Doris
Edna O`Brien – irlandzka pisarka, poetka, autorka dramatów i scenariuszy filmowych, a także niepospolita kobieta, która przetarła ścieżki innym kobietom, nie tylko w Irlandii, pokazała odwagę wyrażania opinii w sprawie życia, płci, seksualności i obyczajowości w sposób swobodny i bezpruderyjny. Przechadzkę po własnym życiu rozpoczyna od dwóch dramatycznych snów, niosących przeczucie niepokojących, groźnych wydarzeń, przeszkód, którym niełatwo będzie stawić czoła, gdy staną na drodze niczym owi wyśnieni „żołnierze z włóczniami o czerwonych, rozżarzonych czubkach, jakby świeżo wyciągniętych z ognia”. To symbol tego, co ją czeka w życiu, samotnej walka z armią oburzonego, pruderyjnego, rygorystycznego społeczeństwa.
Ednę jednak niełatwo przestraszyć, czy zniechęcić do działania, które uważa za słuszne. Zapatrzona w Młodych Gniewnych, jak ochrzczono część brytyjskich twórców, m.in. Amisa Kingsleya, Philipa Arthura Larkina, w pełni zgadza się z ich sprzeciwem wobec jałowości mieszczańskiego, bezpiecznego stylu życia, lewicowo-liberalnymi ciągotami oraz marzeniem o żywym, postępowym pisarstwie. Pomyśleć, że Edna nie miała zamiaru pisać autobiografii! Na szczęście niekiedy zdarzało się jej zmieniać zdanie.
Każdy dom ma w sobie coś, szczegół, element, który zabieramy z sobą w dorosłe życie, jako swoisty, jedyny taki, ekslibris, znak łączności z dzieciństwem. Edna zapamiętała wiele, wiele też pięknie i emocjonalnie przeniosła na kartkę papieru, rzeczy dobrych i złych, na koniec podsumowała to wspomnieniem pewnego zachodu słońca – symbolu pożegnania:
„Ale tamtego sierpniowego wieczoru, gdy łagodne resztki słonecznego światła oblewały karmazynowe pnącza pełznące wzdłuż okna na piętrze, miejsce to miało w sobie – i będzie miało zawsze, choćby postawili tu hotel albo setkę parterowców – tę esencję, która nadaje mu święte i nieprzemijające miano Domu”.
Edna pisze lekko, nawet o trudnych kwestiach, silnych przeżyciach. Jako osoba nie kryjąca swoich poglądów, jak na irlandzką, silnie katolicką moralność, wielce kontrowersyjnych i bulwersujących, spotyka się z morzem niechęci i krytyki, często bezpardonowej. „Byłam głodna. Głodna jedzenia. Głodna życia. I historii do opisania(…)”. Ów głód, zapewne wzbudzony w jakiejś mierze jałowym, kontrolowanym na każdym kroku życiem domowym, a później tym w klasztornym internacie, pozostał już z Edną na zawsze. Tytułowa irlandzka dziewczyna posądzana jest o nieobyczajność, zdradę wartości chrześcijańskich i rodzimych, irlandzkich. Przejmujący opis dzieciństwa, jaki zamieszcza w biografii, odzwierciedla niewiele więcej ponad wszechobecny przymus, bigoterię i wielkie osamotnienie, jakie stało się jej udziałem także w kolejnych etapach życia; dom rodzinny, klasztor, małżeństwo i kolejne, chwilowe miłości… Mimo wszystko właśnie rodzinny dom i ogród oraz jego przyległości pozostają dla niej do końca symbolem przestrzeni najbliższej, oswojonej, z której wyrosła, która podarowała jej zawiązki wszystkiego, co później mogła świadomie rozwijać i kształtować. Aby ów proces mógł zaistnieć konieczna była co prawda ucieczka, jednak wszystkie inne miejsca okazują się ledwie chwilowymi przystankami na drodze poszukiwania siebie, punktami porównawczymi, w jakie się wślizguje, by po jakimś czasie bez żalu je opuścić. Zaś zielone łąki, złote pola, rozległe torfowiska, ruiny starego Drewsboro, do którego spalenia i jej ojciec przyłożył zapałkę, irlandzkie niebo, jakże często zasnute chmurami, za to nocą mrugające kpiarsko ognikami gwiazd, to jest fundament, z niego czerpie, na nim się wspiera. Wrażliwość na przyrodę, zżycie z jej rytmem, poddanie się mu – ślady tych wszystkich wzruszeń odnajdujemy w jej twórczości, po brzegi irlandzkiej, Irlandii pełnej.
