YodaHulk
Powoli zaczynam eksplorować komiksowe uniwersa Marvela i DC. Bywa to mniej lub bardziej zagmatwane momentami, ale można się z czasem przyzwyczaić. Miłą odskocznią od głównej linii fabularnej obu uniwersum są tzw. „elseworld’y”. Określenia tego stosuje się wobec alternatywnych rzeczywistości tudzież linii czasowych, względem tych głównych. W tą kategorię poniekąd wchodzą też kolaboracje z innymi markami (jak np. wydane w Polsce wspólne przygody Batmana i Wojowniczych Żółwi Ninja). I tak jedną z tych alternatywnych historii wydanych nakładem wydawnictwa Egmont są „Mroczni rycerze ze stali” scenariusza Toma Taylora oraz kreski Yasmine Putri.
Na początku mimo wszystko ocenimy trochę książkę po okładce, a właściwie to pochwalimy, bo to, jak Egmont wydał tu zbiorczo pierwsze 12 zeszytów tejże serii łechta wszystkie moje czytelniczne kubki smakowe. Przede wszystkim potężna gruba okładka z okazjonalnymi błyszczeniami oraz grubym papierze. No i na deser rzecz jasna dodatki w postaci kilku „one shot’ów” oraz okładek alternatywnych. Naprawdę szanuję Egmont za jakość w tej materii.
Ale warto by opowiedzieć czym w zasadzie ta seria się wyróżnia. Bowiem Taylor postanowił umiejscowić akcję w świecie stylizowanym na późne średniowiecze. I tak punktem wyjścia staje się upadek kapsuły uciekającej z umierającego Kryptona. Nie znajduje się w niej jednak młody Clark Kent, a Jor El z ciężarną żoną, a lądują nie w Smallvile a w królestwie rządzonym przez króla Wayne’a.
I tu myślę, że każdy kto nie zna mitologii świata DC odnajdzie się bez żadnego problemu, gdyż każda z postaci jest na tyle ugruntowana w swojej pozycji w ramach tej historii, że nowy czytelnik się bez problemu odnajdzie. Jednocześnie czytelnicy, którzy znają historie oryginalnych postaci będą świetnie się bawić w znajdowaniu smaczków i odkrywania reinterpretacji zastosowanych przez scenarzystów (ja osobiście się zaliczam do tej drugiej kategorii).
Chyba najbardziej podobało mi się to jak został opowiedziany wątek Bruce’a i Alfreda oraz ich rola w ledwo co rozpoczętej wojnie. Całości doświadczenia dopełniają rysunki Yasmine Putri, z której twórczością mam styczność po raz pierwszy, ale definitywnie nie ostatni. Dynamika scen akcji, szczegółowa mimika twarzy, a do tego jaskrawe kolory. Cud, miód i orzeszki.
Oczywiście nie mógłbym pominąć pojawienia się jednej z moich ulubionych postaci w całym DC, czyli Bestii (jako że mamy tu średniowiecze, to nie będzie zbyt wielkim spojlerem zdradzenie, że będą w takim wypadku również smoki). Chyba jednak clue tej historii, przez którą czytałem w ciągle narastającym napięciu jest intryga – przepowiednia o demonach z gwiazd, które mają doprowadzić do zagłady. I jak zwykle bywa przy przepowiedniach, interpretacje są jak… gusta – każdy ma swoje. I tu mamy królestwo rządzone przez Elów, penalizujące supermoce, królestwo Amazonek po środku i negatywnie nastawione królestwo Jeffersona Pierce’a, który uważa Elów za demony z przepowiedni. Całość się gotuje, aż w końcu dochodzi do trzęsienia ziemi, głównego zwrotu akcji i późniejszą próbą zgaszenia powstałego pożaru (po przeczytaniu może ten żarcik do was trafić). No i tutaj brawa należą się Panu Taylorowi za przyrządzenie tego jakże smacznego posiłku fabularnego. Chcę więcej
Tak więc podsumowując czy „Mroczni rycerze ze stali. Wojna Trzech Królestw” to komiks warty polecenia? Jeszcze jak. Czy będę czytał kontynuację? Jak najbardziej. Czy zachęca to czytelnika by zapoznać się ze wcześniejszymi pracami Toma Taylora i Yasmine Putri? Nic tylko brać i czytać.
Dawid Tomaszewski
Miejsce w sadze i koncepcja.
To kolejna odsłona sagi Dark Knights of Steel - jednego z flagowych tytułów linii DC Elseworlds, w której znani bohaterowie DC zostają przeniesieni w realia średniowiecznej fantasy. Wszechzima rozszerza tę koncepcję o nowe, mroźne, silnie inspirowane nordycką/wikińską estetyką terytoria, co samo w sobie jest bardzo trafnym posunięciem - połączenie surowego, brutalnego światopoglądu sagi skandynawskiej z superbohaterską mitologią DC daje naprawdę wybuchową mieszankę tonalną. Album zbiera dwie równoległe historie. Główna, autorstwa Jaya Kristoffa (znanego z bestsellerowych cykli fantasy jak Nevernight Chronicle czy Empire of the Vampire) z rysunkami Tirso, śledzi losy Deathstroke'a - legendarnego najemnika, który w tym uniwersum przemierza zamarzniętą, spustoszoną krainę, zabijając za pieniądze ludzi wskazywanych przez wiecznie skłóconych jarlów. Do tego dochodzi historia poboczna Toma Taylora - twórcy pierwotnej sagi Dark Knights of Steel i Riccarda Federiciego, opowiadająca zupełnie nowe, mieczowo-magiczne pochodzenie Aquamana.
Brutalność jako fundament tonu.
To komiks naprawdę brutalny i krwawy, i to w sposób, który nie jest przypadkowy czy wynikający z przypadku, tylko wynika bezpośrednio z DNA twórczości Kristoffa. To autor znany z tego, że nie oszczędza swoich bohaterów ani czytelników, jego historię regularnie balansują na granicy okrucieństwa, a Wszechzima nie jest tu wyjątkiem. Śnieg pada gęsto, krew płynie czarna (dosłownie, biorąc pod uwagę monochromatyczną stylistykę), a sama koncepcja świata, w którym barwa jest już tylko odległym wspomnieniem, świetnie oddaje ton całości - to kraina, z której życie i nadzieja zostały dosłownie wyssane przez magiczne przekleństwo wiecznej zimy. Ta reinterpretacja Deathstroke'a jako najemnika zmuszonego wbrew sobie do roli niechętnego opiekuna działa naprawdę dobrze - to postać rozdarta między cynicznym profesjonalizmem zabójcy a resztkami człowieczeństwa, którym próbuje się nie kierować. Kristoff wplata w to swój charakterystyczny, ostry, czasem sarkastyczny humor w dialogach, co skutecznie równoważy ciężar fabuły, nie osłabiając przy tym jej mrocznego charakteru - wręcz przeciwnie, ten kontrast między czarnym humorem a bezwzględną przemocą tylko wzmacnia wrażenie.
Dwa style, dwa światy wizualne.
To, co wyróżnia to wydanie, to zestawienie dwóch bardzo różnych podejść rysunkowych, przypisanych do dwóch osobnych historii. Tirso operuje niemal całkowicie zdesaturowaną, czarno-białą (z rzadkimi akcentami koloru) kreską, pełną drobiazgowego detalu, ta stylistyka doskonale oddaje surowość i brutalność zaśnieżonego świata, w którym rozgrywa się historia Deathstroke'a. Brak koloru nie jest tu ograniczeniem, tylko świadomym narzędziem narracyjnym – wzmacnia wrażenie chłodu, pustki i bezwzględności krainy, w której nawet krew traci swoją charakterystyczną czerwień. Riccardo Federici w historii pobocznej o Aquamanie proponuje zupełnie inny, bardziej malarski i sарwny styl, bliższy jego wcześniejszym pracom przy Fellspyre Chronicles - co tworzy ciekawy kontrast tonalny w ramach jednego wydania. Obie historie, mimo różnic stylistycznych, łączy jednak wspólny mianownik: rozmach w scenach batalistycznych i umiejętność budowania napięcia poprzez samą kompozycję kadru, a nie tylko treść dialogów.
Fabuła (bez większych spoilerów).
Wątek Deathstroke'a to opowieść o mężczyźnie zmuszonym skonfrontować się z grzechami własnej przeszłości w trakcie polowania na mrocznego czarnoksiężnika odpowiedzialnego za Wszechzimę - po drodze pojawia się także wątek związany z jego żoną Adeline i Vandarem Savage'em, co dla czytelników znających poprzednie odsłony sagi Dark Knights of Steel będzie szczególnie satysfakcjonującym rozwinięciem. Historia poboczna Taylora i Federiciego z kolei opowiada o osieroconym dziecku, dziedzicu tronu Atlantydy, którego przyszłe panowanie może przynieść światu zarówno przyszłość, jak i grozę - to intrygujące, dwuznaczne otwarcie dla znanej postaci, przepisanej tu w duchu mieczowo-magicznej fantastyki.
Podsumowanie.
Wszechzima to udane rozszerzenie sagi Dark Knights of Steel - konsekwentnie trzyma się mrocznego, brutalnego tonu, jaki ta linia zbudowała od początku, jednocześnie wnosząc świeże, nordycko-fantastyczne realia i dwa mocne, choć stylistycznie odmienne zespoły twórcze. To komiks dla czytelników, którzy cenią sobie dojrzałą, bezkompromisową fantastykę, nie bojącą się przemocy i moralnej szarości swoich bohaterów. Komiks oceniam bardzo dobrze jest brutalny, krwawy i wizualnie wyrazisty, z mocną charakteryzacją Deathstroke'a i ciekawym kontrastem dwóch stylów rysunkowych, które razem tworzą spójną, choć surową całość.
Dodaj komentarz