Notatnik Recenzentki
„Jesień w chacie pod starym świerkiem” Wioletty Piaseckiej to jedna z tych historii, w których jesienna aura nie jest jedynie tłem dla wydarzeń, ale staje się niemal osobnym bohaterem. Chłód, mgły, melancholia i coraz krótsze dni idealnie współgrają z emocjami, jakie towarzyszą bohaterom. To opowieść o miłości, ale nie takiej, która przychodzi bez komplikacji i od razu przynosi szczęście. To historia o uczuciach, które czasami pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie, o obietnicach, które potrafią ważyć więcej niż własne pragnienia, i o tym, jak trudno zdecydować, czego naprawdę chcemy od życia, kiedy przeszłość nie pozwala nam spokojnie patrzeć w przyszłość.
Jagoda bardzo mocno zapadła mi w pamięć. Jej największym pragnieniem jest stworzenie Piotrusiowi bezpiecznego domu i możliwość adopcji chłopca. Jest w tym coś niezwykle poruszającego, ponieważ dla Jagody dom nie oznacza przecież wyłącznie czterech ścian. To przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, bliskości i świadomość, że jest ktoś, na kim można polegać. Dlatego zaginięcie Piotrusia musi być dla niej czymś znacznie większym niż kolejnym trudnym wydarzeniem. To uderzenie dokładnie w tę sferę życia, o którą walczyła najbardziej.
Podobało mi się, że jej historia nie sprowadza się tylko do oczekiwania na szczęśliwe zakończenie. Jagoda musi mierzyć się z niepewnością, strachem i konsekwencjami wydarzeń, na które nie ma wpływu. Jednocześnie obok niej pojawia się Artur, który próbuje odzyskać jej zaufanie i zawalczyć o drugą szansę. I właśnie ten motyw szczególnie mnie zatrzymał, bo druga szansa brzmi pięknie, dopóki nie zdamy sobie sprawy, jak wiele trzeba zrobić, żeby ktoś rzeczywiście ponownie nam zaufał.
Miłość nie zawsze wystarcza, żeby naprawić to, co zostało zniszczone. Czasami potrzebne są rozmowy, cierpliwość, konsekwencja i przede wszystkim gotowość do przyjęcia odpowiedzialności za własne decyzje. Bardzo lubię historie, które pokazują, że uczucia nie są magicznym rozwiązaniem wszystkich problemów. Można kogoś kochać, a jednocześnie go zranić. Można tęsknić za drugą osobą i jednocześnie bać się ponownie otworzyć przed nią serce. Można pragnąć nowego początku, ale nie potrafić całkowicie odciąć się od tego, co było wcześniej.
I tutaj pojawia się Malina, której historia jest dla mnie chyba jednym z najbardziej emocjonalnych elementów tej książki.
Kobieta przez lata tkwiła w nieszczęśliwym małżeństwie, a kiedy w jej życiu pojawia się Marek, po raz pierwszy od dawna zaczyna czuć, że naprawdę żyje. I chyba właśnie wtedy rozpoczyna się jej najtrudniejsza walka. Bo czym innym jest bowiem marzyć o miłości, a czym innym pozwolić sobie na nią wtedy, kiedy serce mówi jedno, a sumienie drugie.
Malina nosi w sobie obietnicę złożoną umierającemu teściowi. To dla mnie bardzo mocny motyw, ponieważ stawia bohaterkę przed pytaniem, na które nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Z jednej strony mamy lojalność, wdzięczność i dane słowo. Z drugiej własne życie, własne szczęście i uczucie, którego nie da się po prostu wyłączyć, ponieważ ktoś uznał, że tak będzie najlepiej.
Czy obietnica złożona drugiemu człowiekowi powinna decydować o całym naszym życiu?
Czy można być dobrym człowiekiem, jeśli wybierze się własne szczęście?
A może czasami największą odwagą jest właśnie przyznanie przed samym sobą, że droga, którą obraliśmy z poczucia obowiązku, przestała być naszą drogą?
To są pytania, które pojawiały się u mnie podczas lektury i właśnie dlatego historia Maliny nie była dla mnie jedynie kolejnym wątkiem miłosnym. Jej dylemat ma w sobie coś bardzo ludzkiego. Każdy z nas może znaleźć się kiedyś w sytuacji, w której trzeba będzie wybierać pomiędzy tym, czego oczekują od nas inni, a tym, czego sami pragniemy.
„Jesień w chacie pod starym świerkiem” jest również opowieścią o tym, że nie wszystko da się zostawić za sobą jednym ruchem. Przeszłość ma to do siebie, że potrafi wracać wtedy, kiedy wydaje nam się, że wreszcie zaczynamy układać sobie życie. Czasami wystarczy jedno wydarzenie, jedno spotkanie, jedna tajemnica albo jedno niewypowiedziane zdanie, aby wszystko, co wydawało się poukładane, ponownie zaczęło się rozpadać.
Właśnie dlatego chata pod starym świerkiem tak dobrze pasuje do tej historii. Jest w niej coś spokojnego, ciepłego i bezpiecznego, ale jednocześnie to właśnie w jej przestrzeni wybrzmiewają tajemnice, łzy i słowa, które mogą zmienić życie bohaterów. Dom może być schronieniem, ale może również stać się miejscem, w którym nie da się już dłużej uciekać przed prawdą. Bardzo podoba mi się również jesienny klimat tej książki. Mgły nad Zalewem Wiślanym, chłód i atmosfera przemijania współgrają z emocjami bohaterów. Jesień kojarzy mi się z zatrzymaniem, refleksją i porządkowaniem tego, co przez wiele miesięcy pozostawało gdzieś z tyłu głowy. I dokładnie takie wrażenie mam po tej historii. To książka o zatrzymaniu się i spojrzeniu na swoje życie z innej perspektywy.
Nie zabrakło tutaj oczywiście trudnych emocji. Są łzy, niepewność, rozczarowanie, tęsknota, poczucie winy, ale również nadzieja. I chyba właśnie ta nadzieja jest dla mnie najważniejsza. Bo mimo tego, ile bohaterowie muszą przejść, cały czas pozostaje pytanie, czy można jeszcze coś naprawić. Czy można odzyskać zaufanie? Czy można wybaczyć? Czy można popełnić błąd i mimo wszystko zasłużyć na drugą szansę? I wreszcie czy można zacząć od nowa, kiedy przeszłość wciąż stoi nam na drodze?
Ta książka przypomniała mi, że szczęście nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy jesteśmy na nie przygotowani. Czasami pojawia się w najmniej odpowiednim momencie i zmusza nas do podjęcia decyzji, których wcale nie chcieliśmy podejmować. Czasami człowiek przez lata przyzwyczaja się do życia, które nie daje mu prawdziwego szczęścia, bo wydaje mu się, że tak trzeba. A kiedy wreszcie pojawia się coś, czego naprawdę pragnie, zaczyna bać się konsekwencji. I chyba właśnie dlatego historia Jagody i Maliny tak mocno się ze sobą łączy. Obie muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czego właściwie chcą od życia i ile są gotowe zrobić, aby o to zawalczyć. Obie przekonują się, że miłość może być piękna, ale potrafi również wymagać ogromnej odwagi.
„Jesień w chacie pod starym świerkiem” to dla mnie opowieść o ludziach, którzy próbują znaleźć swoje miejsce pomiędzy tym, co było, a tym, co dopiero może się wydarzyć. O uczuciach, które nie zawsze przychodzą w odpowiednim momencie. O obietnicach, które czasami stają się ciężarem. O zaufaniu, które łatwo stracić, a niezwykle trudno odbudować. I o tym, że druga szansa może być zarówno największym darem, jak i ogromnym wyzwaniem. To historia, przy której warto się zatrzymać i pomyśleć nie tylko o bohaterach, ale również o własnych wyborach. Bo przecież chyba każdy z nas ma w swoim życiu jakieś „co by było, gdyby…”, jakąś niewypowiedzianą prawdę, decyzję podjętą dla kogoś innego albo moment, w którym zabrakło odwagi, żeby wybrać siebie.
A Wy jak myślicie czy obietnica złożona drugiemu człowiekowi powinna być ważniejsza od własnego szczęścia? Czy można naprawdę odbudować zaufanie po jego utracie? I czy druga szansa w miłości jest dowodem wielkiego uczucia, czy czasami kolejnym ryzykiem, na które nie każdy powinien się decydować?
Jestem bardzo ciekawa, jak Wy odebralibyście wybory Jagody i Maliny. Czy potrafilibyście postąpić tak jak one, gdybyście znaleźli się w podobnej sytuacji?
Dodaj komentarz