Okładka wydania

Villette

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 2 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Villette | Autor: Charlotte Brontë

Wybierz opinię:

Tulliana

Jakiś czas temu w moje ręce trafiło nowe wydanie absolutnej klasyki angielskiej literatury kobiecej w postaci powieści Charlotte Brontë pt. ,,Vilette”, która zawiera w sobie podobno istotne wątki autobiograficzne dotyczące jej burzliwego, nieco kontrowersyjnego życia. Książka ta zrobiła na mnie dobre wrażenie już od pierwszej strony i przyznam, że przeczytałam ją z wielką przyjemnością, choć nie ukrywam, że znalazłam w niej też trochę słabsze, nużące niekiedy fragmenty. Jeśli jesteście amatorami intrygujących opowieści w klimacie retro i chętnie sięgacie po lektury w dość kwiecistym stylu, z pewnością tak jak i ja będziecie pod dużym wrażeniem omawianej tutaj publikacji.

 

Czy wiedzieliście, że ,,Vilette” nazywane jest przez krytyków literackich ,,arcydziełem literatury i życia” powieściopisarki i poetki Charlotte Brontë, zaś pod nazwą tytułowej, malowniczej miejscowości usytuowanej w Francji skrywa się tak naprawdę Bruksela z lat 40-tych XIX wieku? To właśnie tam jedna z tajemniczych sióstr Brontë o imieniu Charlotte miała niestosowny romans z żonatym profesorem Constantinem Hégerem. Warto wiedzieć, że w roku 1842 Charlotte wraz ze swą młodszą siostrą Emily udała się właśnie do Brukseli, by tam objąć posadę języka angielskiego w szkole prowadzonej przez małżeństwo Héger. Zapewne dlatego główną bohaterką recenzowanej tutaj przez mnie książki jest młoda kobieta o imieniu Lucy, która przypadkiem trafia do miejscowości Vilette i dość nieoczekiwanie otrzymuje tam zatrudnienie na stanowisku guwernantki w domu wychowawczym ze szkołą dla dziewcząt prowadzonym przez Madame Beck. Życie Lucy jako nauczycielki w Vilette początkowo wydaje się dość bezbarwne, ale wszystko zmienia się w chwili, gdy kobieta zauważa, że każdy jej krok jest skrupulatnie przez kogoś obserwowany.

 

Książka ,,Vilette” to bezsprzecznie powieść bardzo wciągająca, przykuwająca uwagę czytelnika swoją dość mroczną i pełną niedomówień, nieco przewrotną fabułą. Książka skłania moim zdaniem do głębszych refleksji nad kobiecą naturą, każe zastanowić się nad szeroko pojętą emocjonalnością i sensualnością młodych dam podobnych do Lucy. Znakiem rozpoznawczym opisywanej tutaj powieści jest przemyślana, bardzo wysmakowana, ale niespiesznie tocząca się akcja, dzięki której mamy okazję dokładnie przyjrzeć się postaciom jej bohaterów i dokonać dogłębnej analizy zasadności ich zaskakującego miejscami postępowania. ,,Vilette” to książka przyjemna, ale nie powinno się klasyfikować jej jako czegoś w rodzaju lekkiego ,,czytadełka” na wolne popołudnie, czy wieczór. Powieść zawiera w sobie sporo mrocznych sekretów, wymaga od czytelnika skupienia, pobudza wyobraźnię, wzrusza i może wzbudzać czasem nawet bardzo skrajne emocje. ,,Vilette” to książka, gdzie nadrzędną rolę odgrywają uczucia, myśli, przeróżne dylematy moralne młodej guwernantki. Znajdziecie w niej ponadto wzruszające opisy ludzkiego nieszczęścia, samotnego życia po śmierci ukochanej osoby, jak również nagłych porywów radości, szczęścia wywołanego przez porywy zakochanych serc. Bez wątpienia warto sięgnąć po to dzieło z zakresu literatury angielskiej i z uwagą rozkoszować się każdym zdaniem zawartym w tej jednak nieco naiwnej i uroczo staroświeckiej opowieści.