Wiele w jej życiu dzieje się przypadkiem, pod wpływem emocji lub też z braku woli, przykładem może być choćby tak szybko zawarte, w nader awanturniczych okolicznościach, małżeństwo. Jedno jednak, co najmniej od ósmego roku życia, wie na pewno. Będzie pisała. Czytając „Portret artysty z czasów młodości” Joyce`a doznaje olśnienia:
„(…) zaczęłam rozumieć, jakie są świetne te krótkie, doskonałe dialogi, malownicze opisy topielców i wołów, i świń, i trzody, morza i nadmorskich głazów, i tych uniesień, kiedy wewnątrz światów ukazują się nowe światy”.
Zapiski Edny O`Brien są pełne otwartości. Jest szczera w życiu i w swojej twórczości, nie zakłada maski, nie żongluje też pochopnie słowami, u niej każde zdanie ma swoją wagę, Edna, podpisując się pod nim, bierze za nie odpowiedzialność. Może i jest czasami bezradna, zwłaszcza gdy stosuje się wobec niej bezpośrednią przemoc, wulgarnie obraża, gdy mąż próbuje odebrać jej dzieci. Tak, czuje wówczas niemoc, nawet przerażenie. I nie wstydzi się do tego przyznać. Jednak za wszelką cenę pragnie pozostać sobą, nikt nie narzuci jej własnej narracji. Może pogubić się w uczuciach do mężczyzny, ale nie w treści i wymowie swojej prozy. Pisze: „Muszę to przyznać, brakuje mi sprytu i umiejętności krycia się, tak przydatnych w typowym romansie. Bliżej mi do bieguna rosyjskiej pisarki Mariny Cwietajewej, dla której miłość była zarówno wehikułem, jak i czyśćcem”. Otrzymujemy portret kobiety, która nie waha się przeciwstawić irlandzkiej opinii publicznej, zarówno całym życiem, jak i śmiałym piórem. Odważnie poruszającej kwestie dotychczas przemilczane, niewygodne, wstydliwe, zdaniem wielu po prostu nieodpowiednie dla delikatnych kobiecych uszu. Co za bzdura! Jednocześnie widzimy przecież te właśnie subtelne, wrażliwe kobiety rodzące jedno dziecko za drugim i później łamiące sobie głowę, jak je wyżywić, kiedy mąż przepija zarobione pieniądze w pubie.
Edna to typ feministki, której flagą jest słowo. Zakazywano go, zatrzymywano nakłady książek, lżono w prasie, wyklinano z ambony. Rodzina na przemian, to uciekała w modlitwy o opamiętanie się czarnej owcy O`Brienów, to znów zrywała z nią kontakt. Nie da się ukryć, że proza Edny wywoływała reakcje krańcowe. Była przecież, przy całej swojej kontrowersyjności, faworytką do nagrody Nobla, proszono ją o napisanie scenariuszy, zabiegano o jej towarzystwo. By przejść przez te wszystkie wichury i burze trzeba być osobą silną i pewną swoich racji.
„Irlandzka dziewczyna” stanowi splot powagi i żartu, smutek przykrywają momenty radosne, nowa miłość, ekscytacja kolejnym pomysłem, zadaniem. Tekst wypełniony anegdotami, zabawnymi scenkami rodzajowymi z udziałem elity przedstawicieli literatury i filmu (Lawrence Oliver, Paul McCartney, Jane Fonda, Samuel Beckett) i nieprawdopodobnymi zbiegami okoliczności, do których Edna miała szczęście, zawiera też sporo bolesnych epizodów, które na długo zapiszą się w naszej pamięci. To opowieść o kobiecie, o człowieku, o osobowości, która wymyka się swoim czasom, chce więcej, oferuje wiele, pozostaje zaś wiecznie osamotniona i niezrozumiana. Jest rodzina, towarzyskie rozpasanie, imprezy, wyjazdy, nowe znajomości, ale to wszystko jakby obok, wypełnia ledwie cząstkę, otoczkę, a w środku pozostaje Edna… otulona samotnością niczym wygłuszającą watą.
Edna O`Brien wywarła istotny wpływ na kobiety piszące później, inspirowała je, dała odwagę, podpaliła płomień. Jako pisarka jest jednak mało znana ogółowi czytelników, zniknęła, nie wznawiana, w zalewie nowych, modnych i medialnie nośnych nazwisk. Wraca do nas dzięki tej świetnie napisanej, z nerwem, z rozpędem, z talentem, żywej autobiografii, w której staje przed nami obnażona i bezbronna, z wszystkimi emocjami i lękami w dłoniach, mówiąc po prostu: „Taka jestem”.