Sandman Uniwersum. John Constantine. Hellblazer. Tom 3. Trup W Ameryce
Michał Lipka
O ile John Constantine to chyba mój ulubiony obok Lobo bohater DC Comics, o tyle komiksy o nim w wykonaniu takich scenarzystów, jak Tom Taylor czy Simon Spurrier uważam za nieporozumienie. Głównie dlatego, że od „Hellblazera” mam duże wymagania, oczekuję mocnych tematów, ale i ambicji, połączonych we wnikaniem w mroczne strony naszej natury, a ci dwaj wolą jednak iść w fantastykę, w rzeczy bardziej rozrywkowe i mniej działające na czytelnika na polu intelektualnym czy emocjonalnym, choć miewały te ich komiksy całkiem udane momenty – ale tylko momenty. Dlatego czytanie serii „John Constantine” Spurriera zakończyłem po pierwszym tomie. Ale pojawiła się szansa przeczytania tego tomu, niby trzeciego, niby ostatniego, ale jednocześnie zbierającego po prostu jedenaście zeszytów serii kontynuującej tę, zebraną w pierwszych dwóch albumach i postanowiłem spróbować. Bo czemu nie? Może i poprzednio Spurrier nie napisał niczego wyśmienitego, ale było to niezłe, miało swoje momenty, a rysunkami mnie kupowało. No to przeczytałem i powiem, że całkiem fajne było. Trochę to wtórne względem choćby „Hellblazera” Azzarello, nie tak esencjonalne i gęste, jak seria w wykonaniu Delano, ani tak mocne i wdzięczne, jak za dyżuru Ennisa czy Ellisa, ale nadal przyjemne i warte uwagi.
Wiele lat temu w ręce Johna Constantine’a wpadła sakwa z piaskiem Snu z Nieskończonych. Teraz Sen, Sandman, ten nowy Sandman, chce by John Constantine naprawił to, co się przez sakwę dzieje. Coś wśliznęło się do Ameryki, coś korzysta z narzędzi Sandmana i rości sobie jego prawo do amerykańskiej podświadomości, a tego, co się dzieje, boi się nawet sam Sen. Constantine będzie musiał się tym zająć, niemniej jednak sam – jak zawsze – znajduje się w sytuacji bez wyjścia, gdzie sypie mu się wszystko, łącznie z życiem (i to jak najbardziej dosłownie życiem) i sam na pewno sobie nie poradzi, ale czy na kogokolwiek może jeszcze liczyć?
Więc to było tak. W latach 80. XX wieku zdarzyło się coś, co nazywane jest „Brytyjską inwazją” – autorzy z Wysp wzięli się za pisanie dla największych amerykańskich wydawnictw, co przyniosło odświeżenie i nową jakość. Wśród nich, tym najważniejszym zresztą, był Alan Moore, rewolucjonista komiksu, który odmienił branżę i, jak się pewnie domyślacie, to on stworzył też postać Johna Constantine’a, wzorując go na… Stingu. Tu można by dużo opowiadać, ale w pewnym momencie na scenie pojawia się obecnie, po oskarżeniach o molestowanie, persona non grata komiksowego świata, Neil Gaiman, który tak polubił Constatine’a, że chciał pisać solową serię o nim. Ta rola na szczęście przypadła Jamiemu Delano, a Gaiman w życiu napisał jedynie jeden zeszyt „Hellblazera”, czym pokazał, że Johna nie czuje i nie powinien pisać, ale i tak wracał do niego i wciskał go wszędzie tam, gdzie się załapał do pisania: od „Batmana”, przez „Księgi magii” po swoje najważniejsze dzieło, „Sandmana”. I tu akcja nam się nieco zagęszcza, bo lata później, na 30-lecie „Sandmana” właśnie zainicjowano inicjatywę „Sandman Uniwersum”, gdzie różni twórcy zaczęli pisać i rysować serie z bohaterami w opowieści o panu snów się pojawiającymi. Trwało to szczęść lat (zakończyło się właśnie „Trupem w Ameryce”) i ogólnie nie było w tym nic szczególnego.
Tyle historii, tak w skrócie, oczywiście. „John Constantine” z „Uniwersum Sandmana” to niby ta sama postać, niby seria ta sama, ale, jak to w takich przypadkach bywa, gdy coś czy kogoś dokooptowuje się do czegoś innego, nie do końca. Trochę stracił tu swój charakter, trochę za dużo tu pójścia w fantastykę i sandmanaowe klimaty, a nie quasifantastastyczną alegorię czasów i rzeczywistości, jaką „Hellblazer’ zawsze był (nie mówię, że całkiem tu tego nie ma, ale jest dość grubą kreską zarysowane, bez subtelności). Z drugiej strony jako taka mroczniejsza, mocniejsza fantastyka, gdzie horror, gdzie urban fantasy, posmak legendy miejskiej i pewnych strachów socjologicznych i całkiem fajnie to gra. Klimat jest, jest pewna oniryczność, jest też takie podejdzie, że jednak da się ten album czytać nie znając poprzednich dwóch, a i jest szata graficzna – i ta jest najlepsza. To samo gęste, horrorowe, czasem jakby ze snu wyrwane, czasem bijące po oczach realizmem, to znów celowym przestylizowaniem, choć tam, gdzie Campbell oddaje pola innym artystom, super nie jest, ale ci na szczęście niewiele tu robią. Bardzo ładnie to wygląda, sam album zresztą też.
Oczywiście dużo rzeczy z tego, co tu widzimy już było. Była taka oniryczno-horrorowa akcja w Ameryce, było parę innych rzeczy, ale nadal jednak to dobrze wypada, bo tu ma takie pewne iście eventowe zacięcie, gdzie dzieje się dużo i z rozmachem. Ot taka całkiem spoko historia, pełna magii i mroku, brutalna, cyniczna i przyjemna w odbiorze, choć jakby stonowana i nieco bezpieczna. Kto lubi serię, a już zwłaszcza „Sandmana” (bo jednak mimo wszystko bliższe to „Sandmanowi” jest niż „Hellblazerowi”), śmiało może, bo naprawdę nieźle jest. Kto nie zna, nie wiem czy jest sens zaczynać w tym momencie, ale za to sens jest polecić „Hellblazera” tak w ogóle, bo niewiele jest serii i bohaterów tak dobrych, jak w tym przypadku.
Informacje:
-
Scenariusz:Simon Spurrier
-
Rysunek:Aaron Campbell
-
Tłumaczenie:Paulina Braiter
-
Wydawnictwo:Egmont
-
Rok Wydania Polskiego:2025
-
Gatunek:Literatura Piękna, Powieść, Komiks, Fantastyka
-
Liczba Stron:368
-
Papier:kredowy
-
ISBN:9788328177093
-
Wydanie:
-
Cena Z Okładki:139,99 zł
-
Ocena:4/6