Węgierska Wiosna Magyar Tavasz

Autor: Krzysztof Jagielski

Okładka wydania

Węgierska Wiosna Magyar Tavasz


Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 2 votes
Wątki: 100% - 2 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 2 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Wybierz opinię:

Bacha85

Historia Węgier nie należy do najpopularniejszych tematów w dostępnej na naszym rynku literaturze, jeśli już się pojawia to gdzieś z boku, jako niewiele znaczący wątek. Tym większą ciekawość wzbudziła we mnie książka Krzysztofa Jagielskiego zatytułowana „Węgierska wiosna”, w której autor przybliża kulisy powstania węgierskiego i „Wiosny ludów” w połowie dziewiętnastego wieku.

 

Fabuła powieści skupia się wokół rodu Stack-Eroes i jest bezpośrednią kontynuacją „Sagi siedmiogrodzkiej” tego samego autora. Książę Stack-Eroes oraz piątka jego dzieci biorą czynny udział w zamieszaniu na Węgrzech. Trzech jego synów i dwóch zięciów wspierają dążenie Węgier do wyzwolenia się spod Cesarstwa Austrowęgierskiego, biorąc czynny udział w bitwach pod dowództwem generała Józefa Bema. W wojennej zawierusze nie zabrakło czasu na prywatne sprawy. Młodzi ludzie kochają się, żenią i w miarę możliwości korzystają z życia.

 

Osadzenie fabuły powieści w niezbyt znanych przeciętnemu czytelnikowi realiach historycznych było bardzo dobrym zabiegiem. Historia Węgier wniosła powiew świeżości w literaturze historycznej, zdominowanej przez świat anglosaski. Niestety z wykonaniem nie było już aż tak dobrze. O ile nie można narzekać na brak akcji, gdyż w książce dzieje się sporo i intensywnie, z racji na burzliwy okres rozgrywających się wydarzeń, o tyle trudno w trakcie lektury doświadczyć dramatyzmu, czy z żywym zainteresowaniem śledzić perypetie bohaterów. Kolejne wydarzenia pozbawione są jakiegokolwiek napięcia i ich przedstawienie bardziej przypomina kronikę, niż powieść. Postacie nie stoją przed dylematami, nie muszą rozważać, co będzie dla nich najlepsze, a to co zaplanują wychodzi im bez najmniejszych problemów. Młodzi ludzie, spotykają się, zakochują, żenią, nie natrafiając po drodze na żadne przeszkody, z którymi musieliby się mierzyć. I chociaż ich losom daleko do sielanki, wszak w kraju panuje wojna, w którą są zaangażowani, to w przedstawieniu tego, z czym się spotykają zabrakło choćby odrobiny niepewności i dramaturgii.

 

Kreacje postaci niewiele różnią się od sposobu przedstawienia fabuły. Bohaterowie są ze wszech miar uzdolnieni a wszystko czego się podejmują wychodzi im bez większych komplikacji. Skutkiem takiej ich prezentacji jest brak możliwości wejrzenia w ich osobowość. Nie przeżywają wewnętrznych dylematów, nie toczą sporów z najbliższymi, nie muszą podejmować trudnych decyzji. Postępują zgodnie z własnym poczuciem obowiązku i zawsze jest to godne pochwały jako postawa prawdziwie patriotyczna. To wszystko sprawia, że są to kreacje płytkie i pozbawione polotu. Ponadto mnogość bohaterów wysuwających się na pierwszy i drugi plan opowieści jest uciążliwa z racji na ich niejakie kreacje. Stają się przez to tylko pustymi nazwiskami, za którymi nie kryje się zbyt wiele.

 

Kolejnym dość uciążliwym mankamentem książki jest jej język. Powieść czyta się wyjątkowo źle. Z jednej strony znajdziemy tu mnóstwo archaizmów i słów typowych dla języka węgierskiego, z drugiej zaś, przyjemne wrażenie bogactwa językowego skonfrontowane zostało z fatalną składnią. Zdania są przesadnie stylizowane na archaiczne i o ile można by to zrozumieć, gdyby chodziło o wypowiedz bohaterów, o tyle w opisach męczy. Tym bardziej, że z powodu dziwnego szyku wyrazów w zdaniach, często trzeba się zastanowić o co tak naprawdę w nich chodzi. To sprawia, że każda strona jest dość męczącym wyzwaniem.

