 1942 roku. To czas ostatniego transportu Żydów z warszawskiego getta do Treblinki. Zgromadzeni na placu – dorośli i dzieci czekają wyczerpani upałem i głodem. Napięcie rośnie, szczekają psy… Zgroza… Bardzo sugestywny obraz „załadunku” i jako antyteza – marzenie Sturmscharführera Smischke o błogim, wyczekiwanym urlopie w Alpach Bawarskich… To dopiero początek książki, a czytelnik już ogłuszony dysonansem dwóch światów, uzbrojony w wiedzę historyczną, domyśla się dalszego ciągu. Zna zakończenie, a jednak… Mickiewiczowskie „szkiełko i oko”, czy serce? Zdecydowanie emocje, emocje.

 

Kolejna odsłona. Ulicą idzie młody Marian Aniołkowski. To fałszywe dane prawdziwego Mordechaja Anielewicza. „Zdefiniowanego” Żyda. Wszechwiedzący narrator informuje: „(…) ten niepozorny chłopiec zostanie pośmiertnie odznaczony Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem Grunwaldu (…)” jego imieniem nazywane będą ulice, place, oddziały wojskowe, kibuce i medale (…)”. Tymczasem spotykamy przestraszonego dwudziestolatka, cieszącego się chwilą bliskości z ukochaną Mirą Fuchrer. Konspirującego z „tym” Markiem Edelmanem, zastanawiającego się nad planami działań, szansami na przetrwanie, przyszłością. Oddany wobec przyjaciół, bezwzględny dla wrogów.

 

Żółtek z dużym wyczuciem równoważy wymogi powieściowe z faktograficznym obowiązkiem przedstawiania sytuacji politycznej, społecznej i kulturowej opisywanych czasów. Dzięki temu poznajemy wiele szczegółów dotyczących prawodawstwa w rozporządzeniach dotyczących Żydów, ich obyczajowości, czy stosunków z Polakami.

 

Następna odsłona zbliżającej się tragedii upływa pod hasłem organizowania broni, przygotowań do świąt żydowskiej Chanuki i katolickiego Bożego Narodzenia oraz Operacji Reinhardt, zaplanowanej likwidacji gett i masowej zagłady Żydów w obozach. Kolejna scena: piekło walki. Relacje z dwóch sztabów dowodzących – bojowników mojżeszowych i niemieckich żołnierzy ze słynnym Jürgenem Stroopem na czele. Naturalistyczne charakterystyki śmierci, turpizmy opisu zwłok i ścieków kanalizacji. Groza wybuchów i groza rozstrzeliwanych w szpitalu małych dzieci…

 

Chwila refleksji dla czytelnika. A autor wcale go nie oszczędza. Utrzymuje napięcie na najwyższych emocjach, ale nie jest to tani sentymentalizm dramatu. Tragedia czyha w ukrytych półsłowach, niedopowiedzeniach pozostawionych do dointerpretowania, uzupełnienia. Padają słowa: „Ruiny milczały (…); „Getto płonęło”. I to wystarcza za komentarz.

 

Przychodzi smutna refleksja nad bohaterstwem zwykłych ludzi, którzy w skrajnych, ostatecznych sytuacjach zdobyli się na heroiczne czyny, bohaterstwo. Nawet ze świadomością nieuniknionej klęski. Gotowych na protest, a nie bierność. Powraca pytanie, analogia z powstaniem warszawskim, o sens tych działań. Plusy i minusy. W przypadku „Ognia i pyłu” nie jest istotne. Ten tekst odczytałam jako prośbę o pamięć, a nie osądzanie. I refleksja druga. W natłoku współczesnej literatury, często miałkiej chwilówki, to pozycja wyróżniająca się. Warta przeczytania.

 

 
 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial