Mistrzowie Bez Tytułu Legenda Złotej Jedenastki

Autor: Norbert TkaczDaniel KaraśDavid Zeisky

Okładka wydania

Mistrzowie Bez Tytułu Legenda Złotej Jedenastki


Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Wybierz opinię:

Don Centauro

Czwarty lipca roku 1954. Bern. W finale mistrzostw świata w piłce nożnej stają naprzeciw siebie reprezentacje Węgier i Niemiec. Faworyt jest tylko jeden – węgierska Złota Jedenastka. Nikt nie dopuszcza nawet do siebie powtórki z poprzednich mistrzostw, gdy murowany kandydat do tytułu, Brazylia, niesiona dopingiem 200 000 (tak, dwustu tysięcy!) kibiców na stadionie niespodziewanie przegrywa finał i mistrzostwo. Kibice są pewni, iż nie ma możliwości, by niepokonana od czterech lat węgierska ekipa poniosła porażkę w najważniejszym meczu. Wszyscy pamiętają złoto olimpijskie z 1952 roku (przy tylko dwóch straconych bramkach) czy mecz stulecia na Wembley, pokonanie dumnego Albionu 6:3 i zniszczenie ich w rewanżu 7:1. A przecież w finale naprzeciw węgierskiej drużyny stali Niemcy, ci sami Niemcy którzy zeszli z boiska pokonani raptem dziesięć dni wcześniej z bagażem ośmiu bramek straconych na koncie. Mecz zaczyna się zgodnie z planem, już w ósmej minucie Węgrzy prowadzą 2:0 i wszystko wydaje się być jasne.

 

Ale o tej pory bramki zdobywają już tylko Niemcy.

 

„Mistrzowie bez tytułu” - tak nazwali swą książkę autorzy: Tkacz, Karaś i Zeisky. Zbiór felietonów i wywiadów przybliżających nie tylko ten legendarny finał, ale także prezentujących kilkuletnią historię fenomenalnych Węgrów. O dziwo, sporo w tej książce polityki, ale szybko można się przekonać, że w owym okresie (warto przypomnieć, iż lata pięćdziesiąte to końcówka stalinowskiego terroru) polityka i sukcesy piłkarzy były ze sobą mocno powiązane. Wygrywająca wszystkie spotkania drużyna, zwana po sukcesie na olimpiadzie „złota jedenastką” była swoistym wentylem bezpieczeństwa, skutecznie wykorzystywanym przez socjalistyczne władze. Paradoksalnie jednak okazało się to być bronią obosieczną – finałowa porażka Węgrów wywołała niespotykane dotąd w tym ustroju rozruchy, i choć zostały one skutecznie stłumione, to naród węgierski uwierzył, iż można stawić czoło komunistom. Już dwa lata później Węgrzy ponownie wyszli na ulice i tym razem ten społeczny ruch miał olbrzymie konsekwencje, zarówno polityczne, jak i sportowe. Październik 1956 roku każdemu chyba Węgrowi będzie kojarzył się z interwencją Armii Czerwonej, ale również z końcem ery „złotej jedenastki”. I ze świadomością, iż nie każdy z reprezentantów był kryształowo czysty.

 

Najciekawszą jak dla mnie częścią książki są wywiady, które autorom udało się przeprowadzić z żyjącymi (wówczas) członkami legendarnego teamu. Dzięki temu można od naocznych świadków usłyszeć, co tak naprawdę przyczyniło się do porażki, poczuć ten ból, towarzyszący przegranej, świadomość zawodu, który odczuł węgierski naród. Choć od finału minęło kilkadziesiąt lat wspomnienia jego bohaterów wciąż są żywe i czytając te rozmowy chciałbym tam być razem z autorami, stanąć sobie gdzieś w kąciku i cichutko chłonąć każde słowo. Co ciekawe, węgierscy piłkarze jednoznacznie odrzucają pojawiające się teorie o dopingu w drużynie niemieckiej i wskazują na zupełnie inne przyczyny klęski. I znów pojawia się splątanie sportu z polityką, które zakończyło się katastrofą.

 

Nie zabrakło oczywiście w tej książce przedstawienia obecnej sytuacji na Węgrzech zarówno w futbolu, jak i polityce. I nie jest dobrze, choć aktualny prezydent państwa robi, co może. Wciąż jednak Węgrzy żyją historią, a następców „złotej jedenastki” brak. Mimo inwestycji, mimo stworzenia Akademii Puskasa, supernowoczesnego obiektu sportowego reprezentacja Węgier jest tylko europejskim przeciętniakiem zarówno na szczeblu seniorskim jak i juniorskim. I ponownie – to nie efekt braku talentów, ale splątania sportu i polityki. Choć czasy komunizmu się skończyły, nowy system dla futbolu (i sportu w ogóle) nie okazał się łaskawy. Perspektyw brak, pozostały tylko wspomnienia.

 

Jest coś symbolicznego w „złotej jedenastce”... I my, Polacy, i Węgrzy do dziś żyjemy meczem na Wembley (oczywiście każdy swoim). I my też mieliśmy przecież „orły” Górskiego, drużynę, która niosła nadzieję milionom Polaków w trudnych, komunistycznych czasach, bez trudu więc zrozumiemy tęsknotę Węgrów za Puskasem, Bozsikiem czy Grosicsem tak jak my wspominamy Żmudę, Domarskiego czy Latę. A także lata, kiedy życie było trudne, ale futbolowe sukcesy rekompensowały wszystko. Wspomnienia starszych ludzi, którzy gromadzili się przy radioodbiornikach, z wypiekami na twarzy wsłuchując się w głos komentatora obwieszczający kolejne zwycięstwo, bo przecież reprezentacja Węgier nie zwykła w owym czasie przegrywać. I ten niezwykły, berneński finał, którego przecież fantastyczna „złota jedenastka” nie miała prawa przegrać.

 

Trzydzieści kilka lat później Gary Lineker wypowiedział swe słynne zdanie: „Piłka nożna to taka gra, w której dwudziestu dwóch mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy.” Chyba nigdy wcześniej ani później te słowa nie były tak boleśnie prawdziwe...

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!