 

„Węgierska wiosna” to książka z dużym potencjałem. Porusza niezbyt znane „szaremu czytelnikowi” fragmenty historii Europy i mnoży się od bohaterów, których losy można by śledzić z prawdziwym zainteresowaniem. Niestety znacznie gorzej wyszło z wykonaniem. Nużąca i męcząca fabuła oraz powierzchowna i zbyt wyidealizowana kreacja postaci już same w sobie są sporą wadą. Gdy do tego dodamy okropną składnię, powodującą, że ciężko jest przebrnąć przez kolejne strony, to w efekcie otrzymujemy dzieło wyjątkowo trudne w lekturze.

Straszliwabuchling

Krzysztof Paweł Michał Jagielski to polski pisarz urodzony w 1936 roku w Poznaniu. Obecnie mieszkający w Bad-Wildungen w Hesji w Niemczech. Członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie – Londyn. Od dziecka zafascynowany był Węgrami i ich historią. Napisał dwie powieści dotyczące tej tematyki – „Sagę Siedmiogrodzką” i jej kontynuację „Węgierską wiosnę”. Poza tym autor bajek: „Baśń Siedmiogrodzka”, „Króliczek Wełniany”, „Fantastyczne wakacje”, a także powieści: „Za burtą Legendy” i „Karczma pod Krzywym Ryjem”.

 

„Węgierska wiosna” to powieść o Węgrzech w Siedmiogrodzie, w latach 1848 – 49. Opowiada dalsze losy rodziny książęcej Strack-Erös z powieści „Saga Siedmiogrodzka”. Pan Jagielski podobno planuje jeszcze dwa następne tomy o wydarzeniach od 1849 do czasów współczesnych.

 

„O wywodzącego się z Bawarii Sebastiana von Altenmarkt, zwanego później Strack-Erös, zatroszczyli się król Stefan I i królowa Gisela, czyniąc go rycerzem, nadając mu tytuł książęcy i ziemie w Erdelew – Ziemi za Lasami, dzisiejszym Siedmiogrodzie lub bliżej Erdely. Koligacje jego synów i córek z innymi wielkimi rodami (sąsiadami) zamieszkującymi tę ziemię uczyniło z niego najpotężniejszego arystokratę i bogacza na Węgrzech. Można uwierzyć dzisiejszym potomkom, którzy pielęgnują przekaz pokoleniowy, że Sebastian był nieprzeciętnym mocarzem (…). Opowiadają, że Sebastian był, jak na owe czasy, sprawiedliwym, uczulonym na krzywdę ludzką panem i władcą dusz jego ziemię zamieszkujących. Gdy postępowi politycy na Węgrzech na przełomie dziewiętnastego wieku optowali za zniesieniem pańszczyzny, na ziemiach Sebastiana i jego potomków panowała od niepamiętnych czasów gospodarka czynszowa.” (ze wstępu autora)

 

„Węgierska wiosna” rozpoczyna się w momencie kiedy głową rodu Strack-Erös jest stary książę András, który będąc zaufanym współpracownikiem Lajosa Kossutha (przywódcy rewolucji węgierskiej, przewodniczącego Krajowego Komitetu Obrony Ojczyzny), w sposób głównie finansowy i przy pomocy swoich synów – Mihálya, Alajosa i Pála, wspiera Wiosnę Ludów w Cesarstwie Austro-Węgierskim. Ma również dwie córki – Orsolyę i Saroltę. Generalnie fabuła powieści skupia się na wydarzeniach z lat 1948 – 49: walce Węgrów o niepodległość, ślubach i narodzinach dzieci rodu książęcego, do tego opisuje część działań wojennych wojsk węgierskich pod dowództwem Józefa Bema w Siedmiogrodzie, Banacie, Bukowinie i Wołoszczyźnie.

 

Jeśli chodzi o język, jakim operuje pan Jagielski, to jest on przyjemny i poprawny, ale stylistycznie nie porywa. Niestety dużym zarzutem pod adresem „Węgierskiej wiosny” jest fakt, że wygląda jak sfabularyzowana odrobinę kronika rodzinna uzupełniona o listy. Poważnym mankamentem są papierowe postaci – brak im rysu psychologicznego. Ród Strack-Erös został w ogóle niesamowicie wyidealizowany – jakby autor dostał zlecenie napisania tej powieści od dzisiaj żyjących potomków tego rodu. Albo bał się im podpaść, po tym jak udostępnili mu rodzinne archiwa (o czym wspomina wielokrotnie w przypisach). W ogóle najbardziej tej opowieści zaszkodził brak wyraźnie zarysowanego głównego bohatera (albo dwóch) – czytając odnosi się wrażenie, że mimo że opisywane są losy sporej grupy ludzi, to jednak żadna z tych postaci nie jest głównym bohaterem, a i samą tę zbiorowość trudno uznać za takowego.

 

Sama tematyka jest naprawdę ciekawa i można było na kanwie historii rodu Strack-Erös oraz wydarzeń znanych jako Wiosna Ludów, stworzyć porywającą powieść historyczną. Widać, że autor pomysł miał, wiedzę ma olbrzymią na ten temat, ale wykonanie niestety nie dorównało koncepcji. Zaletą jest fakt, że nie ma konieczności znania fabuły pierwszego tomu, ponieważ autor we wstępie ładnie wyjaśnia historię rodu Strack-Erös, a poza tym fabuła „Węgierskiej wiosny” nie łączy się za bardzo z fabułą „Sagi Siedmiogrodzkiej” (pomijając już nawet tę kwestię, że dzieje się jakieś 800 lat później).

 

Wspomnę jeszcze tylko o autorze i jego forsowaniu na siłę swoich poglądów politycznych. Wielokrotnie w przypisach (a są one często tak skonstruowane i niepotrzebne, że aż irytują) nawiązuje do obecnej polskiej sytuacji politycznej, co nijak się ma do historii, którą opisuje. Poza tym, że przypisy redaguje tak, że czytelnik odbiera jako próbę wywyższania się na nim. Tutaj przykład takowego przypisu (najpierw fragment rozdziału, którego przypis się tyczy):

 

„Moc trwania – przetrwania – silniejsza jest od wojen planowanych przez rządzących, a i tych, co ich pokornie słuchają*.

 

*Pozwalam tu sobie na dygresję odnoszącą się i do czasów współczesnych, zależało mi bowiem na podkreśleniu bezmyślności decydentów.”.

 

Serio? Jakby to konkretne zdanie z rozdziału nie mówiło wystarczająco samo za siebie. Czytając co chwilę przypisy w podobnym stylu czułam, że autor ma czytelnika za jakiegoś imbecyla. Zresztą już we wstępie tego nie kryje: „Powiedzmy sobie szczerze: niewielu europejskich śmiertelników wie, cóż się wydarzyło pięćdziesiąt lat temu, ba... młodsze pokolenie zapewne nie sięga dalej pamięcią niż do mijających lat dwudziestu. Tysiące dziennie konsumowanych obrazów, przelatujących przed oczyma jak kule karabinu maszynowego, przekazywanych stale przez stacje telewizyjne, komputery, smartfony, ipody, komórki, facebooki, youtube'y, zapisują się w naszej pamięci szczątkowo i nietrwale. A któżby sięgał po książkę! Nieporęczna, droga, siedlisko kurzu, niemodna, no i rzecz pryncypialna – wymagająca wysiłku myślowego.”. Otóż drogi panie Jagielski: primo – zaprezentował Pan typowe zrzędzenie starszego człowieka na to, że czasy się zmieniają i technologia postępuje do przodu, w czym nie ma niczego złego; secundo – uznał Pan, że młodsze pokolenie to banda idiotów, a tak nie jest; tertio – we wstępie takie słowa już nastawiły mnie do Pana twórczości niezbyt przychylnie, ale stwierdziłam, że się wstrzymam z ferowaniem wyroków do momentu kiedy zapoznam się z całą Pańską książką. Jakże Pan więc wypadł? Niestety słabo. Niestety – ponieważ miał Pan wszystkie składniki potrzebne do napisania dobrej powieści historycznej, a wyszła mdła opowiastka o dobrym, mądrym, szlachetnym, wspaniałym et cetera, et cetera rodzie książęcym, gdzie główny prym wiodło życie uczuciowe członków tego rodu, z pominięciem jakiegokolwiek rysu psychologicznego opisywanych postaci, zamiast walki o niepodległość Węgier. Ciężko nie odnieść wrażenia, że potomkowie rodu Strack-Erös zamówili u Pana tę powieść i jeszcze do tego ją ocenzurowali, żeby broń Boże nie napisał Pan czegoś, co uznane by zostało za godzenie w wizerunek rodziny.

 

Dodatkowym niesmakiem napełniło mnie Pańskie wyznanie swoich poglądów politycznych (a już szczególnie w posłowiu). Dlaczego? Nie dlatego, że nie popieram Pańskich poglądów (wbrew pozorom sporo nas łączy, bo mi też nie po drodze z obecną władzą) – ma Pan zresztą prawo do nich i szanuję to. Uważam jednak za zbędne, kompletnie nic nie wnoszące do tematu i niesmaczne, żeby tak bardzo na siłę je wciskać w powieść, która nie dotyczy w ogóle obecnych czasów i do tego w takiej formie, w jakiej Pan to zrobił.

 

Reasumując: to mogła być nawet bardzo dobra powieść historyczna, niestety autor postanowił sabotować sam siebie. Rozczarowanie.

Morrigan

W Europie rok 1848 nie należał do spokojnych, wtedy to bowiem rozpoczęła się tzw. Wiosna Ludów - seria narodowych powstań, których uczestnicy walczyli o niepodległość. Rewolucyjny nastrój ogarnął niemal cały kontynent, ludowy zryw w jednym państwie był inspiracją dla zbrojnych wystąpień w kolejnych krajach, cudze sukcesy dawały nadzieję. Nic dziwnego, że również Węgrzy postanowili skorzystać z okazji, by upomnieć się o prawa swojego narodu i wystąpili przeciwko Cesarstwu Austriackiemu, pod którego władzą wówczas się znajdowali. O tej części węgierskiej historii opowiada nowa książka autorstwa Krzysztofa Jagielskiego.

 

Głównymi bohaterami Węgierskiej wiosny są członkowie książecej rodziny Strack-Eroes z Siedmiogrodu. Dzielni mężczyźni i nie ustępujące im odwagą kobiety - piękne, subtelne, a przy tym silne niczym niedźwiedzie. To ludzie, którzy potrafią stawić czoła wszelkim przeciwnościom. A czasy są trudne. Wołosi, czyli inaczej Rumuni zamieszkujący Siedmiogród pragną uniezależnienia się od Madziarów, czyli Węgrów. Wspierają ich w tym Austriacy, którym zależy na skłóceniu poddanych Cesarstwu narodów. Droga do węgierskiej niepodległości wygląda na długą i bardzo niebezpieczną, ale przedstawiciele wybitnego, słynącego z waleczności rodu nie wahają się podjąć wyzwania.

 

Temat książki jest ciekawy, rzadko eksploatowany, ale sam tekst nieco rozczarowuje. Irytujący jest chociażby język powieści. Autor nie trzyma się jednego stylu, zarówno jeśli chodzi o opisy, jak i wypowiedzi bohaterów, przez co raz czytamy zdania brzmiące zupełnie współcześnie, a innym razem te w stylu mistrza Yody, z orzeczeniem na końcu, jak choćby: Zwycięzca strzelbę odbierze czy: Nie zapominano też o tradycjach i obyczajach, które przez wieki i pokolenia przekazywane i obchodzone były. Warto zauważyć, że w wielu miejscach brakuje przecinków, w innych jest ich zbyt wiele. Za przykład problemów z interpunkcją niech posłuży fragment, w którym Józef Bem mówi: Dzieci nie trzeba, nie trzeba. W ten sposób generał broni się przed względami okazywanymi mu przez żołnierzy, ale brak przecinka czyni z niego antynatalistę. W tekście znaleźć można błędy stylistyczne jak delektował woń kawy, natrafiłam też na błąd ortograficzny - słowo zwarzywszy, użyte w sytuacji, która nie miała nic wspólnego ze źle przygotowanym majonezem. Zdarzają się fragmenty trudne do zrozumienia, jak na przykład ten na stronie osiemdziesiątej. O kurtyzanach nie zawsze pięknie się mówi, ale taką, wypełniającą patriotyczne obowiązki, nawet za pieniądze, jak należy osądzać? Zapewne zwycięzcy wawrzynem, przegrani zaś, szukając u niej pocieszenia. Co autor miał na myśli?

 

Na osobny akapit zasługują sceny erotyczne, których na szczęście nie jest zbyt wiele. Seks to niełatwy wątek dla wielu pisarzy, w końcu nie bez powodu w 1993 r. ustanowiono antynagrodę o nazwie Bed Sex in Fiction Award, przyznawaną za najgorszy opis łóżkowych poczynań powieściowych bohaterów, a wśród nominowanych do tego niezbyt chlubnego wyróżnienia znaleźli się także wybitni literaci jak choćby Michael Cunningham czy Haruki Murakami. Krzysztof Jagielski nie popełnił wprawdzie tych samych błędów co jego zagraniczni koledzy po fachu - nie napisał o ustach ziołowych w sensie zielonej gwałtowności ani nie porównał włosów łonowych do tropikalnego lasu, sprawił jednak, że rozmowy prowadzone w alkowie przez kochanków są niemal zabawne. Czy taka była jego intencja? Jedna z bohaterek mówi na przykład: Goju mój słodziutki, rozdziej się przed swoją Żydóweczką, dobrze wychowaną dziwką. Inna kobieta zwraca się do swojego małżonka: Dopadnij mnie ogierze, przez co brzmi niczym Marcy ze "Świata według Bundych". Podobne wypowiedzi płyną z ust męskich postaci, jedna z nich zapowiada: Kawalerzystą jestem, przypnę ostrogi i pogalopuję na tobie, moja ty smukła, narowista kobyłko. Odpowiedzi udzielonej przez "kobyłkę" nawet nie warto cytować. Nie wiem, dlaczego autor po prostu nie przemilczał tego, co działo się w łóżkach bohaterów. W starych powieściach, a Węgierska wiosna zdaje się stylizowana na właśnie taką, często pomijane są przecież opisy intymnych momentów, a fabuła wcale na tym nie cierpi.

