Życiorysta 3
Doris
Ależ potrafi Rudnicki w te biografie, w te recenzje, w te życiorysy i historyjki życiowo-okołoliterackie, jak nikt inny. Nie da się podejść, zwieść byle czym, zaczarować i omotać. Niczym Kopciuszek ziarno od plew oddziela bez trudu. Bezkompromisowy i szyderczy, do tego diablo inteligentny, aż człowiek w kompleksy wpada.
W tomie trzecim „Życiorysty” nie inaczej. Zdejmuje z postumentów, poszukuje rys i obtarć, zrywa ozdobne opakowania z największych ikon, choć przyznać trzeba, że tam, gdzie na to zasługują, potrafi oddać im sprawiedliwość. I nawet kiedy żal, że musimy zweryfikować pielęgnowany z nabożeństwem obraz, to poczucie humoru, radosna złośliwość w strącaniu czapek i kapeluszy bawi i prowokuje. Bo jakże to tak o szlachetnym Ziuku, zbawcy narodu, że z kwiatka na kwiatek, w dodatku w kalesonach i… szlachetnej mgle patriotycznej pobożności.
Za to Makuszyńskiemu, mimo wyciągniętego z książki Urbanka zatwardziałego antysemityzmu, tak psującego poczciwy kornelowy wizerunek, przyznaje: ”ustawił mi dzieciństwo i wczesną młodość” – mnie też ustawił, i wielu innym, jednak biografia Urbanka zburzyła ów sielski obrazek ze szczętem. Niesmak pozostał, jak mówi znane powiedzonko.
A że z portretu Rasputina najbardziej zapadł mi w pamięć fragment o jego samotnych genitaliach przechowywanych w słoiku, bezużytecznych… cóż, cała reszta była mniej więcej wiadoma. Sposób obróbki samego felietonu genialnie prosty, nic tylko opatentować i zbierać profity. „Dobra, już mniej więcej wiem, teraz do fryzjera i tekst gotowy. Fryzjer stąd, że tekst w wersji roboczej to łeb w kołtunach. Tak go przyciąć trzeba, żeby na podłogę wyrazy spadły, a na głowie jak najwięcej słów zostało. I maszynką po karku, jeśli za dużo przecinków. Potem żel i ostateczny kształt, i fartuch z szyi, i gotowe, tekst może iść na miasto”. Adres tego fryzjera proszę, Panie Januszu – świetnie przycina.
Pozostaną już z nami pewne frazy, od których trudno się uwolnić, bo i trafne, i zabawne, i frazeologicznie błyskotliwe. Lou Reed „skąpy był jak bikini”, a u Rasputina „OCZY. Zapadłe, jak dwa gwoździe wbite w zarośniętą głowę”. Muszę zdobyć Rudnickiego pamflet na moją ikonę i ołtarzyk, przed którym od dawna czołobitnie biję pokłony – na Brunona Schulza. Ciekawa jestem tego, co przeczytam, ale też własnej reakcji. Janusz Rudnicki nie uznaje stosowania się do, i dzisiaj powszechnej, zasady, iż „poetka polska nie mogła być z krwi i kości, musiała być ze spiżu”. Bez cienia skrupułów przywraca koturnowym postaciom ich ludzki wymiar, nie starając się niczego wybielać, tłumaczyć czy usprawiedliwiać. Prostuje biograficzne przekłamania, tropi śmiesznostki i niekonsekwencje, choć zaletom pozwala wybrzmieć sprawiedliwie. Podąża za tropem niczym wytrawny myśliwy, wyciąga trupy z szaf, rozcina sztywne gorsety, pozwalając swoim bohaterom na swobodę i autentyczność. Legendę zderza z ziemią, nieraz boleśnie, częściej jak w slapstickowej komedii – uciesznie i niespodzianie.
Jest to świeże, ożywcze, potrzebne, a nawet niezbędne w tym naszym polskim patetycznym zadęciu, niczym przekłucie i oczyszczenie ropnia, by popłynęła zdrowa, bystra krew. A że Rudnicki nie przebiera w słowach, że jak go szlag trafia na kołtuństwo, obłudę, wybiórczość pamięci, to i siarczystą kurwą rzuci, czy inną, równie mocną amunicją, nic w tym dziwnego czy obrazoburczego. Taki ma sposób wyrażania emocji, przynajmniej szczerych, nieskrywanych, niehamowanych. W tym przypadku nie tylko to nie razi, ale podkreśla znaczenie, ubarwia, dodaje wyrazistości. Można lubić piękne, literacko wysmakowane zdania Chwina, Szczygła czy Szostaka, jednocześnie zaś z równą satysfakcją chłonąć dosadne sformułowania Masłowskiej, Rudzkiej czy Rudnickiego. Daję na to słowo. Ważne, by brzmiała w nich prawda, nie falsyfikat. Niekiedy, jak choćby przy opisywaniu tortur na więźniach w Ravensbruck, po prostu nie da się inaczej upuścić emocji, serce mogłoby nie wytrzymać.
I jeszcze recenzje. Chciałoby się tak pisać, swobodnie, z pełną świadomością racji oraz szerokim kontekstem – pokłosiem oczytania i uporządkowanego magazynu pojemnej, posłusznej pamięci. Jedno wiem na pewno, pora ruszyć na polowanie i znaleźć „Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945” wydany przed dziesięciu laty przez Ossolineum. Trochę późno na noworoczne postanowienia, jednak z radością do nich dopisuję – to jedno ma przynajmniej jakieś szanse na realizację.
Już nie wiadomo, co lepsze, uwagi dotyczące przeczytanej właśnie książki, czy podawane na przekąskę scenki rodzajowe z rudnickiego życia. Dowcip, bystre spojrzenie, które w lot wyłapie fałsz czy nieprzystawalność, cięta riposta, a do tego – o zazdrości moja! – dystans do siebie.
Chcę więcej Rudnickiego. Chcę więcej przekory i niepokorności w literaturze i krytyce, chcę nauczyć się czytać pomiędzy wierszami i bezpardonowo rzucać własne opinie. No proszę, i kolejne noworoczne postanowienie w lutym…
Informacje:
-
Autor:Janusz Rudnicki
-
Gatunek:Literatura Faktu, Publicystyka, Eseje, Biografia, Recenzje, Miniatura Literacka
-
Tytuł Oryginału:Życiorysta 3
-
Język Oryginału:Polski
-
Przekład:Brak
-
Liczba Stron:312
-
Rok Wydania:2019
-
Wymiary:130 x 200 mm
-
ISBN:9788324410255
-
Wydawca:Iskry
-
Oprawa:Twarda z obwolutą
-
Miejsce Wydania:Warszawa
-
Ocena:6/6