Lebensborn Życie I Miłość W III Rzeszy

Autor: Jo Ann Bender

Okładka wydania

Lebensborn Życie I Miłość W III Rzeszy


Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 2 votes
Postacie: 100% - 2 votes
Styl: 100% - 2 votes
Klimat: 100% - 2 votes
Okładka: 100% - 2 votes
Polecam: 100% - 2 votes

Polecam:


Podziel się!

Wybierz opinię:

Paula

Lebensborn to jednostka wchodząca w skład struktury organizacyjnej SS. Powstała z inicjatywy Heinricha Himmlera w 1935 r. i oznaczała „Źródło Życia". Głównym zadaniem, dla realizacji którego powstawały ośrodki, było stworzenie odpowiednich warunków do hodowli „nordyckiej nadrasy". Prowadzono selekcję kobiet i mężczyzn, wybierając tych, których wygląd i zdrowie ewidentnie świadczyły o pożądanym zestawie genów. Oprócz tego, że zapłodnień dokonywali sami esesmani, pozyskiwano też „rasowo wartościową krew", porywając dzieci o odpowiedniej fizjonomii z innych krajów bądź odbierając je robotnicom przymusowym kierowanym do Rzeszy. Dzieci takie miały być później adoptowane i wychowywane przez porządne rodziny niemieckie.

 

Do takiego ośrodka trafia Antoinette Gauthier. Dziewczyna ma 17 lat, pochodzi z Francji. Jej ojciec pełni funkcję mera w małym miasteczku, gdzie wszyscy są sobie bliscy. W 1941 r. w Villepente pojawiają się Niemcy. Dowodzący nimi major na siedzibę dla siebie i najbardziej zaufanych żołnierzy wybiera właśnie dom Gauthiera. Hurst wcale nie ukrywa, że podoba mu się córka urzędnika. Ona sama do tej pory znała tylko miłość platoniczną do Jacquesa, członka ruchu oporu, do którego sama należy. Oboje wiedzą, że granicę fizycznej bliskości przekroczą po ślubie. Z tego też powodu zupełnie nie pojmuje tego, co się z nią dzieje w obecności oficera. Dobrze wie, że to wróg, a jednak rodzące się pożądanie domaga się zaspokojenia.

 

Mężczyzna, jak na dowódcę SS przystało, uważa się za biegłego w sztuce miłosnej. Antoinette pławi się w rozkoszy do czasu, aż okaże się, że jest w ciąży. Hurst się od niej odwraca i wysyła ją do Niemiec, do placówki Lebensbornu. Gdy dziecko się urodzi, ma trafić do jego rodziny, którą niedługo założy z narzeczoną Ellen.

 

Dziewczyna nie czuje się dobrze. Nie radzi sobie z tym, co zrobiła. Pobyt w ośrodku chce jednak wykorzystać do zdobycia informacji, które mogłyby się przydać w walce przeciw okupantowi. Upokarzające badanie na dzień dobry przejmuje ją strachem, a doktor i dyrektora napawają przerażeniem. Boi się, co będzie dalej, zaczyna więc snuć plany ucieczki.

 

Mam wrażenie, że ostatnio tylko się czepiam. I teraz też będę. Wybierając tę książkę, wydawało mi się, że ma ona potencjał. No cóż, pomyliłam się. Drażniące jest absolutnie wszystko: styl, główna bohaterka, rozwój akcji. Jej tempo jest nierównomierne. Antoinette kilka razy powtarza, „jak to się wszystko szybko dzieje" i tak właśnie jest na początku, by potem, gdy znajdzie się w Niemczech, zwolnić, znów przyspieszając na sam koniec. Rozwiązanie sytuacji dziewczyny to całkowita porażka (nie mam tu na myśli epilogu, tylko chwile przed) – wszystko „pięknie" się wyjaśnia w jednym, ostatnim zdaniu. Mało to wiarygodne, jak dla mnie. Wyglądało to tak, jakby Bender chciała jak najszybciej skończyć, nie zważając już wcale na sens.

 

Zdarza mi się to naprawdę rzadko, a już na pewno nie w przypadku powieści, ale przy lekturze czułam wręcz fizyczne obrzydzenie. Zazwyczaj potrafię sobie przetłumaczyć, że to przecież tylko książka, ale tym razem dopadły mnie wyjątkowo silne, negatywne uczucia. Scena erotyczna między Antoinette i Hurstem spowodowała, że zrobiło mi się niedobrze, i wcale nie dlatego, że jest jakaś żenująca czy perwersyjna, nie; w tym względzie autorka postawiła na naturalność i chwała jej za to, bo to chyba jedyne, co wyszło dobrze. Mam świadomość, że pewnie w rzeczywistości takie związki miały miejsce, ale ciężko było czytać o młodej dziewczynie, która godziła się na wszystko bez słowa sprzeciwu – a biorąc pod uwagę, że miała na majora wpływ, uważam, że mogła się na to zdobyć – całkowicie zapominając, z kim ma do czynienia. I niby już po akcie dociera do niej, czego się dopuściła, a jednak dalej do mężczyzny lgnie i sytuacja jeszcze wiele razy się powtarza. Nie przekonuje mnie zdanie Danielle, przyjaciółki Antoinette, która również oddała się Niemcowi, że trwa wojna i nie wiadomo, ile jeszcze życia przed nimi. Za mocno tkwi chyba w mojej głowie myśl, jak wyglądała okupacja w naszym kraju, dlatego tę część fabuły oceniam jednoznacznie. Z opisu na okładce spodziewałam się raczej, że dziewczyna zajdzie w ciążę w wyniku przemocy, ale nie, że sama będzie wyrażać na to ochotę.

 

Dalszy etap, związany z powyższym, jest dla mnie całkowicie nielogiczny. Major, jeszcze przed seksem z Antoinette, udowadnia jej, że ma świetny rodowód, a ona sama w pełni nadaje się na matkę idealnie aryjskiego dziecka, ku chwale Hitlera i tysiącletniej Rzeszy, która dzięki takim jak oni zapanuje nad światem. Opowiada, że członkowie Lebensbornu, czyli oficerowie SS, łożą na utrzymanie ośrodków dla rozwoju idei wodza. Wie, że sam musi mieć co najmniej czworo dzieci, a jeszcze lepiej sześcioro, więc adopcja jest dla niego czymś zwyczajnym, zwłaszcza jeśli chodziłoby o jego dziecko. Jego zaprezentowane przekonania nie pasują do tego, jak potraktował kochankę. Byłoby to zrozumiałe, gdyby wykorzystał ją w obliczu oporu z jej strony, ale skoro sama chciała, to w moim odczuciu jest to niekonsekwentne. Jeszcze jedna nielogiczność w zachowaniu majora ma miejsce, ale to już później, więc nie zdradzę.

 

Same przeżycia dziewczyny w ośrodku w Niemczech również napawają obrzydzeniem i utwierdzają w przekonaniu, że oni wszyscy tam w tej Rzeszy były totalnie porąbani. Szkoda, że autorka nie pokusiła się jednak o wyjaśnienie, czy opisana codzienność placówki jest wytworem jej wyobraźni, czy też faktycznie tak to wyglądało.

 

Jeśli więc zdobyć się na podsumowanie, to co my tu mamy? Bohaterowie pozbawieni wiarygodności, o słabo zarysowanej psychologii, która pozwalałaby na ich zrozumienie; niekonsekwencje w ich działaniu sprawiają wrażenie, jakby Bender pisała książkę na raty, zapominając o tym, co było wcześniej; drewniany styl, sprawdzający się jedynie w chełpliwym przechwalaniu się nazistów, bo ci strasznie irytują. Czy jest jakaś zaleta? Hm, krótkie rozdziały, dzięki czemu szybko się czyta? Nie wiem, czy można to zaliczyć na plus, skoro wszystko inne szwankuje na całej linii. Rzadko kiedy uciekam się do radykalnych stwierdzeń, bo może nie byłam odpowiednim odbiorcą dla jakiejś powieści, ale tym razem zdecydowanie odradzam. Szkoda czasu.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!