Okładka wydania

Prymityw: Epopeja Narodowa: Powieść

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 2 votes
Akcja: 100% - 2 votes
Wątki: 100% - 4 votes
Postacie: 100% - 2 votes
Styl: 100% - 2 votes
Klimat: 100% - 2 votes
Okładka: 100% - 2 votes
Polecam: 100% - 2 votes

Polecam:


Podziel się!

Prymityw: Epopeja Narodowa: Powieść | Autor: Marcin Kołodziejczyk

Wybierz opinię:

Bnioff

„Posłuchajcie: na świecie i u nas będzie coraz gorzej. Późny wrzesień ’16, przed szóstą rano w Parku Skaryszewskim, koło pomnika Rytm, leży na ziemi mężczyzna w pozycji na baczność. Starszawy i nieumyty, pali się niebieskawo, spirytusowo. W sensie pełga, łażą po nim tu i tam płomyki.”

 

Tak zaczyna się współczesna epopeja dziejąca się co prawda w Warszawie, a dokładnie w jej prawobrzeżnej części 9Targówek, Brudno, Szmulki0, ale faktycznie będąca szalenie interesującą próbą zdefiniowania kondycji narodu na przestrzeni minionych trzech lat. Jest więc siłą rzeczy do bólu wręcz aktualna i boleśnie uczciwa. Miejsce akcji silnie determinuje język, jakim pisany jest „Prymityw”. Marcin Kołodziejczyk, wieloletni mieszkaniec prawobrzeżnej Warszawy, przesiąkł charakterystyczną praską gwarą, a właściwie jej współczesną odmianą, jaką posługują się na co dzień postaci, które odmalował na kartach swojej powieści. Czuć wyraźnie warsztat reportera, którym w istocie jest autor, ale także niesamowity słuch, dzięki czemu, mimo fabularnej narracji, „Prymityw” brzmi jak pozbawiony odautorskiej ingerencji zapis niemal dokumentalny.

 

Przyznam, że czytając prozatorski debiut Kołodziejczyka miałem podobne wrażenia jak podczas lektury debiutanckiej książki Doroty Masłowskiej „Wojna Polsko-Ruska”. Kołodziejczyk to oczywiście twórca dużo dojrzalszy i nazywanie „Prymitywu” jego prozatorskim debiutem jest dość nieprecyzyjne, bo po pierwsze w temacie reportażu ma wyjątkowo imponujący dorobek, po drugie, jak już zostało to wspomniane, książkę tę można potraktować jako quasi reportaż. Oczywiście nieco podkoloryzowany i podkręcony, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że dostajemy zbeletryzowaną wersję kilku podwórkowych historii nie tylko zasłyszanych, ale też przeżytych przez autora. Rzeczone skojarzenia z Masłowską to głównie język. U niej dresiarska nowomowa, u Kołodziejczyka też coś podobnego, zwłaszcza w przypadku bohaterów pracujących w domu pogrzebowym czy sortowni śmieci, jakaś wspomniana już uwspółcześniona gwara, w której interpunkcja i ortografia rządzą się swoimi prawami.

 

Współczesność w tej powieści jest zresztą silnie akcentowana. Mamy dugą dekadę XXI w., czas wstawania z kolan, moment, w którym Polska „staje się Radomiem Europy”. Spada Samolot z Elitą, sekta propagująca ideę wybuchu, której przewodzi niejaki Radosław Katyński, organizuje Miesięcznice pod Krzyżem, w wyborach prezydenckich młody Bożydar Jałowy pokonuje Darzbora Memłę. Społeczeństwo jest silnie spolaryzowane, ale przekaz partyjny, wylewający się z mediów sprzyjających władzy, głosił, że „jak pokazywały najnowsze tabele polskości – Polska miała doskonałe wskaźniki polskości, najlepsze od szeregu lat. Nawet północnokoreańscy dziennikarze to zauważyli. Żartowałem, nasi dziennikarze. Ci prawomocni.”

 

Obraz, jaki wyłania się z narracji Kołodziejczyka z całą pewnością nie jest wizją krzepiącą z jaką zwykliśmy kojarzyć epopeję narodową. Ta najbardziej znana, mickiewiczowska, miała za zadanie podnosić na duchu i wzmacniać marzenie o Polsce niepodległej, na którą z pewnością zasłużył tak doświadczony przez historię naród. Tymczasem „Prymityw” kończy się złowieszczą, wyrażoną jakby mimochodem frazą, która pada podczas eksmisji jednego z bohaterów. „’18 – już sto lat Polska stara się stracić niepodległość. Przysiedliśmy przed drogą na meblach Beznadziejczuka.”

 

Prócz kapitalnego słuchu i fantastycznego zmysłu obserwacji, co udowodnił już Kołodziejczyk w swoich reporterskich książkach, jak na przykład „Dystrofia. Przypadki mieszczan polskich” czy „B. Opowieści z planety prowincja”, jest on obdarzony niesamowitym poczuciem humoru. Trudno nie parsknąć śmiechem podczas niektórych monologów bohaterów, czy niewymuszenie zabawnych dialogów postaci, które starając się nadać swojej mowie wysoką i poważną tonację pogrążały się głębiej w przepysznej grotesce.

 

Z całą pewnością jest to pozycja wymagająca i może nie trafić do każdego czytelnika, jeśli jednak dać jej szansę, może udać się zbudować w miarę spójny obraz współczesnej Polski z pozornie nieprzystających do siebie kawałków. ”Prymityw” - jak podaje Wikipedia – to rodzaj figur geometrycznych w grafice komputerowej, z których buduje się inne, bardziej skomplikowane. Z punktu widzenia geometrycznej definicji figury, każdą z nich można zbudować z punktów.

Czytelnik7

Marcin Kołodziejczyk dzieli literacką drogę z Dorotą Masłowskiej, uważając – co można wywnioskować z jego debiutanckiej powieści – że za pomocą samego języka można powiedzieć znacznie więcej, niż za sprawą szeroko rozpisanej narracji. „Prymityw. Epopeja narodowa”, bo tej książki dotyczy ta recenzja, zdecydowanie wychodzi z takiego założenia.

 

Posłuchajcie: na świecie i u nas będzie coraz gorzej” – tak brzmi pierwsze zdanie powieści, co wcale nie okazuje się prorocze, jeśli chodzi o późniejszą recepcję książki. Wręcz przeciwnie. Marcin Kołodziejczyk, prowadząc dość prostą fabułę, skupioną wokół kilku wydarzeń, kreśli obraz polskiej rzeczywistości, przedstawiając wydarzenia ze współczesnej warszawskiej Pragi – pełnej osobliwych postaci, typków i charakterów, które wpisują się w dzisiejsze stereotypy.

 

