mmichalowa
Konflikt na wschodniej granicy trwa już od kilku lat, i co przerażające, mam wrażenie, że w większości już się do niego przyzwyczailiśmy. Co jakiś czas wypływają informacje o kolejnych dramatycznych atakach, ale ze świata napływa tyle złych wieści, że przepuszczamy je przez siebie często bezrefleksyjnie. Działania zbrojne skierowane przez człowieka ku innemu człowiekowi zasługują na potępienie. Sytuacja ta dotyczy jednak istot rozumnych, myślących. A przecież stan wojny nie wybiera istnień konkretnego gatunku i tak samo boleśnie dotyka wszystkich. Wojciech Tochman zebrał historie wojenne, te o ludziach, ale w których główną rolę odgrywają zwierzęta.
Od lat człowiekowi towarzyszą inne gatunki. Z jednymi wchodzimy w relacje przyjacielskie, inne pomagają nam przetrwać. Na wsiach niemal w każdym domu lub w jego obejściu znajdują się psy lub koty. Zresztą jest to coraz częstszy element także miejskiego życia. Są przy nas, gdy jest dobrze, ale czy my potrafimy być przy nich, gdy jest źle? Niektórzy pewnie tak.
Chciałabym wierzyć, że gdy ktoś decyduje się na zwierzę, bierze za nie odpowiedzialność we wszelkich okolicznościach. Ale tak nie jest i między innymi o tym jest również ta książka. Realia wojenne sprawiają, że człowiekowi z minuty na minutę zmieniają się priorytety. Pewnie nie myśli się wtedy o tym, że w domu zostaje ktoś jeszcze, czasami może nie ma możliwości zebrania czworonożnego towarzysza ze sobą. Każda sytuacja jest indywidualna, a z przekazów telewizyjnych znane są przypadki, gdy właściciele uciekali przed bombami z całym swoim dobytkiem. Nie wszyscy. W domach czy mieszkaniach zostały zdezorientowane psy i koty. W wiejskich stajniach z głodu umierało pozostawione bydło. W każdej z tych sytuacji zwierzęta nie były świadome, czy ich właściciel jeszcze kiedyś wróci, a jeśli tak, to czy zdąży je uratować? Autor przywołuje skrajne przypadki: cudownego ratunku z rąk przypadkowych osób, czy okrutnej i powolnej śmierci.
Zupełnie nie przemyślałam tej lektury. Myślę że gdybym szerzej popatrzyła na temat przy wyborze książki, dwa razy zastanowiłabym się nad tym, czy jestem w stanie unieść ją emocjonalnie. Niespecjalnie byłam. Czytam sporo literatury faktu, nie zdarza mi się przy niej urodzić łez, właściwie do momentu tej książki. Mam poczucie, jak ważna i aktualna jest to pozycja. I z jednej strony bardzo ten tytuł polecam, a z drugiej ostrzegam. Znajdują się tu opisy cierpienia mniejszych i większych istot, nieświadomych sytuacji, w jakiej się znalazły. Istot uzależnionych od człowieka. I chociaż wydawałoby się, że ze względu na niewielką objętość lektura będzie szybka, to jednak przejście przez nią zajęło mi naprawdę długo, i musiałam dla zachowania własnej równowagi emocjonalnej robić sobie przy niej przerwy.
Tochman przywołuje sylwetki osób, które tę pomoc od początku działań zbrojnych niosą. Podkreśla, że często dzieje się to z narażeniem zdrowia i życia. Uzmysławia, że każdy dzień, to nowa walka o zdobycie pożywienia. Czasami dobre chęci nie wystarczą, by zapewnić warunki - już nawet nie do leczenia, ale do umierania. Z perspektywy człowieka siedzącego w wygodnym i ciepłym domu, ciężko jest sobie wyobrazić sytuacje, w której bydło pozostawione w zrujnowanej bombardowaniami stajni umiera i zostaje odkryte na długo, długo później, w stanie posuniętego rozkładu. Albo że wzrasta społeczny strach, bo psy pozostawione samym sobie, głodne i zdezorientowane, mogą w przyszłości stanowić zagrożenie. O takim aspekcie wojny na co dzień się nie myśli. Prawda?!