 

Moim skromnym zdaniem zdecydowanie lepszą powieścią Charlotte Brontë jest ,,Dziwne losy Jane Eyre” albo ,,Profesor”, ale  opisywana tutaj ,,Vilette”  też jest całkiem intrygująca i godna polecenia innym. Jeśli nie szukacie powieści z bardzo wartką akcją oraz nie odstraszają Was  liczne wątki romansowo-psychologiczne, szczerze zachęcam Was do zapoznania się z opisywaną tutaj pokrótce książką autorstwa Charlotte – najstarszej z trzech sióstr Brontë.

Agnesto

Jako zjadacz (dosłownie) i połykacz (tym bardziej) książek, najczęściej sięgam po książki, które szarpią umysł. Które biorą mnie w swoje szpony i maltretują myśli i mnie od środka, całą. Uwielbiam powieści, które zapuszczają we mnie korzenie i pozostają we mnie na zawsze. Jednak czasem, jako typowa kobieta, lubię złapać odskocznię i łapię w ręce coś bliskiego szpadom, zalotom i serca uniesieniom. Jednak musi to być literatura należąca do dobrej, do wartościowej i jednocześnie do klasyki. Musi mieć różne styczne w sobie, bo czytając byle co sama sobie szkodzę, a czytając coś dobrego napawam się nią i sycę, stąd też „Villette” w moich dłoniach. „Villette” i kubek kakao u boku i cisza i ja z Charlotte Bronte siedzącą na wprost mnie. Nigdy nie szczędzę słów pochwał, ani krytyki. Wcześniejsze powieści sióstr Bronte były dla mnie literacką ucztą, nic więc dziwnego, że zapragnęłam poznać kompletnie mi nieznaną Villette”. Przez krytyków całego świata uważana jest ona za arcydzieło zarówno literatury, jak i całego życia najstarszej z sióstr. Jak to będzie u mnie?

 

„Villette” to opowiedziane w pierwszoosobowej narracji losy pewnej Angielki, Lucy Snowe, którą poznajemy w momencie, gdy znajduje się jeszcze pod opieką swej ciotki chrzestnej – pani Bretton – wychowującej samotnie swego ukochanego syna Johna Gahama Brettona. W nim pokładała wszelkie nadzieje na lepszą przyszłość dla rodziny, której majątek został znacznie uszczuplony po odejściu z tegoż świata męża czcigodnej starszej damy. Owo przebywanie w ich gronie sprawia, że Lucy postanawia być samodzielną i nigdy pozostawać na łasce osób trzecich. Szybko znajduje zatrudnienie u dobrze sytuowanej Panny Marchmont, dla której jest i pomocą domową i towarzyszką życia. Jednak na krótko, bo starsza pani pewnego dnia umiera. I wtedy to właśnie nasza bohaterka decyduje się na opuszczenie Anglii. Wyjeżdża do Europy i osiada w stolicy wielkiego królestwa Labassecour – Villette. Zbiegiem okoliczności Lucy trafia do zakładu wychowawczego prowadzonego przez Madame Beck, gdzie początkowo dostaje pracę jako guwernantka jej dzieci, by zaraz objąć następne stanowisko – nauczycielki angielskiego. Od tego momentu jej życie staje się monotonne, wręcz nudne. Ma stałą pracę i dach nad głową, jest zupełnie niezależna. Jest kobietą, jaką chciała być. Jednak w tej spokojnej codzienności dochodzi do pewnego rodzaju „rysy”. Oto bowiem któregoś dnia zauważa, że ktoś śledzi każdy jej krok, przygląda się wszystkiemu co robi i mówi. Że ktoś jakby ją naśladuje. Nie zdając sobie zupełnie sprawy, Lucy zostaje wplątana w prawdziwą intrygę i to taką, która dotykać będzie zarówno sfery materialnej, jak i duchowej…

 

„Villette” podzieliła czytelników na dwa wielkie obozy, które do dziś prowadzą ze sobą spór. Zwolennicy bronią jej, zachwalają i stawiają w należytym kanonie klasyki, podczas krytycy nie pozostawiają na niej suchej nitki. Jak jest w moim przypadku? Początkowo byłam sceptyczna i nieco zdystansowana, ale zawsze ufna instynktowi, który szeptał mi, że oto mam przed sobą wyśmienitą perłę. I nie pomyliłam się. Bronte odważyła się na bardzo ryzykowny zabieg tamtych lat. Wielokrotnie bowiem stosuje zabieg „wchodzenia do umysłu” Lucy, dając tym samym możliwość uczestniczenia w toczącej się w Lucy wewnętrznej walce, jej osobistym monologiem, w którym chwyta wszystko to, czego nie może wyrzec słowami. Wyjawia nam w nich swoje marzenia oraz skrywane lęki, ocenia ludzi, z którymi ma na co dzień styczność, a także przeprowadzane z nimi rozmowy. W rzeczywistości hamuje się przed ich wypowiadaniem stając się tym samym kobietą do cna jałową i nudną. Wielokrotnie uważana jest za osobę bierną, bez odwagi, której brakuje ambicji i wiary we własne siły. Niejednokrotnie zarzucana jest jej małoduszność i nieumiejętność odczuwania głębszych uczuć. Jednak to mylna ocena. Lucy ze stoickim spokojem przyjmuje na siebie wszelkie zniewagi, obelgi, dokuczliwości, zaczepki i stawianie jej w niekorzystnym świetle. W niej samej płonie żywy ogień, wulkan, który kiedyś może wybuchnąć. Etykieta, zapytasz? Pewnie tak, bo kobiety musiały być posłuszne, dobrze wychodzić za mąż – najczęściej dla powiększenia majątku i zyskaniu reputacji w kręgach elit – oraz być dobrymi gospodyniami domów. Podobnie było z autorką, Charlotte Bronte. Pomyśleć na jak odważny krok się odważyła. Na jak brawurowe pisanie. Ryzykowała dwa lata ciężkiej pracy przypłaconej depresjami, chorobami i permanentną jałowością dni, dlatego Villette” uważana jest za jej najbardziej autobiograficzną powieść. Na kartach powieści można wyłapać kilka wątków z jej prywatnego życia. Pod nazwą Villette kryje się bowiem Bruksela, w której to Charlotte przeżywała zakazaną miłość do żonatego profesora Constantina Hegera. Pod postacią Johna Grahama Brettona ukrywa się natomiast George Smith, ówczesny wydawca książek pisarki, który swego czasu był również bliską sercu autorki osobą. Podobnie rzecz się ma z jej własnymi rozterkami, a zwłaszcza stanami depresji. „Villette” to niesamowite dzieło pełne pasji, życia i myśli. To prawdziwe studium psychologiczne kobiecego charakteru, ale i stadium samotności, pustki. To wszystko tu jest, jednak czytanie wymaga czasu, kontemplacji i smakowania. To nie jest książka do szybkiego wertowania, dlatego wiele osób ją odrzuci uznając za słabą. Jednak dla koneserów i amatorów, którzy z pokorą podchodzą do każdej literatury będzie stanowić niemałą ucztę dla ciała i zmysłów. Doznasz tu bowiem niewyobrażalnego wręcz, klaustrofobicznego smutku, który zrzucony na ciebie odbierze ci powietrze, gorycz podpłynie ci do gardła i przygwoździ. Stanie się coś, czego się w ogóle nie spodziewasz. I to jest piękne, najpiękniejsze.

PERŁA LITERACKA.