Na początku trzeba zauważyć, że „Prymityw” wcale nie zadziwia. Nie mam w tym miejscu na myśli fabuły czy sposobu kreacji bohaterów, bo to, wiadomo, zawsze kwestia indywidualna, wynikająca z doświadczeń czytelniczych, ale trafność czy świeżość stawianych tez i spostrzeżeń dotyczących sytuacji politycznej, w której żyjemy. Nie da się bowiem, co bardzo ważne w tym wypadku, oddzielić tego, czym żyją dziś Polacy, od literackiego świata Kołodziejczyka. Jest to o tyle nierealne, o ile pozbawiłoby sensu i znaczenia niemałej części powieści, która – jak artykuł prasowy – nawiązuje do konkretnych wydarzeń lub określonego czasu. Recenzowana książka czerpie z realiów tzw. Dobrej Zmiany, czyli okresu, w którym władzę sprawuje partia Jarosława Kaczyńskiego (od 2015 roku), co sprawia, że wszelakie odwołania, w tym w sposobie kreacji postaci (m.in. Radosława Katyńskiego czy Ministra Prymusa) i przedstawianych wydarzeń (unieważnienia czasu czy Katastrofy Samolotowej), okazują się jednoznaczne i bardzo czytelne. Nie w tym jednak tkwi problem, choć można by się zastanowić, na ile te odnośniki będą kiedyś, za kilka lat, klarowne, a w tworzonej perspektywie i w sposobie prowadzenia obrazów. W jednym z rozdziałów czytamy: „(...) Ubierał koszulkę z Polską Walczącą, Żołnierzami Wyklętymi i jednocześnie husarskimi skrzydłami, ale to jeszcze nie było wszystko, bo jeszcze był napis: nie damy się żywcem pogrześć w trumnie. Ktoś by biorąc to w palce ocenił: koszulka z jakościowej pakistańskiej bawełny. A to była otwarta księga podstawowych sedn, podobnie jak wcześniej podstawowy był dla Poczętego polski hip-hop, a jeszcze wcześniej pokemony. Teraz wszystko, co by inni zrobili Robertowi źle lub przeciw, kwalifikowało się jako zdrada. Jeżeli na przykład zdarzyło się, że natychmiast nie dostał to, czego chciał, a to się ciągle zdarzało, obwiniał zagraniczne elementy – Żyda, Ruska, Szkopa i uchodźcę. I masoństwo, które na razie z powodu niewyrobienia brał za cały wredny naród z Masonii (...)”, a jeszcze dalej o tym, że „(...) pamiętać się będzie wszystko Niemcom za drugą wojnę, Francuzom i Anglikom – bo pozostawili Polskę samą w trzydziestym dziewiątym (...). Unii Europejskiej napluje się w ryj za samo plugawe istnienie, Szwajcarii za franka; nie przebaczy się targowicy, komunie, Szwecji za potop szwedzki, pedałom za sodomię, i, przede wszystkim, nic się nie zapomni Ruskim. Nigdy nie popadnie w niepamięć pamięć o rozbiciu Samolotu (...)”. I wszystko to wydaje się jak najbardziej prawdziwe, jeśli chodzi o rzetelność w portretowaniu nastrojów społecznych czy współczesnych realiów, bo takie głosy coraz mocniej wybijają (choćby w mediach), ale zastanawia mnie to, w jakim stopniu taki opis jest dla mnie – jako odbiorcy – ciekawy czy wartościowy. Czytając, niby się zauważa, że to boleśnie prawdziwe, można się nawet zaśmiać, dostrzegając niedorzeczność czy ironię, ale nic właściwie po tym nie zostaje – ta perspektywa okazuje się wtórna, dobrze znana z liberalno-lewicowej narracji w przekazywaniu (czy to dziennikarskim, czy literackim) tego typu postaw. Myślę, że w tym wypadku (mam na myśli stawianie diagnoz i przedstawianie tego, co dookoła) nieporównywalnie lepiej poradził sobie Michał Witkowski, powieścią „Wymazane”, nominowaną skądinąd do tegorocznej nagrody Nike. Również zaprezentował prowincjonalne realia, podobne myślenie, jednak nie tak dosłownie, mniej politycznie, a bardziej groteskowo i kampowo, co okazuje się po prostu atrakcyjniejsze dla odbiorcy.

 

Nie ulega jednak wątpliwości, że to, co robi Marcin Kołodziejczyk z językiem, zasługuje na uwagę i pochwałę. To wręcz niebywałe, jak lotna, świeża i „uliczna” jest ta powieść – zupełnie jak książki Doroty Masłowskiej, od której autorowi „Prymitywu” raczej trudno będzie w najbliższym czasie uciec w porównaniach. Pisarz okazuje się nie tylko uważnym i świetnym obserwatorem rzeczywistości, o czym pisałem wcześniej, ale także znakomitym słuchaczem. Warstwa językowa w jego debiucie wydaje się bowiem nie tyle „wierna”, ile całkowicie oddana, świetnie przeniesiona z realnego w fikcyjny świat. Mam na myśli nie tylko słownictwo i sposób komunikowanie się postaci (szyk zdań, styl dialogów), ale także wyraźną „niewydolność” języka, jego zaburzenia wynikające z ekspresji i tempa, w jakim mówią oraz żyją bohaterowie. Świat tej książki jest nagły, rwany, prędki, wszystko się dzieje szybko (co potęgują krótkie rozdziały), a między postaciami właściwie nie dochodzi do szerszych rozmów (dominuje relacja narratora), co znajduje odbicie w dziwnych, acz zrozumiałych i wymownych, konstrukcjach językowych – rozmaitych „kuhukurwach”, „w każdymmądź razach” i „Panzusach” (Panach Jezusach). Ta deformacja, często utrudniająca lekturę, idąca w parze z dość oczywistą, jeśli uwzględnimy wydźwięk powieści, częściową stylizację na szlachecką gawędę, wykorzystaną w podobnym celu choćby w „Trans-Atlantyku” Gombrowicza, dają efekt, na którym najpewniej Kołodziejczykowi zależało – prześmiewczego komentarza. I tak też, jeśli mogę Państwu coś zasugerować, radziłbym czytać tę powieść.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial