Michał Lipka
Na ile wstęp i prolog można traktować, jako zapis stanu faktycznego, nie wiem, ale jeśli rzeczywiście brać za prawdę, to do napisania tej powieści – a w zasadzie opowiadania, wydanego jednak jako samodzielna, cienka, bo cienka, ale jednak książka (łyka się to w godzinę) – natknęło wydarzenie, które miało w sobie znamiona niezwykłości. Wydarzenie, które przerodziło się w dywagacje na tematy życia i wiary. Jak było, czy „Cuda codzienne” to książka oparta na faktach, czy może stanowiąca jedynie quasi-biograficzny twór, to już wie jedynie sama autorka. Ale czy to ma znaczenie? Jej historia to całkiem ciekawa, choć prosta i stylistycznie poprawna, choć z pewną niesprawnością podana, opowieść obyczajowa. Jest tu nuta filozofowania, jest porcja rozważań, ale czy się z autorką i jej poglądami na dane kwestie zgadzacie czy nie (ja nie ze wszystkim, nie ukrywam), same „Cuda” są całkiem przyjemną, niegłupią i życiową lekturą, po jaką śmiało można sięgnąć.
Główna bohaterka i narratorka tej historii urodziła się w rodzinie kreatywnej. Takiej, która z niczego potrafiła stworzyć coś, co przynosiła zyski. Prywaciarze, jak o nich mówili. To były lata siedemdziesiąte, wiodło się im dobrze, snuli plany na przyszłość i wtedy wszystko się zmieniło. Był dzień przed Wigilią roku 1973, bohaterka miała ledwie sześć lat, matka była w ciąży, ojciec z teściem i szwagrem pojechali kupić samochód dla wujka. I nagle wypadek przerwał wszystko. Cała trójka zginęła, matka z szoku poroniła, a bohaterka musiała zmierzyć się z całkiem nową rzeczywistością. Obrażona na Boga rodzicielka odsunęła się od kościoła, wiary, dorasta, ale życie jej nie oszczędza. Kolejne rozpadające się związki, porzucenia, problemy… Sama narratorka zaczyna buntować się przeciw Bogu i światu. Ale jednocześnie zaczyna dostrzegać też cuda, siłę wyższą i… Co z tego wyniknie?
Autorka tej książki opowiada nam, jak to podczas spaceru spadł jej kolczyk. Niby nic takiego, ale kolczyk spadł nadal absolutnie zapięty, a ucho pozostało nienaruszone. Uznała to za znak od Boga, za natchnienie, by zatrzymać się, pomyśleć, przemyśleć, zrozumieć. I o tym jest też ta książka. O szukaniu siebie, poszukiwaniach zrozumienia rzeczy, jakie w życiu się zdarzają i o odkryciach, jakie w związku z tym autorka dokonała. Jej losy są jak losy nas wszystkich. Życiowe sprawy, z którymi możemy się identyfikować. A wśród tego wszystkiego wiara, odnajdowanie jej, znajdowanie też własnego spojrzenia na Boga, kosmos, samą siebie…
Cienka to książeczka, niespełna siedemdziesiąt stron podzielonych na krótkie rozdziały i podanych dość sporą czcionką. Cienka, ale całkiem treściwa. Czasem z autorką się nie zgadzałem, częściej znajdowałem jednak sporą płaszczyznę wspólną dla poglądów, odczuć etc., ale przede wszystkim wczułem się w to wszystko i ciekawie spędziłem czas. Autorka nie przeciągała swojej opowieści, traktowała ją dość skrótowo, ale zawsze przechodząc do sedna. Wszystko to podała językiem dość prostym, czasem z frazesami czy patosem, nie przeczę, ale jednocześnie nie powiem, że w sposób zły. Tu zresztą nie chodzi o literackie wysmakowanie, a o szczerość. I tę szczerość tu mamy. I to mnie ujęło. I, jeśli szukacie takiej lektury o osobistych doświadczeniach na polu wiary i życia, opowiedzianej Wam, jakby koleżanka albo przyjaciółka siedziała z Wami i dzieliła się czymś dla niej ważnym, Was też „Cuda codzienne” mogą ująć.
Agnieszka Fox
„Cuda codzienne” to autobiograficzna opowieść kobiety publikującej pod pseudonimem Natusia. Autorka pozostaje anonimowa, a książka została wydana w 2025 roku przez Warszawską Firmę Wydawniczą. Opis wydawniczy zapowiada historię o rodzinnej tragedii, zdradzie, emigracji, poszukiwaniu sensu oraz odnajdywaniu w codziennych doświadczeniach obecności Boga i „sił wyższych”. Punktem wyjścia do napisania książki staje się dość niecodzienne zdarzenie. Podczas spaceru w ogrodzie botanicznym autorce wypada kolczyk, mimo że zapięcie się nie otworzyło, a ucho nie zostało uszkodzone. Dla niej nie jest to zwykły przypadek, lecz moment zatrzymania i impuls do refleksji nad własnym życiem, przynależnością i duchowością. To właśnie wtedy dochodzi do wniosku, że powinna opowiedzieć swoją historię i pokazać, w jaki sposób odczytuje wydarzenia jako znaki działania Boga, wszechświata czy energii przekraczającej ludzkie rozumienie.
Nie jest to wyłącznie autobiografia. To także bardzo osobisty zapis światopoglądu autorki. Natusia pisze o wdzięczności, przebaczeniu, życiu tu i teraz, duszy, energii, wszechświecie i o przekonaniu, że wydarzenia nie są przypadkowe, lecz stanowią część większego planu. Odwołuje się zarówno do Boga i Jana Pawła II, jak i do OSHO czy koncepcji duchowych związanych z energią człowieka. Dla części czytelników będzie to najważniejsza warstwa książki. Dla innych może najbardziej problematyczna.
Ja bardziej zainteresowałam się jej historią życia niż próbą duchowego objaśniania wszystkich doświadczeń. A ta historia rzeczywiście jest bogata i trudna. Autorka dorastała w dobrze sytuowanej, przedsiębiorczej rodzinie. Ojciec był młodym, ambitnym człowiekiem, matka zajmowała się florystyką, a dzieciństwo do pewnego momentu wydawało się bezpieczne. Wszystko zmieniło się 23 grudnia 1973 roku. Ojciec autorki wraz z dwoma innymi członkami rodziny zginął w wypadku samochodowym. Matka, będąca w szóstym miesiącu ciąży, po otrzymaniu wiadomości zemdlała i poroniła. Autorka miała wtedy sześć lat. To wydarzenie staje się początkiem bardzo trudnej relacji z religią i Bogiem. Po tragedii matka i córka przestają chodzić do kościoła. Kolejne życiowe rozczarowania jeszcze bardziej wzmacniają bunt. Rozpada się młode małżeństwo autorki, pojawiają się doświadczenia odrzucenia, samotności i myśli samobójcze. Z czasem wytwarza się u niej mechanizm obronny: skoro wcześniej to inni ją zostawiali, ona zaczyna kończyć relacje pierwsza.
Jak się okazuje, doświadczenia z dzieciństwa mogą później wpływać na dorosłe relacje. Nie potrzeba nawet warstwy duchowej, żeby zobaczyć zwykły ludzki mechanizm: lęk przed odrzuceniem prowadzi do prób kontrolowania sytuacji i chronienia się przed kolejnym zranieniem. Później pojawia się wątek oszustwa matrymonialnego. Autorka poznaje Polaka mieszkającego w Holandii. Mężczyzna odwiedza ją regularnie, ale nigdy nie zaprasza do siebie. W pewnym momencie opowiada historię o skradzionym samochodzie i potrzebie zapłacenia okupu. Kobieta pożycza dla niego 15 tysięcy złotych od lichwiarza, zastawiając własne mieszkanie. Mężczyzna znika, a kiedy próbuje skontaktować się z nim pod holenderskim numerem telefonu, odbiera jego żona.
Czy widać tutaj skalę desperacji i potrzeby bliskości? Autorka zostaje z długiem, bez pracy i z poczuciem, że kolejny raz została wykorzystana. Wtedy zaczyna się kolejny etap: emigracja. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej podejmuje decyzję o wyjeździe do Wielkiej Brytanii jako opiekunka osób starszych. Jej angielski jest słaby, ale sytuacja finansowa zmusza ją do podjęcia ryzyka. Spośród około sześćdziesięciu kandydatek zostaje jedną z dwunastu wybranych osób.
Autorka jedzie do obcego kraju, z niedostateczną znajomością języka i bez pewności, jak sobie poradzi. Uczy się funkcjonować w nowym miejscu, pracuje z osobami starszymi, podejmuje dodatkowe zatrudnienie i stopniowo oswaja emigracyjną rzeczywistość. Pojawiają się też nieoczekiwane historie, jak spotkanie z dziewięćdziesięcioletnią kobietą polskiego pochodzenia, córką Witolda Jerzego Grabowskiego. Z czasem Wielka Brytania staje się dla niej prawdziwym miejscem życia. Uzyskuje brytyjskie obywatelstwo, ale później i tak wraca do Polski. Sama interpretuje tę drogę jako dowód na to, że nie należy bać się marzeń: osoba, która nie zdała matury z angielskiego, po latach staje się obywatelką Wielkiej Brytanii. Życie potrafi zmienić kierunek w momencie, w którym sami nie widzimy już zbyt wielu możliwości.
Najwięcej wątpliwości mam wobec końcowej części książki, w której autorka próbuje wyjaśniać funkcjonowanie człowieka i świata poprzez energię, kanały energetyczne, kolejne powłoki ciała, kosmos i wyższe poziomy świadomości. Sama zastrzega przy tym, że jej wiedza nie wynika z wieloletnich badań naukowych, ale z osobistego odczuwania. Można traktować te fragmenty jako światopogląd autorki, jej prywatną interpretację doświadczeń i sposób porządkowania własnego życia. Nie należy jednak odbierać ich jako wiedzy naukowej tylko dlatego, że pojawiają się pojęcia energii czy funkcjonowania ludzkiego organizmu. Ta książka miesza kilka porządków: chrześcijaństwo, przekonanie o działaniu wszechświata, idee OSHO, energię i osobiste doświadczenie duchowe. Dla autorki te elementy tworzą całość. Czytelnik nie musi jednak tej całości przyjąć.
Pod duchową warstwą jest konkretna biografia: dziecko, które nagle straciło ojca. Młoda kobieta porzucona przez męża. Osoba wykorzystana przez oszusta matrymonialnego. Kobieta zadłużona, bez pracy, wyjeżdżająca do obcego kraju z kiepskim angielskim. Opiekunka osób starszych, emigrantka, później obywatelka brytyjska. Wreszcie ktoś, kto po latach próbuje spojrzeć na własną przeszłość nie wyłącznie przez pryzmat krzywdy. Nie muszę wierzyć, że wypadający kolczyk jest wiadomością od wszechświata, żeby rozumieć, dlaczego dla autorki taki moment może mieć znaczenie. Nie muszę przyjmować przekonania, że każda tragedia jest elementem planu duszy, żeby docenić próbę znalezienia sensu po wydarzeniach, których nie da się już zmienić. Nie muszę również zgadzać się z twierdzeniem, że każde doświadczenie należy traktować po prostu jako część naszej drogi. Bo niektóre doświadczenia są krzywdą. Niektóre wynikają z cudzych złych decyzji. Oszustwo matrymonialne nie staje się mniej oszustwem tylko dlatego, że po latach udało się wyciągnąć z niego lekcję.
Rozumiem potrzebę wdzięczności i odnajdywania czegoś dobrego po trudnych przeżyciach, ale nie uważam, że wszystko musi zostać przemienione w „dar” albo „lekcję”. Czasem coś było po prostu bolesne, niesprawiedliwe i złe. To, że człowiek później potrafił się podnieść, mówi więcej o jego sile niż o dobroci samego doświadczenia. „Cuda codzienne” odbieram przede wszystkim jako bardzo osobistą autobiografię kobiety, która stworzyła własny język do opowiedzenia o cierpieniu, odrzuceniu, zmianie i odzyskiwaniu poczucia sensu.
Osoby mocno racjonalne mogą mieć trudność z częścią dotyczącą wszechświata, energii czy planu duszy. Czytelnicy o określonych przekonaniach religijnych mogą z kolei odczuwać pewien dysonans przy łączeniu Boga, chrześcijaństwa i OSHO. Natomiast jako świadectwo konkretnego życia ta książka ma swoją wartość. Najbardziej przekonuje mnie w niej nie cudowność zdarzeń, ale fakt, że człowiek po wielu naprawdę trudnych doświadczeniach nadal może próbować budować życie od nowa.
Dodaj komentarz