Królestwo Gore

Autor: Łukasz Radecki

Okładka wydania

Królestwo Gore


Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 2 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 2 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 2 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Wybierz opinię:

Michał Lipka

HORROR EKSTREMALNY

 

Gore to taka odmiana horroru, która wcale nie ma na celu straszyć. Pobrzękujące łańcuchami duchy, które snują się nocą po gotyckich willach czy zamczyskach, cienie czające się między drzewami, dziwne zjawiska… Kogo to interesuje, kiedy prawdziwy koszmar czeka tuż za rogiem i może dopaść każdego z nas? Radecki doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co naprawdę przeraża, a „Królestwem Gore” udowadnia jak znakomitym jest pisarzem.

 

Krew. Morderstwa. Wyprute wnętrzności. Robactwo. Okaleczenia. Okrucieństwo. Seks. W brzuchu dziewczyny kłębią się robaki, upośledzony, zdeformowany chłopiec, którego do takiego stanu doprowadził własny ojciec, trafia w ręce zwyrodniałych kolegów, dziewczyna zostaje na ulicy zaatakowana przez chłopaka kluczem francuskim, a dwójka nastolatków wpada w obsesję podglądania sąsiadki. Wszystko zaczyna się niepozornie, powoli jednak dąży do nieuchronnej katastrofy. A właściwie rzezi, masakry… Bo to horror ekstremalny, najkrwawsza, ale też i najbardziej nam bliska jego odmiana, która porusza tak bardzo, bo może zdarzyć się każdemu z nas…

 

Gore uwielbiam, bo przemawia do mnie o wiele bardziej, niż opowieści o duchach, wampirach, wilkołakach i całej reszcie. W końcu ich w prawdziwym życiu nie można spotkać, a mordercę, szaleńca czy zwyrodniałego gwałciciela już tak. I to wywołuje lęk, niepokój… przeraża. Rzadko jednak można spotkać dobrą literaturę z tego gatunku, tymczasem Radecki stworzył opowiadania, które nie tylko dostarczają mocnej rozrywki, ale też i są dobrze poprowadzone od strony obyczajowej. Ta zresztą dominuje, zanim koszmar nie wkroczy w spokojną, jakże swojską codzienność, jednym cięciem noża czy ciosem siekiery odmieniając wszystko. Niepokój został zasiany, odwrotu już nie ma, a zło nie zawsze zostaje ukarane.

 

Poza tym Radecki znakomicie oddaje rodzime realia, małomiasteczkową mentalność i łączy to wszystko z elementami wspólnymi dla nas. Treść jego opowieści kojarzyła mi się nieodzownie z krótkimi tekstami Edwarda Lee, ale jest o wiele od nich lepsza i na wyższym literackim poziomie. „Królestwo Gore” jest krwawe, jest brutalne, jest brudne, a bestialstwo często dla nas niepojęte, ale jest w nim też sentyment, coś z dziecięcej przygody będącej podróżą ku dorosłości (choć w tym wypadku akurat chorej) i realia znane nam z krajobrazu widzianego za oknem czy pamiętanego z młodych lat. A że autor pisze w sposób lekki, przyjemny w odbiorze, nieco zawadiacki i często potoczny, czyta się to naprawdę znakomicie. Wiadomo, nie jest to lektura dla wszystkich, ale miłośnicy mocnych historii będą usatysfakcjonowani.

Dariusz S. Jasiński

Kilkanaście lat temu, w meczu kończącym piłkarski sezon ligowy, gdy mój zespół walczył o szóstą lokatę w tabeli, przy stanie 3-0 dla nas, jak to bramkarz, rzuciłem się pod nogi napastnika chcąc maksymalnie wyciągniętą ręką zdjąć mu piłkę z nogi. Udało się to, ale przeciwnik mimo wszystko zrobił zamach i trafił mnie prosto w sztywno wyprostowane palce. Nawet mocno nie zabolało, jednak o dziwo po tym zderzeniu nie mogłem zacisnąć dłoni w pięść. Gdy zdjąłem rękawicę okazało się, że trzy środkowe palce są powystawiane ze wszystkich stawów i paliczki nachodzą jeden na drugi. Już wiedziałem, dlaczego nie mogłem ich zginać. W jednym palcu skóra nie wytrzymała i pękła, z dziury wystawała jakaś czerwona tkanka, a krew się lała, spływając mi aż do łokcia. Nigdy szybko się nie poddawałem, więc podbiegłem do kolegi i poprosiłem, żeby mi pociągnął palce i wstawił całość na swoje miejsce. Ale ani on, ani nikt inny nie chciał tego zrobić. Musiałem zadziałać samemu. Tym razem zabolało i to mocno. Ręka wyglądała znów normalnie, choć nadal ciężką było mi ją zacisnąć w pięść. To, co wystawało z dziury w skórze upchnąłem do środka, ale krew nie chciała przestać płynąć i nie miałem jej jak zatamować. Sędzia musiał kazać mi zejść z boiska i rozczarowany oglądałem resztę spotkania z ławki rezerwowych. Mecz wygraliśmy 5-3, a ja kilka miesięcy doprowadzałem rękę do stanu używalności. Gdy tylko działała w miarę sprawnie wróciłem na boisko i przy pierwszej okazji znów rzuciłem się w gąszcz nóg. Zgodnie z zasadą, że jak najszybciej trzeba przełamać lęk. Jeśli bym tego nie zrobił, mógłbym od razu zawiesić rękawice na wieszaku, a buty na kołku, bo nie mógłbym być dalej bramkarzem. A jeszcze nie jeden raz później na boisku trzaskały mi stawy (o dziwo nigdy kości – jak się okazuje mam je o jakieś 50% grubsze niż przeciętny człowiek), a krew lała się znacznie obficiej niż przy opisanym urazie. Kiedyś nawet prawie oko mi wypłynęło. Jak powiedział lekarz – niewiele brakowało…

 

Opowiedziałem powyższą historię zupełnie nieprzypadkowo i to z dwóch powodów.

 

Po pierwsze niedawno przeżyłem poważne rozczarowanie horrorem Magdaleny Kałużyńskiej i stosując zasadę, że od razu trzeba podjąć kolejną próbę, żeby uraz nie został na stałe – sięgnąłem po zbiór opowiadań Łukasza Radeckiego, który w 2012 roku znalazł się obok wspomnianej autorki w antologii horroru „13 ran”. Liczyłem, że on przywróci mi szybko wiarę w polskich autorów gatunku, który mnie jako pisarzowi wydaje się najtrudniejszym z wszystkich, do których się zabierałem.

 

Po drugie, jeśli opisywana historia choćby w najmniejszym stopniu wydawała się Wam nieprzyjemna, to od razu doradzę, byście po „Królestwo gore” nigdy nie sięgali, bo to zupełnie nie dla Was…

 

O autorze, Łukaszu Radeckim mogę napisać tylko, że jest autorem (lub współautorem) 10 powieści, a pojawiał się też w około 20 antologiach, w tym w „Dziedzictwie Manitou” poświęconemu jednemu z najlepszych twórców horroru (według mnie) – Grahamowi Mastertonowi, który oczywiście mam w swoich zbiorach. To właśnie tam pierwszy raz spotkałem się z prozą autora i wyniosłem z lektury całkiem niezłe wrażenie.

 

Gore, to z kolei gatunek horroru, w którym pełno jest krwi, wnętrzności, przemocy i to brutalnej. Nie każdy jest w stanie to przetrawić, a Radecki w przedmowie zapowiedział, że niczego z wymienionych w jego zbiorze nie zabraknie.

 

W książce znajdziemy 14 opowiadań. I chciałbym móc powiedzieć, że czytało się je z przyjemnością, ale wówczas musiałbym wyjść na jakiegoś dewianta. No dobrze, trudno… Praktycznie przy wszystkich, bo aż trzynastu pierwszych opowiadaniach bawiłem się świetnie. Przemoc mieszała się tu ze zgrozą, było sporo miłości, nie zawsze czystej, szczypta erotyki, masa realizmu, tortury, krew, wnętrzności, a nawet kawałek fantasy!

 

Łukasz Radecki narobił mi smaku i w trakcie czytania zaczęło mi się rysować własne opowiadanie, o Skalpelu, drugoplanowym bohaterze jednego z moich ostatnich opowiadań. Zawsze chciałem pociągnąć temat tamtego uniwersum, ale Radecki wskazał mi właściwy kierunek.

 

Całe „Królestwo gore” jest świetne. Przeczytałem je w dwa dni, a trwało to tak długo, bo pierwszego udało mi się znaleźć czas tylko dla dwóch opowiadań. Radecki ma świetny styl, wciągająco prowadzi narrację, niewiele zostawia wyobraźni czytelnikowi, ale to, co pozwala samemu sobie dopowiedzieć domyka każdy tekst na wysokim poziomie emocji i czasem oczekiwanego obrzydzenia.

 

Najbardziej zaskoczył mnie tekst osadzony w świecie fantasy, gdzie bohaterami są między innymi elfka, krasnolud i troll. I choć był to chyba literacko najsłabszy z tekstów, to sama konwencja była bardzo zabawna.

 

Już pierwsze opowiadanie – „Robaczywek” daje przedsmak tego, co będzie się działo na kolejnych stronach. Polubiłem je najbardziej, bo potem choć nie było wtórnie, to już przyzwyczaiłem się do stylu autora i klimatu jego opowieści. A „Robaczywek” wywołał u mnie lekki szok i musiałem przestawić się na odbiór tekstów, w których nic nie będzie się kończyć dobrze, a brutalność i skrajna przemoc wcale nie musi zostać ukarana…

 

Uwielbiam opowiadania, choćby dlatego, że jak dotychczas drukiem publikowałem tylko taką formę literacką. Czuję się w niej nieźle i jestem w stanie docenić klasę innego autora pokrewnego gatunku. Radecki jest świetny. Doskonale zaczyna – wciągając czytelnika, jeszcze lepiej prowadzi przez całą treść, zawsze kończy nieźle, a niekiedy znakomicie. Chylę więc czoła, bo każdy opublikowany w zbiorze tekst to kawał świetnej roboty.

 

Pisałem wcześniej, że dobrze (na ile gatunek na to pozwalał) bawiłem się przy pierwszych trzynastu opowiadaniach. Czternaste było inne niż wszystkie poprzednie.

 

Przemoc mieszała się tu ze zgrozą, była szczypta brutalnego seksu, masa realizmu, tortury, krew, wnętrzności!... I jeśli macie wrażenie, że tak pisałem i o wcześniejszych kawałkach – macie rację. Różniły się tylko jednym elementem, który jednak sprawił, że o „Fundacji Hackenholta” nie mogę pisać, w podobny sposób. Tu nie bawiłem się dobrze ani przez chwilę. Jeśli w poprzednich opowiadaniach krwawe momenty trochę wręcz relaksowały – w „Fundacji…” naprawdę przyprawiały o zgrozę i czułem ścisk w żołądku. Po prostu 13 opowiadań to była fikcja literacka, świetnie ujęta, mroczna, brutalna i perwersyjna, pozwalająca nabrać wątpliwości co do zdrowia psychicznego autora (akurat uważam, że do napisania czegoś takiego potrzeba masy zdrowego rozsądku), ale nadal była to tylko fikcja. „Fundacja…” pokazuje zaś realizm. Coś, co działo się w naszym świecie, w sumie nadal nie tak dawno temu, bo niespełna 29 lat przed moimi narodzinami…

 

Jak napisał Radecki nic innego nie miało prawa zakończyć tego zbioru, bo po „Fundacji…” nic bardziej koszmarnego nie da się napisać. Przez ten tekst mam wrażenie, że długo nie będę w stanie siąść do czegokolwiek związanego z przemocą. Nawet nie byłbym w stanie zacząć pisać własnego opowiadania, bo zderzenie z potwornościami, jakie ludzie, całkiem niedawno, byli w stanie czynić przeraża i poraża. Piękne, wstrząsające i pozostawiające ból. Genialne.

 

Może jutro będzie lepiej…

 

Na pewno też Radecki znalazł się na liście autorów, których będę wypatrywał na półkach w księgarni. Bo pisać potrafi i robi to rewelacyjnie.

 

Autor postanowił na razie nie tworzyć nowych opowiadań, a skupić się na powieściach. Gdzieś w środku mnie jakiś zazdrośnik szepnął, że to dobrze, że będzie mniejsza konkurencja. Doprowadziłem się jednak do porządku i przeprosiłem w duchu Radeckiego. Jeśli mogę przeczytać trzynaście dobrych i bardzo dobrych tekstów, a na koniec otrzymać coś absolutnie genialnego w jednym zbiorze jednego autora, to deklaracja o zaprzestaniu tworzenia nowych krótkich form jest poważnym ciosem dla mnie, jako czytelnika. Pozostaje wierzyć, że Radecki złamie dane słowo i między dużymi projektami zaskoczy mnie jeszcze czym małym i (niekoniecznie) pięknym! Oby…

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!