Początki Gułagu Opowieści Z Wysp Sołowieckich

Autor: Sozerko MalsagowNikołaj Kisieliow Gromow

Okładka wydania

Początki Gułagu Opowieści Z Wysp Sołowieckich


Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 2 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Wybierz opinię:

Książkomaniaczka

Książki związane z tematyką II wojny światowej zawsze odciskają piętno w mojej pamięci. Czytając powieści o strasznych losach ludzi żyjących w tamtych czasach, o okrutnym traktowani, torturach, zostawianiu na pewną śmierć zawsze mam łzy w oczach. Koło takich historii według mnie nie da się przejść obojętnie. Tak też było z powieścią "Początki gułagu. Opowieści z wysp sołowieckich" autorstwa Sozerko Malsagowa oraz Nikołaja Kisielow-Gromow.

 

"Początki gułagu. Opowieści z wysp sołowieckich" to książka, w której mamy przedstawione dwa wstrząsające świadectwa zupełne różnych osób.
Pierwsza część dotyczy Sozerko Malsagowa. Jest to swoisty bohater, który przetrwał głód, mrozy, ciężko pracę i przez swoje samozaparcie udało mu się zbiec z "piekielnej wyspy. Nasz bohater opisuje nieludzkie warunki jakie panowały w tymże obozie. Ludzie są traktowani gorzej niż zwierzęta. Wydzielane im racje żywnościowe są zdecydowanie niewystarczające. Kobiety traktowane są w uwłaczający ludzkiej godności sposób. "Czekiści" tzn. "pracownicy" gułagu traktują kobiety przedmioty, które mają dać im zaspokojenie i rozkosz. Czytelnikowi bardzo ciężko jest sobie wyobrazić jak wyglądała praca w takim obozie. Praca ciężka i strasznie wykańczająca. Praca od kilku do kilkunastu godzin, bez dnia przerwy. Najbardziej wstrząsnął mną opis tego jak w każdy czwartek dochodziło do masowych rozstrzeliwań. Każdy dzień mógł okazać się ostatni. Każdy mógł zostać "wylosowany" do przejścia ostatniej drogi na miejsce kaźni. Mało tego wychodząc rano do pracy ludzie przechodzili koło piętrzących się zwłok.

 

Druga część napisana została przez Nikołaja Kisieliowa-Gromowa. Rosyjskiego czekisty, którego zadaniem było nadzorowanie pracy obozu na "piekielnej wyspie". Świadectwo to jest jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Nikołaj uciekł z Wysp Sołowieckich za granicę. W swoim świadectwie opisuje nieludzkie warunki panujące w obozie, pokazuje czytelnikowi do czego doprowadzało takie traktowanie. Mianowicie opisuje jak ludzie samo okaleczali się, żeby tylko nie pójść do pracy. Naszego bohatera tak przeraziły warunki panujące w obozie, oraz ogrom zbrodni popełnianej na ludności cywilnej, że zdecydował się na ucieczkę, co mogło grozić nawet karą śmierci.

 

Według mnie "Początki gułagu. Opowieści z wysp sołowieckich" to pozycja obowiązkowa dla pasjonatów literatury historycznej, głównie dlatego, że mamy tutaj sumienny opis traktowania ludzi, życia w gułagu, ale również dlatego, że możemy poznać tę historię od drugiej strony, czyli od strony czekisty "pracującego" w tym miejscu. Te czasy opowiedziane przez Nikołaja Kisieliowa-Gromowa mają w sobie coś wyjątkowego i niespotykanego. Po za tym zawsze wydawało mi się, że ci "pracownicy" mają iście królewskie życie, ale nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo się pomyliłam...

 

Oprócz tego co wspomniałam wyżej bardzo wstrząsnęło mną traktowanie dzieci. Czytanie wszystkich opisów, w których było ukazane okrutne traktowanie nawet najmłodszych doprowadzało mnie do łez. Ciężko jest sobie wyobrazić jaki horror te dzieci musiały przeżywać spotykając śmierć na każdym kroku.

 

"Początki gułagu. Opowieści z wysp sołowieckich" to jedna z najbardziej wstrząsających książek jaką miałam okazję dotychczas przeczytać. Mimo, iż wielu z nas wydaje się, że czasy II wojny światowej i terroru minęły to czytanie powieści o tej tematyce sprawia, że na zawsze pozostaną one w pamięci czytelnika. Ponadto uważam, że koło takich książek nie można przejść obojętnie. Dlatego jeżeli macie ochotę na przeczytanie tejże trudnej lektury to jak najbardziej Wam ją polecam.

Damato

Autorzy w tej książce opowiadają o historii swojego życia, która wiąże się ściśle z pobytem na Wyspach Sołowieckich. Były miejscem, gdzie zaczyna się historia gułagów.

 

Sołówki zlokalizowane są na dalekiej Północy, klimat tu panujący można określić jako zimny i wilgotny. Lato trwa bardzo krótko, w przeciwieństwie do zimy. Często występują silne wiatry czy zamiecie śnieżne. Liczne mokradła sprzyjają zawilgoceniu i stwarzają idealne warunki do bytności komarów i meszek, które są zmorą tych terenów. Bliskość mokradeł sprzyja też rozwijaniu się licznych chorób u więźniów np. szkorbutu, malarii czy chorób płuc.

