Michał Lipka
Było już „Uniwersum DC według Mike’a Mignoli” i „Uniwersum DC według Neila Gaimana”, teraz nadeszła pora na tom z pracami samego Alana Moore’a, legendy i reformatora komiksów, który dał nam „Strażników”, „Prosto z piekła”, „V jak vendettę” i masę innych, niezapomnianych dzieł. Jak poprzednie tytuły z serii, tak i ten nie zbiera wszystkich komiksów autora. To wybór tych mniej znanych i rzadziej wznawianych, uzupełnionych o kilka absolutnie wielkich i legendarnych („Co się stało z człowiekiem jutra”), na wszystkie miejsca by nie starczyło. Ale co ciekawe, mamy tu wydanie oparte nie na edycji z 2012 roku, która stanowi kompilację dwóch tomów: „DC Universe: The Stories of Alan Moore” oraz „Alan Moore: Wild Worlds”, ale z wyłączeniem paru komiksów (wypadły takie rzeczy, jak „Batman: Zabójczy żart” czy, czego żałuję najbardziej, „Spawn/WildC.A.T.s”). W skrócie fajne i ciekawe dzieło, pełne różnorodnych komiksów, od pięknego hołdu dla Supermana, przez zabawy różnymi znanymi postaciami, na okultystyczno-erotycznych klimatach skończywszy. I może nie jest to szczyt możliwości Moore’a, więcej tu zabawy i różnorodności, ale dla fanów autora to pozycja, która świetnie dopełnia kolekcję.
Jaki prezent można dać Supermanowi? Co się dzieje z Człowiekiem ze Stali? I przede wszystkim co by było, gdyby Krypton nigdy nie wybuchł, a nasz heros dorósł na nim i wiódł normalne życie?
Od tego wszystko się zaczyna, ale to zaledwie początek. Green Arrow bierze udział w pojedynku, a Katma z Zielonych Latarni musi się wytłumaczyć dlaczego nie wybrała nikogo na posiadacza pierścienia. Oprócz tego mamy tu całe mnóstwo innych historii – losy Voodoo, striptizerki i członkini WildC.A.T.s czy własną wersję Deathblowa, gdzie dżungla, naga kobieta i… No i jest też ta najważniejsza z historii, ostatnia opowieść o Supermanie, a raczej wspomnienie ostatnich chwil jego życia, kiedy wszystko sprzysięgło się przeciw niemu...
Może i dla DC Moore stworzył kilka ze swoich największych dzieł i zawsze był z nim bardziej związany, niż z konkurencyjnym Marvelem. To tam wydał „Strażników” czy „Sagę o potworze z bagien” (przy okazji do życia powołując Johna Constantine’a), napisał też doskonały album „Batman” Zabójczy żart” i… No i w zasadzie resztę mamy w tym tomie. Oczywiście można by dodać, że zrobił więcej komiksów, bo dla Wildstorm pisał różne serie, a te od Image Comics przejęło przecież DC (a więc i pod te skrzydła trafił własny imprint Moore’a, ABC), ale… No z rzeczy stricte dla DC, z ich logo na okładce, Alan zrobił ile zrobił i te tu mamy, plus parę Wildstromowych rzeczy.
Ale zostawmy te kwestie, a skupmy na samych historiach, bo są tego warte. Legendarne zeszyty o Supermanie, choć już były po polsku, to nie tylko jedne z najlepszych komiksów o tym bohaterze, ale i w dziejach medium w ogóle. Piękne, esencjonalne, nastrojowe, świetnie napisane i ilustrowane, do dziś pozostają wzorem do naśladowania (a i potrafią wykrzesać emocje, jak w genialnie poprowadzonej scenie z Bizarro). Ale i te mniejsze rzeczy, czy krótsze historie, też są udane. Moore na wszystko ma pomysł, ma też takie literackie podejście do materii pisania, wybijając się jakością i nawet kiedy tworzy historie na luzie, jak te dodatki do „WildC.A.T.s” (bo tych jest sporo w drugiej części tomu), robi z tego coś przyjemnego. Weźmy taką miniserię „Voodoo”, która w rękach innego twórcy byłaby po prostu jak okultystyczny erotyk, a tu dostajemy fajny hołd dla puplowych, kiczowatych opowieści.
Dodaj komentarz