 

Chyba pierwszy raz widzę książkę, która na tylnej okładce ma jedynie kod kreskowy i cenę. Nie znajdziemy tu ani słowa o treści książki czy jej autorze. Moim zdaniem to nieco ryzykowne posunięcie. A skoro już jesteśmy przy ryzykownych posunięciach...

 

Nie mam nic przeciwko pisarkom i pisarzom, którzy posiadają i wyrażają swoje poglądy. Nic nie stoi na przeszkodzie, by przedstawiali swój stosunek do rzeczywistości poprzez własne książki. Problem zaczyna się wtedy, gdy bardziej dbają o ukazanie swojego stanowiska niż o wiarygodność tekstu albo gdy, tak jak to zrobił autor Węgierskiej wiosny, wygłaszają manifest mający niewiele wspólnego z treścią utworu, do którego jest przyczepiony. W dodatku do treści książki Krzysztof Jagielski informuje nas o swoich politycznych sympatiach i przestawia swój życiorys, podkreślając te jego fragmenty, które w jego ocenie mogłyby nie spodobać się obecnej władzy. Trudno znaleźć powiązanie między informacjami udzielanymi przez autora i tematyką powieści. Myślę, że pisarz zrobiłby lepiej umieszczając większość swojego posłowia na blogu albo na Facebooku. Jego książka na pewno by na tym nie straciła.

Sonrisa

Węgry, kraj niezbyt daleki, do którego często jeżdżono na wakacje w czasach socjalizmu. Później, jako destynacja wakacyjnych wyjazdów, kraj ten został nieco zapomniany, by dziś znowu budzić zainteresowanie Polaków. Wszak nawet stare przysłowia mówią o braterskiej miłości Polaków i Węgrów. Ale przecież nie tylko w powiedzeniach jest związek naszego kraju z krajem Węgrów. Ileż to razy polskie i węgierskie ścieżki historii krzyżowały się ze sobą? A przecież przeciętny Polak tak mało wie o Węgrzech, o ich historii, kulturze, tradycjach. Trochę szkoda, bo Węgry to piękny i niezwykle interesujący kraj. Nic więc dziwnego, że Krzysztof Jagielski, autor książki „Węgierska wiosna” to właśnie historii tego państwa poświęcił swoją powieść.

 

Autor, jak sam podkreśla, od lat zafascynowany Węgrami, postanowił zabrać czytelnika w interesującą podróż zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. Jak sam podkreśla „Węgierska wiosna” nie jest książką historyczną. Nie możemy uczynić z niej podstawowego źródła naszej wiedzy o historii Węgier, a zwłaszcza Siedmiogrodu, bo to w tej części kraju toczy się akcja, to tego regiony dotyczą opisane w książce wydarzenia. Autor we wstępie uczula jednak czytelnika, by miał świadomość, że opowieść, którą snuje, jest wynikiem pracy jego wyobraźni, to fantazja, która z powodu fascynacji historią Węgier przybrała taki, a nie inny kształt.

 

Powieść „Węgierska wiosna” stanowi drugi tom cyklu stworzonego przez Krzysztofa Jagielskiego a opowiadającego o rodzie Strack-Eros. Opowiadane przez siebie wydarzenia autor umieszcza w latach 1848-1849, w czasach, gdy całą Europą wstrząsały niepokoje związane z tak zwaną Wiosną Ludów. Wydarzenia te nie ominęły też Węgier, ówcześnie stanowiących część Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Zresztą to właśnie węgierska rewolucja, walka o wolność, którą wspiera książę Andras, stojący na czele rodu, którego historię opisuje w swoich powieściach Jagielski, staje się jakby głównym tematem „Węgierskiej wiosny”. Wydarzenia historyczne, choć nierozerwalnie związane z historią samego rodu, stanowią jednak tło do wydarzeń z życia rodziny. Bo to opisywana rodzina jest tutaj głównym bohaterem. Z premedytacją używam słowa „rodzina”, a nie imion poszczególnych bohaterów, ponieważ czytając ma się wrażenie, że w zamyśle autora to właśnie ów ród ma być głównym protagonistą. Myślę, że powieść trochę na tym traci, że bardziej porywająca byłaby historia konkretnych ludzi przedstawiona na tle wydarzeń historycznych i historii rodu. Dzięki temu być może postaci przedstawione w książce zyskałyby jakiś głębszy rys, charakter. Tymczasem bohaterowie wydają się być jednowymiarowi, niezbyt porywający i przez to również nieprzekonujący. Jakby nie na ich przedstawieniu autorowi zależało najbardziej.
To oczywiście sprawia, że książka choć ciekawa, nie porywa. Fabuła nie wciąga tak bardzo, jak fabuła wielkich powieści historycznych. Mimo to „Węgierska wiosna” może zainteresować czytelnika choćby faktem, iż opowiada właśnie o Węgrzech. Kraju, którego historia jest fascynująca, a przecież tak mało tu, wśród Polaków, znana.

 

Nie jest to jednak książka idealna. Obok powodów, które wymieniłam już wcześniej, a które każą mi wygłosić na temat tej powieści taką opinię, jest jeszcze jeden. Podczas lektury miałam nieodparte wrażenie, iż autor koniecznie chce przedstawić swoje polityczne poglądy. I znów – nie byłoby w tym nic złego, gdyby Krzysztof Jagielski posługiwał się tutaj jedynie treścią główną książki. Wszak czyż nie jest celem literatury poruszać czytelnika, zmuszać go do zastanowienia się nad problemami współczesnymi nawet, gdy mamy do czynienia z powieścią historyczną? Czyż nie do takich zabiegów uciekali się autorzy najważniejszych polskich powieści historycznych? Autor „Węgierskiej wiosny” postanowił jednak swoje poglądy polityczne przekazać bardziej wprost: w przypisach, w posłowiu. O ile w przypadku posłowia może to być uzasadnione, wszak ten fragment powieści służy także wyjaśnieniu motywacji, jakie zmusiły autora do napisania danego utworu, o tyle przypisy, moim zdaniem, po prostu były zbędne.
Niemniej książkę polecam. Zwłaszcza osobom, które lubią czytać książki historyczne. Być może „Węgierska wiosna” nie jest arcydziełem literackim, ale myślę, że jest dowodem na to, iż autor ma duży potencjał, ogromną wiedzę historyczną i ciekawe pomysły. Oby tak dalej!

Pani M

„Węgierska wiosna” opowiada o Węgrzech w Siedmiogrodzie, w latach 1848–49. To kontynuacja losów rodziny książęcej Strack-Eroes z powieści „Saga Siedmiogrodzka”. Jak czytamy na okładce „O wywodzącego się z Bawarii Sebastiana von Altenmarkt, zwanego później Strack-Erös, zatroszczyli się król Stefan I i królowa Gisela, czyniąc go rycerzem, nadając mu tytuł książęcy i ziemie w Erdelew – Ziemi za Lasami, dzisiejszym Siedmiogrodzie lub bliżej Erdely. Koligacje jego synów i córek z innymi wielkimi rodami (sąsiadami) zamieszkującymi tę ziemię uczyniło z niego najpotężniejszego arystokratę i bogacza na Węgrzech. Można uwierzyć dzisiejszym potomkom, którzy pielęgnują przekaz pokoleniowy, że Sebastian był nieprzeciętnym mocarzem (…). Opowiadają, że Sebastian był, jak na owe czasy, sprawiedliwym, uczulonym na krzywdę ludzką panem i władcą dusz jego ziemie zamieszkujących. Gdy postępowi politycy na Węgrzech na przełomie dziewiętnastego wieku optowali za zniesieniem pańszczyzny, na ziemiach Sebastiana i jego potomków panowała od niepamiętnych czasów gospodarka czynszowa”.

 

Od razu przyznaję się, że nie czytałam poprzedniego tomu tego cyklu, ale trochę na jego temat poczytałam, więc nie jestem całkiem zielona w tym temacie. Na szczęście nie trzeba znać poprzedniego tomu, by sięgnąć po ten. Wydarzenia niespecjalnie się ze sobą łączą. Jakie są moje wrażenia po lekturze „Węgierskiej wiosny”? Niezbyt dobre, ale po kolei.

 

Historia Węgier to dla mnie ciemna magia. Mam niby jakieś przebłyski, gdzieś mi dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele, więc wszystko to, o czym pisał autor, było dla mnie nowością. Nigdy wcześniej nie czytałam o tych wydarzeniach, więc to akurat zaliczam na plus. Nie można też narzekać na nudę. Dzieje się całkiem sporo (wojna, śluby, narodziny kolejnych dzieci), ale tu już zaczynają się schody.
Autor posługuje się prostym językiem, więc nie musicie obawiać się tego, że nie zrozumiecie, co ma na myśli. Ale zabrakło kilku rzeczy. Nie byłam zaangażowana w opowiadaną przez niego historię. Czułam się trochę tak, jakbym czytała kronikę, a nie powieść. Poza tym bohaterowie… Już pominę fakt, że działają trochę na autopilocie, nie mieli jakiś wielkich rozterek, bo to akurat był z nimi najmniejszy problem. Co najbardziej zgrzytało? Matko, oni byli jak Bolesław Krzywousty u Galla Anonima. Tak idealni, że aż mi się głupio robiło, gdy o nich czytałam. Bo oni są taki super, a ja ideałem nie jestem. Tylko przez to oni tracili na wiarygodności. W trakcie lektury zastanawiałam się, co takiego autor próbuje zatuszować, opowiadając ich historię. Zachowywał się naprawdę jak średniowieczny kronikarz, który boi się tego, że jeśli coś źle napisze, to marny będzie jego los. To mi przeszkadzało w lekturze.

 

Pomysł na książkę sam w sobie nie był zły. Moim zdaniem niewiele wiemy o historii o Węgier, a jest na tyle ciekawa, że warto się z nią zapoznać. Na naszym rynku wydawniczym nie ma zbyt wiele książek o niej. O ile sporo wiemy o Anglii czy Hiszpanii, o tyle Węgry nadal pozostają tajemnicą. Szkoda tylko, że Krzysztof Jagielski postanowił pobawić się w średniowiecznego kronikarza, który mówi tylko o tym, co dobre, nie przedstawiając historii z kilku stron. To byłoby zdecydowanie ciekawsze i nie sprawiałoby, że czytelnik w trakcie lektury zaczyna się zastanawiać, gdzie znajdują się przekłamania.

Rene

Dzieje książęcej rodziny, tragiczna historia Węgier, miłość, wojna i walka o wolność- tak pokrótce scharakteryzować można powieść „Węgierska wiosna” („ Magyar Tavasz”) Krzysztofa Jagielskiego wydaną przez Warszawską Firmę Wydawniczą SC, 2016.

 

Akcja powieści rozpoczyna się w roku 1848 na terenach Wielkiego Księstwa Siedmiogrodzkiego. Współcześnie ten kraj to Republika Węgier. Czasy, które stanowią trzon powieści nie były dla Węgrów łaskawe. Panowanie cesarza austriackiego, wielorakość grup etnicznych zamieszkujących Siedmiogród i jego okolice , to wszystko stanowiło istną puszkę Pandory. Nastroje rewolucyjne i wolnościowe powoli narastały. Tło historyczne to jedno, bohaterowie to rzecz inna. Bohaterami zaś „Węgierskiej wiosny” jest rodzina Strack-Eros. W tym miejscu muszę zaznaczyć, iż nie jestem w stanie stosować węgierskich znaków, tak więc dokonuję zapisu nazwisk, imion i nazw miejscowości bez akcentowania charakterystycznego dla tego języka. Książę Andras Strack-Eros, jego córki i synowie wiodą dostanie i szczęśliwe życie pośród pięknych i bujnych lasów. Jego córki Orsolya i Sarolta to piękne młode damy, które urzekają zarówno swą urodą jak i dobrocią serca. Rodzina Strack-Eros zdecydowania wyróżnia się na tle możnych i hrabiostwa tego okresu. Są otwarci, dobrze traktują podległych im ludzi i szanują wartości rodzinne i patriotyczne. Wiodą dostatnie i spokojne życie. Młode panny spędzają czas polując lub jeżdżąc konno. Jednak czas swobody niebawem się zakończy. Z całego kraju dobiegają wieści o bandach Wołochów napadających, mordujących i gwałcących ludność. A wszystko to pod płaszczykiem obiecanej im wolności. Nadchodzi trudny czas, a książę Andras decyduje się na odważny i jedyny słuszny według jego moralności krok- opowiedzenie się w wojnie po stronie Węgier, a więc wystąpienie przeciwko Austrii. Dopóki wojna rozbrzmiewa gdzieś hen w oddali, dopóty w siedzibie rodowej trwa normalne życie. Święto winobrania, goście, wspaniałe bale i zaręczyny książęcych potomków- to ostanie echa szczęścia tej rodziny. Wojna jest coraz bliżej. Wojna, która przeraża swą brutalnością. Oddziały Wołochów uzbrojonych w kosy i widły , liczebnej ciżby, która nie zna litości. Dla rodziny Strack-Eros nadchodzi najtrudniejszy czas. Przystąpienie do działań wojennych, urządzenie szpitala polowego, rozstanie z synami wyruszającymi do walki, a dla Sarolty i Orsolyi rozstanie ze świeżo zaprzysiężonymi narzeczonymi. Powoli, wraz z każdym mijającym dniem do dworu docierają coraz straszniejsze wieści. Wojna nie jest już dalekim widmem, stała się namacalną rzeczywistością. Jak potoczą się losy bohaterów? Czy dane będzie im wyjść cało z wojennej zawieruchy? Czy okrutny los, który spotka tę krainę odmieni ich człowieczeństwo?

 

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak duży materiał zgromadził autor, by tak barwnie i przekonująco odmalować epokę. Każdy szczegół jest dopracowany. Wszystko tu współgra : obraz, język, malownicze pejzaże, historia i postacie. Jagielski posługuje się plastycznym językiem stylizowanym na język epoki i wychodzi mu to naprawdę wyśmienicie. Powieść, choć nie jest lekka w swej wymowie, czyta się bardzo dobrze. Opisy są interesujące, nie nudzą. Bohaterowie odmalowani w sposób bardzo realistyczny i widać jest, iż dużo pracy włożone zostało w taką konstrukcję, która intryguje i mimo , iż opowiada o bardzo odległych wydarzeniach, to nie jest nudnym i przegadanym dziełem. Bardzo podoba mi się taka konwencja. Fabuła jest dopracowana i skonstruowana bardzo ciekawie. Czyta się „Węgierską wiosnę” niczym powieść przygodową. Akcja, wojenne losy i relacje między bohaterami składają się na fascynującą sagę. Mowa tu o prawdziwej rodzinie, prawdziwych miejscach i zdarzeniach, które mimo że tak odległe, to sporo mówią nam również o współczesnej historii.

 

„Węgierska wiosna” to także opowieść o miłości, bohaterstwie, wierze i poszukiwaniu wolności. O wartościach, które motywowały, które nadawały życiu sens. Losy ludzkie na tle strasznego młyna historii, który miele bezlitośnie i tych dużych i małych. Bardzo piękna opowieść i pouczająca. To jedna z tych powieści, które swą aurą i urodą języka uwiodą każdego, kto ceni niebanalne historie i oparte na autentycznych zdarzeniach. Nie trzeba być zdeklarowanym pasjonatem historii, by się w tej powieści zakochać. Utonąć w opisach i losach bohaterów. Mogę tę książkę polecić wszystkim tym, którzy cenią literaturę oryginalną, ciekawą i skłaniającą do myślenia. Również tym, którzy chcą, bez encyklopedycznych faktów, żywo i pasjonująco poznać historię Węgier i ówczesnej Europy. Chwilami niepokojąca, straszna, wszak o niełatwych sprawach tu mowa, powieść pełna pasji i zaangażowania. Dopracowana, dopieszczona , zachwycająca. Urzeka stylem, autentycznością i niesamowicie realistycznie oddanym dziejom siedmiogrodzkich ziem. „ Węgierska wiosna” będzie miłą odmianą dla tych, którzy są literackimi poszukiwaczami, którzy cenią i piękno słowa jak i wartką akcję. Szczerze polecam osobom nie znających omawianych wydarzeń, gdyż to będzie bez wątpienia piękna i pouczająca lekcja historii. Dla czytelników, którzy nie boją się wyzwań i , którzy lubią delektować się pięknem literatury. Nasycona emocjami, plastyczna, przejmująca. Książka, która zapada głęboko w pamięć i pozostawia po sobie ślad. Myślę, że to również taka powieść do której warto będzie w przyszłości wrócić. Oryginalna i nietuzinkowa. Mnie osobiście po prostu zachwyciła i czytałam ją z ogromnym napięciem, co będzie dalej, jak zakończą się te wydarzenia. Polecam.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!