 

Zgodnie z tym co jest przytaczane w książce obóz ten był rodzajem laboratorium metod stosowanych w innych gułagach sowieckich. Sprawdzano jakie metody dają najlepsze rezultaty, jeśli chodzi o najwyższą produktywność więźniów (próbowano przedterminowych zwolnień, zmniejszania racji żywnościowych czy egzekucji). Mechanizm "rekrutacji" do obozów był bardzo rozbudowany - na każdego człowieka, przeciwnemu władzy zawsze można było znaleźć odpowiedni paragraf, często absurdalny i błahy. Za przykład może posłużyć fakt, iż jednego człowieka zesłano do obozu ze względu na kontrrewolucyjne nazwisko. Osadzonych często określa się jako "więźniów Słonia" z racji skrótu SŁON (rosyjskie: Sołowieckij Łagier Osobowo Naznaczenija). Malsagow oraz Kisielow dzielą więźniów Wysp Sołowieckich na kilka grup w zależności od powodów zatrzymania i tak zgodnie z przytaczanymi źródłami w 1927 roku więźniów jest 13000 zaś w 1929 - 22 000. Przeludnienie okolic w tamtym okresie dawało się tak we znaki, dlatego też władza decyduje się przeniesienie części więźniów na ląd stały (okolice Kemu).

 

Szef obozu (Nogtiew) tak miał witać nowo przybyłych więźniów: "Jak wiecie, tutaj nie ma władzy radzieckiej, tutaj jest tylko władza Sołówek. Możecie zapomnieć o wszystkich prawach, z których korzystaliście przedtem. Tutaj pierwszeństwo mają nasze prawa". Ci co mieli choć trochę władzy kładli nacisk na bezwzględne kary i sadyzm. Jedną z kar była "tortura komarów". Polegała ona na tym, iż rozebranego więźnia wystawiało się na ukąszenia komarów. Człowiek torturowany był bezbronny - często nie przeżywał tej katorgi lub wracał cały pokryty bąblami, z opuchniętą twarzą. Okrutny los czekał też kobiety, które stawały się nierządnicami, często zarażone były chorobami wenerycznymi i powoli umierały. Z kolei kler obojętnie czy to kapłani, mnisi czy inni duchowni byli posyłani do najcięższych robót, gdzie najciężej wykonać normę pracy.

 

Osadzeni nazywali byli często szakalami, ze względu na poszarpaną odzież, brud na całym ciele i dzikie zachowania - często nie mieli oni żadnych naczyń więc dostawali jedzenie w kapocie czy czapce. Nie mieli oczywiście też łyżek, więc jadali rękoma, nie byli podobni do ludzkich istot.

 

Więźniowie żyli w ciągłym strachu - czekali na kogo tym razem spadnie widmo śmierci. Nie tylko życie w obozie było straszne - ludzie, którzy zamieszkiwali okolice byli narażeni na wysłuchiwanie krzyków ofiar a także wystrzałów, dlatego też opuszczali oni swoje mieszkania, aby żyć dalej z dala od tych morderczych procederów.

 

Podobnie jak to miało miejsce w nazistowskich obozach pracy - ludźmi, którzy pilnowali porządku (kapo) byli osobnicy, którzy byli często zbrodniarzami, cechowała ich brutalność i brak skrupułów. W początkowym okresie działania obozu więźniowie byli wdrażani w system i praca miała niejako formę szkoły poprawczej. Ludzie byli zatrudniani w cegielni, garbarni czy pracowni szewskiej - stosunkowo na nie najgorszych stanowiskach. Później niestety się to zmieniło, zaczęła się eksploatacja lasów oraz wydobycie torfu, budowa dróg czy kolei. Ich dzienna racja żywnościowa wyglądała następująco: na śniadanie ziemniaki, na obiad obierki gotowane w wodzie, na kolacje ponownie ziemniak. Na początku nie mieli oni prawa do cukru czy chleba, nie mówiąc już o maśle czy mięsie.

 

Praca ponad siły w obozie doprowadziła niejednego więźnia do ogromnego dylematu. Mianowicie ci co pracowali przy wyrębie lasu kładli sobie palce lub co gorsza lewą dłoń na pień i odcinali mając nadzieje, że nie będą musieli pracować. Tak się jednak nie działo. Czekiści byli zdania, że jeśli więzień nie może rąbać drewna, może je piłować jedną ręką! Samobójstwa były na porządku dziennym - ludzie stawali pod zrąbywanym drzewem, aby położyć kres udręce, lub wieszali się przy pomocy skrzętnie ukrytego sznurka.

 

Podsumowując książka zawiera mnóstwo interesujących informacji o obozach sowieckich. Opisy codziennego życia więźniów czy tortur wywołuje gęsią skórkę i dziw podczas czytania. Obrazu potwornych warunków dopełniają wkładki fotograficzne, które umieszczono w książce. Ponadto autorzy przytaczają w przypisach sporo objaśnień, dzięki czemu książkę czyta się łatwiej, bazują oni na różnych źródłach co jest warte podkreślenia. Jak uznał to Masłow w przedmowie do relacji Kisieliowa, książka ta "poświęcona jest życiu, a raczej umieraniu, więźniów we wszystkich rosyjskich obozach". Piszę on też o błędach i nieścisłościach w tych relacjach, jednak nie umniejszają oni roli tej książki w żaden sposób.

Gosia

„Początki gułagu. Opowieści z Wysp Sołowieckich” to nie jest łatwa książka. Opowiada o strasznych wydarzeniach, a świadomość, że zadziały się one naprawdę wzmaga w czytelniku poczucie bezradności wobec takich okrucieństw. To książka zawierająca świadectwo, którego nie wolno nam zapomnieć. 

 

Dwóch mężczyzn, dwie historie - jedno miejsce: Wyspy Sołowieckie. Jeden z nich, Sozerko Malsagow, był pierwszą osobą, której udało się uciec z obozu (zwanego później gułagiem) i przeżyć. Malsagow uciekł wraz pięcioma innymi więźniami i po wielu perypetiach przedostał się na tereny dzisiejszej Finlandii. Tam został aresztowany, jednak po przesłuchaniach wypuszczono go na wolność.  

 

Druga historia opowiada losy oficera tego chorego systemu, Nikołaja Kisielowa Gromowa. Praca w gułagu stanowiła dla niego karę za malwersację, o którą został oskarżony. Gromow przedstawia siebie jako dobrego oficera, który niejednokrotnie pomagał więźniom. Miał tak dość obozowych okrucieństw, że postanowił zbiec. I on również przedostał się do Finlandii. 

 

Obu naszych bohaterów łączy jedno słowo - Gułag. Wprawdzie stali oni po dwóch stronach barykady, ale nadal było to to samo miejsce. Zestawienie wspomnień więźnia i kata powoduje, że odbiór książki jest wyjątkowo dramatyczny, tym bardziej, że nie jest to suche naukowe opracowanie pozbawione emocji. Ta książka to żywe świadectwo przedstawiające doświadczenia osób z krwi i kości. Tu nie znajdziemy suchych statystyk, za to widzimy okrucieństwo, ból, choroby i śmierć. 

 

Historie opisywane w książce są tak przerażające, że często trudno je sobie wyobrazić. Obozy, o których mowa, zlokalizowane były daleko na północy sowieckiego państwa. Długa zima i krótkie lato nie pozwalały mieszkańcom tamtych terenów cieszyć się dobrami natury. Wilgotny klimat i brak słońca sprzyjały rozplenianiu się wszelkiego robactwa, które skutecznie uprzykrzało życie tamtejszych mieszkańców. Komary, meszki i inne żyjące tam stworzenia roznosiły wiele chorób, które przy braku odpowiedniej diety i witamin, często doprowadzały do śmierci więźniów. Zresztą sami więźniowe przypominali swoim zachowaniem dzikie zwierzęta. Brudni i obszarpani walczyli o każdy dzień. W miejscu, gdzie nie funkcjonowały żadne prawa naprawdę trudno było przeżyć. Więźniowie nie mieli misek ani sztućców, więc radzili sobie wybierając jedzenie rękoma z czapek lub zakamarków kurtek. Zresztą to, co otrzymywali do jedzenia trudno nazwać posiłkiem. Ziemniak na śniadanie, ziemniak na kolację, a na obiad zupa z obierek.  Do głosu dochodziły pierwotne instynkty, które doprowadzały do tego, że zamiast zasad prawa rządziła przemoc fizyczna. 

 

Oczywiście więźniowie nie siedzieli w obozie bezczynnie, a pracowali ponad swoje siły. Początkowo praca nie była tak wyczerpująca, ponieważ gułagi miały odgrywać role swoistego poprawczaka, później jednak, kiedy okazało się, że wyrąb lasu czy budowa dróg i kolei to żyła złota - więźniowe zaczęli pracować ponad swoje możliwości. Wielu z nich nie dawało rady, co prowadziło do okaleczeń i samobójstw.  
Wspomnienia Malsagowa są dużo bardziej dramatyczne niż Gormowa. Opisuje on życie w obozie z dużo większym smutkiem i wszechobecnym poczuciem beznadziejności. Opis ucieczki jest również tragiczny – na szczęście zakończony sukcesem. Gormow natomiast pisze trochę bardziej urzędniczo. Sporo opowiada o funkcjonowaniu administracji obozowej, o zachowaniach kapo, dużo mniej skupiając się na udręce więźniów. On jednak również przytacza różne historie, od których włos się jeży na głowie.

 

Potworna książka, która swoim przesłaniem przypomina tak wszechobecną literaturę z okresu II wojny światowej. Różnica polega na tym, że o obozach stworzonych przez nazistów nadal się mówi, natomiast o gułagach słychać coraz mniej. Powstały one dużo wcześniej, a do tego ich umiejscowienie na dalekiej północy powoduje, że coraz bardziej nikną w ludzkiej pamięci. Dlatego właśnie należy czytać i promować takie książki. Żeby nie zapomnieć.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!