Okładka wydania

Opowieść O Naszym Domu

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Opowieść O Naszym Domu | Autor: Zofia Szymanowska

Wybierz opinię:

MB

„Opowieść o naszym domu” w lekkości i przyjemności z lektury mocno przypomina mi książki Joanny Jurgały-Jureczki, traktujące o losach Kossaków. Chociaż te ostatnie, wychodząc spod pióra osoby trzeciej, zewnętrznego obserwatora wydarzeń nierównoległych, dają według mnie bardziej obiektywny obraz samych postaci. U Szymanowskich jest tęskno-anielsko, jakkolwiek bardzo przyjemnie. Obydwie książki cechuje należyta atencja, chociaż przekłada się ona na inne aspekty. Zofia Szymanowska swoimi opisami pozwala czytelnikowi poznać codzienność Tymoszówki i sam dom (zatem tak czas w nim spędzany jak i jego kontekst architektoniczny). Dowiadujemy się, że korytarz był długi, po lewej stronie sypialnia, obok jadalnia, jest i pokój cioci Mynci, weranda, etc. Ale wiemy również, że dom zamieszkiwali różni ważni ludzie – sami Szymanowscy rzecz jasna, a także - periodycznie - ich znamienici (chociaż wówczas często jeszcze tylko rokujący) goście, jak pisze Autorka, „goście sezonowi, przyjeżdżający na tydzień lub dwa, a pozostający zwykle dłużej”. Ale też służba („Ostap, chłopiec kredensowy”, czy służący Bazyli). Każdemu Szymanowska poświęca swoją uwagę; nawet jeżeli wspomnieniem jest tylko imię.

 

To nie jest w żadnym razie kronika z życia rodziny, ani też próba spisania losów tak Szymanowskich, jak i samego kompozytora, chociaż to jemu Autorka książkę dedykuje. To jest westchnienie do świata zanikłego, wydobyte z piersi bywalczyni Tymoszówski; domu, którego już nie ma (a to akurat bardziej kwestia przesunięcia granic w 1918 roku niż takiego obumierania jakiego doświadczaliśmy w Kossakówce). Oczywiście niczym zaklęcie działa na potencjalnego czytelnika obecność takich nazwisk jak Iwaszkiewicz, czy Rubinstein… nęci pokusa pogrzebania inteligencji w pieleszach. Ale z tym byłabym ostrożna, bo przy wyłącznie takim nastawieniu do lektury optyka Autorki może nas rozczarować. Reportersko ani biograficznie tu nie jest. Jest wspomnieniowo, nostalgicznie z niezbędną nutą faktów i wszechobecną muzyką. Oczywiście, jak można oczekiwać, nazwisko zobowiązuje i jest tu kulturalnie i nobliwie. Tytuły rozdziałów zapowiadają komu/czemu będą poświęcone („Dom”, „Duchy”, „Papa”, „Babunia Misiunia”, itd. – w sumie trzydzieści pięć głównych składowych).

 

Wartością dodaną są zdjęcia, nawet jeżeli pełnią symboliczną funkcję. A całość jest bardzo przyjemnie wydana. Fragmentów książki można było podsłuchać na antenie polskiego radia (https://polskieradio24.pl/8/372/Artykul/2568763,Opowiesc-o-naszym-domu-Rodzinne-losy-Szymanowskich – chociaż lektorsko mocno ubogo).  „w starym rzeźbionym gdańskim kredensie” – towarzyszy nam narracja w duchu tęsknoty ale i poszanowania przeszłości. Tęsknoty za czasami na zawsze minionymi. Ów sentyment to w dużym uproszczeniu droga, w którą zabiera nas Zofia Szymanowska, odbywając swoją osobistą podróż do lat młodzieńczych i dni beztroskich. Ale podróż, którą odbywa się w bardzo przyjemny sposób. Akompaniament Tymoszówki gra czytelnikowi sentymentalną nutę na leniwe niedzielne ‘robienie nic’. 

 

I teraz coś, czym chcę się podzielić z Wami, a czego nie znalazłam w innych dostępnych recenzjach.

 

Dzisiejsza propozycja z Wydawnictwa MG to całkiem udane wznowienie książki, którą już kiedyś czytałam, a którą swoją drogą w starym wydaniu można odnaleźć w odmętach internetu (z tymi wszystkimi „Zofja”, „Trylogja” – z 1935 roku; istna perełka). Ale sęk w tym sformułowaniu „udane”. Oryginalne wydanie lwowskie różni się troszkę; dosłownie minimalnie, ale przecież diabeł tkwi w szczegółach.

 

Zofia Szymanowska tamtą opowieść (z 1935 roku) rozpoczyna tak:

„W różowy wieczór mówiliśmy sobie z tobą, że Tymoszówka jest piękna” – wiemy kogo ma na myśli, bo nie dalej jak stronę wcześniej jest dedykacja dla jej brata Karola vel Katota.

 

Tymczasem w wydaniu od MG mamy coś takiego: „W różowy wieczór mówiliśmy sobie z Karolem, że Tymoszówka jest piękna”.

 

Niby nic, a jednak. Druga kwestia: współczesna propozycja zmienia język na tożsamy i zniknęły nam wszystkie owe joty (itp.), nad którymi tak wzdychałam wyżej. Tego może tak do końca nie stawiam za zarzut, chociaż zachowanie oryginalnej pisowni byłoby czymś na wskroś patyny… niby postarza, ale uszlachetnia. Zawsze można coś wyklarować przypisem dolnym (gdyby na ten przykład „przytem” należało przetłumaczyć z polskiego na nasze jako „przy tym”) albo załatwić sprawę adnotacją na samym początku, że zachowano oryginalną pisownię. To drugie chyba nawet byłoby lepsze.

 

Rezultat taki, że na półce piękniej prezentuje się dzisiejszy grzbiet, ale czulej wzdycham do starej wersji.

Agata Kot

Są takie książki, które pomimo swojej struktury prozy, brzmią jak poemat. Które słowami oddają zapach, smak i wspomnienia. Taką właśnie książką jest "Opowieść o naszym domu" autorstwa Zofii Szymanowskiej. To kronika rodzinna, opowieść o rodzicach, rodzeństwie, o ciotkach, niańkach, służbie i o gościach, tych zwyczajnych i tych najbardziej znanych jak: Harry Nauhaus, Paweł Kochański czy Artur Rubinstein.

 

Tymoszówka była rodzinnym domem Zofii, dworem leżącym na dalekich Kresach Rzeczypospolitej. Był to dom wielki, ponury, ale pełen miłości i ciepła. Zofia miała czwórkę rodzeństwa: Stanisławę, Feliksa, Annę i Karola, który później został jednym z najwybitniejszych polskich kompozytorów. Ich ojciec, Stanisław, miał wielkie plany studiować za granicą, jednak gdy został poproszony przez swojego tatę by ratował tonącą w długach Tymoszówkę, bez chwili zawahania przeprowadził się do niej i związał z nią swoje życie. Był to człowiek na wskroś ciepły, dobry, cierpliwy. Na wszystkie pytania swoich dzieci odpowiadał z uśmiechem i zrozumieniem. Jego żona też została przez Zofię przedstawiona jako kobieta silna, ale delikatna, wrażliwa, czuła, niestrudzona. Według córki ta nigdy nie okazywała zmęczenia ani zniecierpliwienia. I przychodzi mi na myśl, że - biorąc pod uwagę, że książkę napisała Zosia będąc już kobietą starszą, w wieku mocno podeszłym - że z czasem wszystkie gorsze chwile się zacierają, a zostają tylko te dobre wspomnienia. Bo przecież małżeństwo Szymańskich było zwyczajne; mieli dzieci, które jak to dzieci, chorowały, mieli gospodarstwo, o które trzeba było dbać, mieli w końcu swoje humory i troski, które też na pewno niekiedy dawały się we znaki. A jednak w pamięci dorosłej już Zofii zapisali się jako ludzie prawie bez wad, bez przywar, bez ułomności, bez gorszych chwil i bez zwątpienia.

 

Sam dom według autorki bywał nawiedzony. Nocą słychać było niepokojące dźwięki i dzieci niekiedy specjalnie czuwały, chcąc zobaczyć, co je wywołuje – jednak pomimo wielu godzin wypatrywania zjaw, słyszeli tylko stukania, pukania i przeciągły gwizd tych, którzy kiedyś żyli w Tymoszówce i którzy odeszli w niebyt.

 

Zresztą podobnie autorka pisze o swoim rodzeństwie, wymieniając jedynie ich zalety, niezwykle liczne. To sprawia, że ta książka aż bucha ciepłem i poczuciem rodzinnego bezpieczeństwa i solidarności, ale też widać, że nie jest to tekst w jakkolwiek sposób obiektywny. To trochę jak historia z kart książek Małgorzaty Musierowicz – przesłodzona, zakrzywiająca rzeczywistość, ale jakże miła w odbiorze.

 

Osobiście sądzę, że potrzeba nam takich książek. Pachnących kwitnącymi jabłonkami, szeleszczących jesiennymi liśćmi, pełnych śmiechu dzieci i uspokajających słów mamy. Takie powieści przypominają nam, że w szerszej perspektywie tak naprawdę nie liczy się to, że we wtorkowy wieczór pokłóciliśmy się z partnerem czy że w sobotę nie mieliśmy cierpliwości do własnego dziecka. Te małe potknięcia, które zdarza się rzadko, nie wpływają finalnie na to, jak zapiszemy się we wspomnieniach naszych najbliższych.

 

Zofia Szymanowska w "Opowieści o naszym domu" stworzyła niezwykle sielski, rodzinny i ciepły klimat. Jest to idealna lektura na ten obecny, trudny czas, kiedy człowiekowi i z racji aury pogodowej i całej pandemii, jest trochę ciężej i ponuro. Z książki płynie jeden, niezwykle piękny morał: dobre wspomnienia z rodzinnego domu przez całe życie ocieplają serca ich właścicieli. I dają siłę, nawet wiele lat później i wiele tysięcy kilometrów dalej.

Kozel

Niewątpliwie to rodzaj biografii, choć nietypowej… „Opowieść o naszym domu” Zofii Szymanowskiej jest zapisem sentymentalnej podróży w przeszłość, do Tymoszówki – dworku na dalekich kresach Rzeczypospolitej. Zofia Szymanowska, najmłodsza siostra Karola - wybitnego polskiego kompozytora wspomina swoje dziecięce lata, beztroskę, radość oraz muzykę, która otaczała jej rodzinę od zawsze.

 

Z kart książki wyłania się miejsce, do którego członkowie rodziny Szymanowskich i ich przyjaciele chętnie powracali z dalekiego świata. Ponieważ wszyscy domownicy byli muzykalni, a Karol właśnie w Tymoszówce skomponował większość swoich dzieł, nieodłącznym elementem ówczesnej codzienności stały się muzyka i śpiew. Czytając opis dworku, miałam sporo skojarzeń z Mickiewiczowskim Soplicowem: samotny dom na wzgórzu, wśród drzew i w mroku nocy, migający bielą dachu, a w oddali uśpiona wieś… Szymanowska wspomina, że jej Tymoszówka pachniała owocami, pastą do szorowania podłóg, pamiątkami i świeżym, wiejskim powietrzem.

 

Ten wyidealizowany obraz sielskich, dziecięcych chwil zajmuje lwią część przywoływanych wspomnień. Trudno znaleźć tu jakikolwiek negatywny element. Wszystkie postaci przewijające się przez dworek, a trochę ich było, cechowała życzliwość, pogoda ducha, ciepło oraz wyjątkowe przymioty osobowości. Wystarczy wspomnieć papę Stanisława – szlachcica i właściciela majątku, matkę Annę, dla której dzieci były całym światem, Orłowa Bałka, który grał na fortepianie i wiolonczeli, a dodatkowo interesował się matematyką, literaturą oraz astronomią. Mamy także siostry: Annę Szymanowską, która ukończyła Szkołę Sztuk Pięknych w Warszawie i Stanisławę – późniejszą sławną śpiewaczkę, a także braci: Feliksa – utalentowanego pianistę i jeźdźca oraz, oczywiście, poważnego, pochłoniętego muzyką Karola. W tle przewija się babcia Misiunia, ciocia Myncia Zbyszewska oraz ratująca zwierzęta Hela Kruszyńska. Do Tymoszówki przyjeżdżali również: Artur Rubinstein, Jarosław Iwaszkiewicz, Paweł Kochański i wielu innych wybitnych przedstawicieli epoki. Zofia przywołuje w swoich wspomnieniach także służbę.

 

Narracja Szymanowskiej idealizuje tamten świat do tego stopnia, że czasy – nie tak przecież odległe, bo z początku XX wieku – stają się mityczne. Mimo to lektura jest całkiem interesująca i wciągająca, jeśli tylko uda nam się przedrzeć przez powierzchowny sentymentalizm. Jeśli jednak ktoś oczekuje klasycznej biografii czy sagi rodzinnej, zawiedzie się. Szymanowska w ogóle nie ma ambicji portretowania rodu czy nawet wycinka epoki. Skupia się wyłącznie na swoich emocjach oraz wspomnieniach. Nie porządkuje faktów, nie analizuje wydarzeń i nie ustawia ich w jakimkolwiek porządku. Z tego też względu trudno „Opowieść o naszym domu” traktować jako wydawnictwo rzucające nowe światło na biografię Szymanowskiego. Owszem, jego postaci autorka poświęca całkiem spore ustępy, jednak nie daje nam to wglądu w jego myśli, nie poznajemy procesu twórczego czy chwil kształtowania się osobowości. Retrospekcja ma tu być wartością samą w sobie. Właśnie to wywołuje we mnie swego rodzaju niedosyt. Zabrakło rzucenia światła na wydarzenia, które stworzyły wybitnego kompozytora takim człowiekiem, jakim rzeczywiście był. To, że dorastał w domu umuzykalnionym i pełnym patriotyzmu, to trochę zbyt mało.

 

Nie przemówiło do mnie także to, że wydarzenia i opisy prezentowane są właściwie bez jakiejkolwiek gradacji. Na jednym wdechu mamy przedstawioną postać Stanisława Szymanowskiego i jego relacje z dziećmi oraz architekturę samej Tymoszówki czy zapach owoców za oknem. Opowieść kładzie czasem nacisk na szczegóły, które prawdopodobnie są istotne dla autorki prywatnie, dla czytelnika jednak już niekoniecznie. Opisy Szymanowskiej są jednocześnie i szczegółowe, i wybiórcze. Mimo że sporo w nich detali, portrety są mało konkretne.

 

Wszystko, o czym napisałam powyżej wynika z faktu, że „Opowieść o naszym domu” napisana jest z nastawieniem na samą twórczynię, a nie na czytelnika. Z jednej strony jest to zrozumiałe: gdy w 1918 roku podpisano traktat wersalski, a ziemie, na których stał dworek Szymanowskich nie weszły w skład odrodzonej Polski, po Tymoszówce zostały tylko zdjęcia. Nic dziwnego, że Szymanowska pragnie ten obraz zachować. Z drugiej strony zatrzymałaby go skuteczniej, gdyby pozwoliła wejść do tego świata i czytelnikowi.

 
 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial