mmichalowa
Z literaturą czeską od kilku lat jest mi… po drodze. Nie ukrywam, że przyczynił się do tego Mariusz Szczygieł. Swoją pierwszą czeską książkę wzięłam w dłonie zaintrygowana okładką pochodzącą z serii Stehlik, czyli jego autorskiego wyboru literatury. Wtedy trochę nie dowierzałam, że literatura piękna może obejmować powieści komiczno - absurdalne. Trochę mi się to podobało, trochę traktowałam jako eksperyment, ale sięgałam ochoczo po kolejne dawki. Dopiero później zrozumiałam, że wybory Pana Mariusza pozwalają mi odpocząć od świata za oknem. Specyficzny, a wręcz nie do podrobienia klimat zawładnął moją literacką duszą. Odrealnienie zaczęłam traktować jako pewnik historii będących częścią tej serii. Dlatego też i względem “Flory” miałam wstępne oczekiwania. Czy słusznie?
Czytając po raz pierwszy opis książki pomyślałam sobie, iż autor serwuje nam subtelne postapo. Środek kryzysu klimatycznego i wyczuwalne, związane z tym napięcie towarzyszą odbiorcy od pierwszych stron lektury. Temat nader współczesny i falami obecny w powszechnym dyskursie, który u jednych potęguje strach, innych aktywizuje do działania, a jeszcze innym jest zwyczajnie obojętny. W powieści Zborila realia nie pozwalają mieszkańcom już w pełni cieszyć się tym, co dla nas wciąż ma do zaoferowania natura. Ludzie tworzą kolejne wysypiska i każdego dnia wypełniają je starym sprzętem. Jednakże wśród odpadów zaczyna się tworzyć coś na wzór specyficznego środowiska. Główni bohaterowie powieści, Adam i Sára w trakcie swojej przechadzki natrafiają na… no właśnie, ciężko jest jednoznacznie powiedzieć z czym mają oni do czynienia. Istota, którą odnajdują, ma niektóre z cech ludzkich. Można u niej wyróżnić twarz czy oczy, ale reszta ciała jest bliżej niezidentyfikowaną mieszaniną odpadów i roślin. Ludzki pierwiastek sprawia, że w Sarze rozbudza się potrzeba zaopiekowania tworem. Para postanawia zabrać tę plątaninę ze sobą, ale realia tego nie ułatwiają. Sytuacja sprawia, że muszą oni przeorganizować swoje życie, i z wygodnego mieszkania trafiają do domu babci Adama. Mieszkanie w podmiejskiej “dziczy” niesie ze sobą wiele wyrzeczeń. Kobieta wierzy jednak, że ma do czynienia z istotą rozumną, i coraz intensywniej poświęca się opiece nad nią. W konsekwencji istota, której nadają imię Flora, staje się dla nich substytutem dziecka. Największym problemem w opiece okazuje się nieumiejętność obchodzenia z nią. Para nie jest w stanie odpowiednio identyfikować potrzeb, ze względu na złożoność organizmu. Trudne warunki życiowe, ciągłe ukrywanie się przed spojrzeniami innych, sprawiają, że tych dwoje zaczyna się od siebie oddalać. Adam widzi potrzebę powrotu do pracy i zauważa, że warunki, w których obecnie żyją, są naprawdę surowe. Coraz częściej ma też wrażenie, że Flora pozbawia Sary sił witalnych. Niestety z nikim nie może omówić tego, co ich spotkało, by zyskać dodatkowy punkt widzenia. W tym wszystkim warto mieć na uwadze, że bohaterowie przez cały ten czas, żyją w stresie, który generuje otoczenie.
Dla mnie ta historia była trochę powrotem do czasów covidowych. We “Florze” równie mocno odczuwalny jest wpływ rządzących (chociaż bezpośrednio w ogóle o nich nie czytamy), wynikające z tego napięcia oraz liczne ograniczenia narzucane odgórnie. W trakcie lektury jednocześnie odczuwałam empatię głównych bohaterów względem nieokreślonego tworu, a jednocześnie towarzyszył mi lęk, o to co przyniesie jutro. Zarówno sytuacja społeczno-polityczna, jak i ta obejmująca warstwę natury, są płynne. Brak stabilizacji na dłuższą metę okazuje się naprawdę męczący i dotyka nie tylko bezpośrednio Adama i Sary, ale też odbiorcy ich historii. Krótka acz treściwa, pozornie wypełniona absurdem - ale czy na pewno?