Tomasz Niedziela

Ostatnio jakby mniej recenzji, ale to poniekąd jest mały powód: ta powieść to zapewne nie „moja bajka” - chociaż przecież i takie książki czytam. Na przykład mam duży sentyment do Jane Austen, więc angielskie romanse wielkiej klasy nie są mi obce. Ta „cegła” sprawiła mi jednak trochę kłopotu, trochę więcej czasu niż zazwyczaj zajęło mi jej przeczytanie, ale dobrnąłem do końca, trochę zadziwiającego, zresztą.

 

Śmiało można powiedzieć, że to typowy romans, choć na pewno nie z serii „harlequina”. Co najmniej trzy pary mają szansę dobrnąć do szczęśliwego końca. Złota teatralna zasada: „Jeżeli w I akcie na ścianie wisi strzelba to w III na pewno wystrzeli” tu sprawdza się w całości. Nic nie dzieje się przypadkiem, a nawet jeśli tak się wydaje, to później nawet statyści pojawiają się ponownie. Nic nie jest pozostawione samemu sobie, nic nie dzieje się przypadkowo.

 

Ciekawy jest, chociaż tak bardzo obcy i wręcz czasami rażący, jest stosunek autorki (Angielki!) do religii katolickiej i do Napoleona. Jakże różnimy się w poglądach, jak bardzo ważny jest osobisty punkt widzenia wywodzący się z historii własnej kraju, z którego się pochodzi. Słabostki, którymi my zdajemy się wręcz zachwycać u Napoleona, po drugiej stronie kanału są już tematem drwin i niesmacznych żartów. To co nam wydaje się w katolicyzmie najważniejsze u anglikanów niekoniecznie już wzbudza respekt czy szacunek.

 

Co mi nie do końca odpowiadało (przez co ciężko mi się czytało) jest mnogość opisów i okrężna droga dochodzenia do celu. Nie ma przypadku, żeby do pokoju wszedł np. Pan Paul, najpierw „wchodzi jakiś pan, którego kroki wydały się znajome, ubiór kogoś przypominał, wreszcie głos prawie go zdradził” - i mnóstwo jeszcze innych szczegółów zanim dojdziemy do tego, że to w istocie jedna z głównych postaci romansu.

 

Chyba można powiedzieć, że Charlotte Brontë  jest zapewne jedną z prekursorek feminizmu. Jej bohaterka jest samodzielną kobietą, która dzięki swojej wytrwałości, pracy i trochę szczęściu potrafi odnaleźć się w XIX wiecznej rzeczywistości. Zresztą nie jest jedyną samotną kobietą, która odnosi sukces. Z drugiej strony inne bohaterki w całości oddają się pod opiekę mężczyzn, nie martwiąc się o sprawy doczesne.

 

Trudno jest mi podążać drogą uczuć i postępków głównej bohaterki, jako, że jestem totalnym ignorantem, jeżeli chodzi o sposób myślenia i zachowania się płci pięknej. Nigdy, do tej pory, nie udało mi się rozgryźć tego fenomenu, mało tego, jestem coraz dalszy od jakichkolwiek odkryć czy wniosków w tym temacie. Dlatego też nie mogę wypowiadać się o metodach, sposobach postępowania, o uczuciach głównych bohaterek. Muszę w tym temacie zawierzyć autorce, co wcale nie oznacza, że się w tym wyznaję. Mile jest jednak próbować spoglądać na świat kobiecymi oczami. Skoro w rzeczywistości mi się to nie udaje, to tego rodzaju powieści są dla mnie ogromną szansą, czyż nie?

 

Wszystko to jednak sprawia, że powieść jest trochę nierówna, czasami przegadana. Gdyby zamiast prawie 700 stron pozostało 500 lub nawet mniej, obyło by się to bez szkody dla powieści, a może nawet podniosłoby jej atrakcyjność. Dlatego też chyba współczesnemu czytelnikowi trochę trudniej będzie przez nią przebrnąć. Mam jednak nadzieję, że w dalszym ciągu znajdą się chętni, by się z nią zmierzyć.

 

Bo niewątpliwie jedyną pewną rzeczą jest to, że warto czytać!

 
 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial