Superman Kontra Lobo


YodaHulk

Czy to ptak? Czy to samolot? Czy to gigantyczny niesporczak manipulujący rzeczywistością? A co, jeśli wszystkie odpowiedzi są poprawne? W świecie komiksowym możemy szereg różnych terminów określających poszczególne formy prezentacji historii. Mamy eventy, które angażują zazwyczaj większość głównych serii w danym uniwersum. Mamy lubiane crossovery, gdzie bohaterowie różnych serii łączą się we wspólnej fabule. Czy one – shoty, czyli krótkie i zwarte historie zaplanowane na jeden numer. I w końcu mamy coś takiego jak miniseria. Jest to zwyczajowo zwarta historia zaplanowana na konkretną i relatywnie niewielką liczbę numerów (od kilku do kilkunastu). Taką właśnie miniserią, jest wydany przez wydawnictwo Egmont w ramach serii DC Black Label komiks „Superman kontra Lobo”.

Słów kilka o twórcach odpowiedzialnych za ten tytuł. Za scenariusz odpowiada duet w osobach Tima Seeley’a (pracującego wcześniej chociażby przy serii „Nightwing”) oraz Sarah Beattie (pracującej jako współscenarzystka serii „Money Shot”). W tym przypadku po raz pierwszy mam styczność z twórczością tych państwa, natomiast bardzo miłym zaskoczeniem dla mnie była rysowniczka odpowiedzialna za graficzną stronę tego komiksu. Jest to bowiem włoska artystka Mirka Andolfo, znana m.in. z serii „SweetPaprika” opowiadającej o demonicy pracującej w korporacji czy przede wszystkim bardzo lubianej przeze mnie serii „Wbrew Naturze”, której tomy mam na półce. Także już na wstępie byłem pewien, że przynajmniej od strony graficznej mam na co liczyć od tego tytułu.

Fabuła zaczyna się w stosunkowo standardowy sposób – liga sprawiedliwości otrzymuje sygnał z prośbą o pomoc z odległej planety. Tak się składa, że jako jedyny dostępny Superman podejmuje się podjęcia tego zadania. Jak się okazuje, w tarapatach znajduje się planeta wypoczynkowa, na której aktualnie przebywa również międzygalaktyczny łowca nagród Lobo. Wypoczynek ostatniego Czarnianina przerywa olbrzymi niesporczak oraz pewna nadmiernie podekscytowana badaczka, która ma w całym ambarasie własny interes.

A przynajmniej jest to pierwszy z wątków. I to stanowi największy problem tego komiksu. Scenariusz wykłada się na byciu nieskładnym, poszatkowanym, a nade wszystko… nudnym. Tytuł w tej materii jest dosyć mylący, gdyż starcia pomiędzy Supermanem a Lobo praktycznie nie ma. Za to całkiem sporo czasu autorzy poświęcają na próbie rozkręcenia przez najbardziej krawędziowego z krawędziowców kariery… influecera. To co miałoby potencjał na całkiem ciekawe one – shoty, ginie w niezgrabnym miszmaszu. Osobiście uważam, że najlepiej wypada wątek Numena, czyli wcześniej wspomnianego olbrzymiego kosmicznego niesporczaka, władającego mocą modyfikowania rzeczywistości.

W ten sposób przeżyjemy wskrzeszenie Kryptona i Czarnii, walkę z międzywymiarowymi łowcami Numena czy w końcu próbę wrogiego przejęcia życia Supermana przez Lobo. I gdyby scenarzyści skupili się wyłącznie na tej historii to całokształt wypadłby znacznie, znacznie lepiej.

Małym plusem jest też wątek naszej szalonej Pani doktor, która ma własne pobudki by być zainteresowaną zarówno parą mięśniaków będących osią historii, jak i samotnym Numenem, szukającym własnego miejsca we wszechświecie. Na plus zdecydowanie wypada forma wydania – dobrej jakości papier i przede wszystkim uwielbiana przeze mnie twarda okładka.

Zatem czy komiks „Superman kontra Lobo” warto przeczytać? Cóż, zawsze warto sięgnąć po tytuł by się samemu przekonać. W moim odczuciu zależy od oczekiwań. Jeśli czytelnik oczekuje historii starcia pomiędzy tytułowymi bohaterami, to czeka go zawód. Jeśli oczekuje ciekawej historii również może się rozczarować. Natomiast w przypadku, gdy szuka niezobowiązującej krótkiej przygody to potencjalnie może go to zainteresować.