Okładka wydania

Zły

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje

  • Autor: Leopold Tyrmand
  • Gatunek: SensacjaKryminał
  • Język Oryginału: Polski
  • Liczba Stron: 776
  • Rok Wydania: 2021
  • Numer Wydania: II
  • Wymiary: 145 X 205 mm
  • ISBN: 9788377793367
  • Wydawca: Wydawnictwo MG
  • Oprawa: Twarda
  • Miejsce Wydania: Warszawa
  • Ocena:

    6/6

    5/6


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 2 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Zły | Autor: Leopold Tyrmand

Wybierz opinię:

Agnesto

Leopold Tyrmand wraca do łask – to mi się nasuwa na myśl, gdy sięgam po jego publikacje. Bo mamy teraz wznowienia, reedycje i nowości właśnie o nim. Ale, co mnie poniekąd fascynuje i zachwyca jednocześnie, to fakt, że Tyrmand do dziś pozostaje zagadkową hybrydą mężczyzny. Że to niby bohater, niby nie, ktoś godny naśladowania, ale i ktoś, od kogo lepiej nie czerpać wzorów, że to ktoś pokorny, ale jakby wewnętrznie zbuntowany dziwak. Tyrmand to mieszanka wszystkiego i do dziś trudno go zaszufladkować i skatalogować, że nie sposób objąć go jednym słowem. Nazwać jakoś. I to chyba jest ta zagadkowość, która do dziś ciekawi. A mnie szczególnie, bo „Zły” to mój pierwszy kontakt z nim. Ale zły absolutnie nie jest – moja z nim pierwsza styczność jest wprost Okropnie Fantastyczna. 

 

„Zły” to powieść, która powstała z opowieści ludzi, jacy lepiej lub gorzej znali Tyrmanda. Autor, przez wielu uznawany za socjalistycznego playboya, legendę jazzu, pisarza oraz buntownika, sprzeciwiał się komunizmowi, dlatego jego krąg znajomych stanowili ludzie o podobnych przekonaniach. Podobnie jest z jego twórczością – albo się ją ceni, albo nie. Albo się ją chłonie, albo wręcz z niesmakiem odrzuca. Nie ma półśrodków. Ale czy to miało dla niego znaczenie? Pewnie nie, choć do czasu publikacji „Złego” Tyrmand biedował. Odbił się finansowo dopiero po wydaniu powieści.

 

Powieść jest swoistym rewersem „Dziennika 1954” Leopolda Tyrmanda, w której to książce opisał swoich znajomych, przyjaciół i kochanki, a które to opisy nie zawsze były pochlebne. Zaczęły się pretensje i żale tych, którzy się na kartach odnaleźli. Uraza dumy? Pewnie tak, ale taki był w końcu Leopold. Jednak, wracając do „Złego”, powieść to jakby tomik (jeśli nie tomiszcze) opowieści ludzi, którzy go znali. W tych historiach pojawia się obraz autentycznej Polski lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Wspaniałe tło stanowi tu zwłaszcza 1954 rok, gdy Warszawa stawała na nogi, gdy dziesięć lat po wojnie zaczynała piąć się w górę. Porywają opisy ówczesnej mody, wnętrz lokali, czy choćby stylu życia obywateli.

 

Autor porywa szczegółowością, a co lepiej, owa skrupulatność nie nuży. Czytając byłam zachłyśnięta, dosłownie, tekstem, fabułą oraz niebanalną wręcz zabawą językiem, jaką zastosował autor. Czytając łatwo wyczuć, jaką frajdę sprawiało Tyrmandowi pisanie „Złego”. On się ową pracą rozkoszował, rozsiadał się w niej, jak król na tronie, poprawiał swe szaty, brał do ręki pióro i całkowicie dawał się pochłonąć kreowanemu przez siebie światu powieści. Niczym Zorro Warszawki wymierzał sprawiedliwość. Brał sprawy w swoje ręce, a bandziorów ulicznych w obroty, spuszczając im manto na prawo i lewo. Dla jednych był ostatnim sprawiedliwym, dla drugich Złym. Ale czy na kartach swojej książki trzeba się ograniczać? Absolutnie nie. Tu może być i oprychem i wybawicielem w jednym. Może pracować w kiosku, może być milicjantem, albo wręcz dwudziestopięcioletnim redaktorem w muszce pod szyją. Może się też zakochać, pisać listy do wybranki i romantycznie gapić się na jasny księżyc na ciemnym niebie. Może być wszystkim i nikim jednocześnie i nie mamy mu tego za złe.

 

Narracja, jaką zastosował w „Złym” swoją magnetycznością porywa. Ta powieść, jak dla mnie, stanowi też wspaniały obraz powojennej Polki. Precyzja opisów sprawia, że czułam się, jak u boku malarza, który z pędzlem w ręku na moich oczach tworzy najlepsze dzieło świata. Jest to z pewnością zasługa tego, że Tyrmand znał realia obecnych czasów. Znał gwarę warszawską i mowę ludzi na stanowiskach, co podlał błyskotliwym dowcipem. W rezultacie powstała ponadczasowa powieść, która do dziś dzieli czytelników. Powieść, która wywołuje kłótnie, ale o której się mówi. Ale czy nie to właśnie stanowi o geniuszu autora? O precyzji, o lekkości pióra i autentyczności?

 

Tyrmand to niemalże literacki agent James Bond. Tyrmand, Leopold Tyrmand – zapamiętaj.

Sylfana

Leopold Tyrmand jaki jest, raczej każdy wytrawny czytelnik wie, lub wiedzieć powinien. To postać, pisarz tzw. „pełną gębą”, który jak tworzy, to zarysowuje scenerię w pełni – bawi się szczegółami, detalami, tworzy tło, które spokojnie może stanowić swoistą całość dla scenarzystów filmowych, jeśliby ktoś pokusił się na zbudowanie ekranizacji na podstawie jego obszernych powieści. Nie inaczej jest ze „Złym”, kryminałem klasycznym, osadzającym się w czasach powojennej Warszawy. Pisarz, oprócz prowadzenia głównego wątku i przekazywania stopniowo tajemnicy, o tym, kim jest tytułowy „zły”, to bawi się w kreatora życia codziennego w tymże tekście. Dlatego też tyleż tu opisów miejsc, tych zwyczajnych, które jednak w jego oczach są nadzwyczajne. Tyrmand lubuje się w „towarzyskości”, uwielbia mówić o miejscach, które przyciągają człowieka i w których to bohaterowie otwierają się na innych, odkrywając tym samym swoje tajemnice, uczucia, spostrzeżenia.

 

Wspomniana szczegółowość albo zaskarbi sobie sympatię odbiorcy, albo już na wstępie go do siebie zrazi. Współcześnie nie jesteśmy już przyzwyczajeni do kryminału wielowątkowego, który momentami ciągnie się poprzez opisy – nie tylko miejsc, ale także wykreowanych postaci. Sprawy nie ułatwiają również długie dialogi, które jednak tchną naturalnością i swobodą. Ma się wrażenie, że Tyrmand nie stworzył swoich bohaterów od początku, tylko bacznie obserwował i przysłuchiwał się ludziom z krwi i kości, żeby ich słowa, gesty, mimikę, zachowania przelać na kartki papieru. Bez względu na to, czy zakochamy się w narracji pisarza, to musimy mu przyznać, że posiadał on niebywały talent uchwycenia życia jako takiego, prostego, nieskomplikowanego warszawiaka, który chce się odnaleźć w dymie zatłoczonych klubokawiarni, gwaru barów mlecznych, czy innych charakterystycznych miejsc właśnie tamtego okresu.

 

Trzeba śmiało przyznać, że publikacje Tyrmanda są takie, jaki on sam był – z jednej strony zachowawcze, ale równie mocno buntownicze, „towarzyskie”, ale także lubiące motyw samotności, konwencjonalne, ale umiejące wyjść poza schematy – nie tylko konwenansów, norm społecznych i zasad, ale także (w literaturze), gatunku, jakim w tym przypadku jest kryminał. Czytelnik w tym aspekcie będzie miał mieszane uczucia, gdyż obiektywnie przyzna, że ma styczność z klasyką, powieścią raczej stonowaną w formie, ale będzie jednocześnie zauważał częstą hybrydyczność niemożność odejścia od tzw. strumienia świadomości. Narracja będzie nas tutaj bombardować informacjami, będzie nas jednostajnie stymulować wyobrażeniowo i nie odpuści żadnego wątku, nawet tego najbardziej, wydawałoby się, prozaicznego i nieistotnego. Dlatego też mamy tutaj do czynienia z ogromną ilością postaci – pierwszo, drugo i trzecioplanowych, mozaiką miejsc i punktów na mapie Warszawy, ogromem wydarzeń, które choć z pozoru mogą wydawać się chaotyczne, to w efekcie prowadzą do najważniejszego bohatera – wspomnianego już „złego”.

 

Żeby nie zdradzać szczegółów fabuły, powiem tylko tyle, że główna postać jest tutaj jedynym trwałym spoiwem; stanowi ona centrum wydarzeń, jest początkiem i końcem historii, oraz, co oczywiście naturalne – jest także jego nieodzownym środkiem. I oczywiście, inne osoby również popychają tę historię do przodu, to jednak on – tajemniczy bohater (bandyta?) będzie wymuszał swoimi poczynaniami kolejność wydarzeń. Mimo tego nagromadzenia zdarzeń i informacji nie będą mieć przyszli czytelnicy łatwo z Tyrmandem, gdyż akcja wcale nie toczy się tutaj wartko i spontaniczne. Pisarz poniekąd katuje nas swoją stagnacją i mozołem, ewidentnie spokój w organizacji fabuły jest dla niego nadrzędnym priorytetem. Tak, czy inaczej, Tyrmanda albo się kocha z miejsca, albo nienawidzi do grobowej deski – w każdym jednak przypadku warto samemu wyrobić sobie opinię i przynajmniej spróbować liznąć jego kultowej twórczości.

 
 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial