Wielkie Piękno

Zwiastun:

Opis:

Agniecha

Film o którym zrobiło się głośno na wiele sposobów. Jedni zachwalali upodobanie Sorrentino do kina Felliniego, a inni skrytykowali chaotyczność, całkowitą niespójność. Cały świat usłyszał jednak o „Wielkim pięknie" w chwili, kiedy tytuł ten otrzymał najważniejszą statuetkę branży filmowej- Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Niektóre z wyborów są zazwyczaj traumatyczne, ale teraz kiedy przyszło mi zapoznać się z tym niekonwencjonalnym obrazem, mogę otwarcie powiedzieć, że rozumiem. Teraz dzięki Galapagosowi DVD zawitało na półki sklepowe i każdy kto ma chęć, może sięgnąć po tę odrobinę piękna...
Jep Gamberdella (Toni Servillo) jest poczciwym staruszkiem, mężczyzną przystojnym i z wielką klasą, który swego czasu napisał powieść przynoszącą mu wielką sławę i uznanie. Dzięki temu ma teraz całe spore grono przyjaciół, z którymi może uczestniczyć w najrozmaitszych imprezach i wydarzeniach kulturalnych. Teraz kończy 65 lat i oczywistym jest, że z tej okazji urządza on huczną balangę. Jednakże gdy dowiaduje się, że jego pierwsza miłość zmarła sam zatraca się w swoich wspomnieniach niespełnionej miłości i dawnych ambicji. Przechadza się więc włoskimi uliczkami, ciesząc się życiem i rozmyślając nad powrotem do pisarstwa.

 

Najnowszy obraz Paolo Sorrentino to dla mnie dziewicza podróż w zupełnie inne, stonowane rejony kina europejskiego. Jak się okazuje- wyprawa niezwykle wyboista, z chaosem twórczym, który zapanował w fabule, której w zasadzie w ogóle nie ma. Bez jakiejś konkretnej narracji, bez konkretnie poukładanych partii filmowych, bez jakiejkolwiek ciągłości i sensowności toczy się chyba jeden z najcięższych historii jaką przyszło mi oglądać. „Wielkie piękno" to przede wszystkim opowieść o tym dużym światku artystycznym, do którego każdy wnosi coś innego. Sztuka to pojęcie względne, co bardzo dobitnie zostaje w filmie przedstawione, objawiające się pod postacią zapłakanego dzieciaka uzewnętrzniającego swoje wewnętrzne demony na płótnie, czy też porywającego striptizu. Twórcy spostrzegają, że ten cały artyzm dla każdego jest czymś odmiennym, a i każdy widz postrzegać to będzie inaczej. W tym świecie pełnym pięknych interakcji z kulturą pojawia się zwykły nadzwyczajny człowiek. Przystojny uwodziciel, który czepie z życia pełnymi garściami. W końcu jednak przychodzi mu się zatrzymać, zderzyć z rzeczywistością. Jego huczne imprezy, niczym u Gatsby'ego zagłuszają jedynie przeszłość dobijającą się do jego serca. Teraz musi stawić czoła nieuchronnie upływającym latom, gdy miłość jego życia ginie. Pamięcią wraca to tych niezapomnianych nigdy chwil, kiedy był szczęśliwy i nie potrzebował całej tej otoczki do realizowania swoich pragnień i bycia tym, kim chciał być.

 

Nad pięknem fabuły można by się mocno zastanawiać, choć faktycznie jest intrygująca. To co jest jednak pewne, to cudowność samej strony technicznej filmu. Zdjęcia niesamowicie klimatyczne, ujęcia nie tylko samych bohaterów filmu, ale przede wszystkim cudownego Rzymu. Magiczne uliczki pełne kwiatów i starych bruków, coś wspaniałego co ogląda się naprawdę dobrze. Nawet wszystkie prezencje sztuki wyglądają tak, jakbyśmy byli uczestnikami tego wydarzenia, jak gdybyśmy stali w tym samym tłumie co Jep i przyglądali się nietypowym eksperymentom twórczym. Montaż tutaj zasługuje na uznanie, gdyż to właśnie jego niebanalność stanowi klucz do sukcesu tego obrazu. Przy takiej pracy nawet sceny z burdelu, czy imprezy pełnej nagości, potrafią być ujmujące. A jak jeszcze do tego zaangażuje się muzykę skomponowaną przez Lele Marchitelli to jest to nie tylko balsam dla oczu, ale również i uszu. Dorzuciwszy do tego utwory typu „I Lie" z muzyką Davida Langa, czy najrozmaitsze symfonie, a nawet polskie akcenty pod postacią „Dies Irae" Zbigniewa Preisnera, wszystko zyskuje majestatycznego, nieco duchowego charakteru. Natomiast kawałki typu „Far L'Amore" są bardziej dyskotekowym akcentem. Świetnie sprawdzają się także znane utwory zaaranżowane na potrzeby tego obrazu, jak przykładowo „There must be an angel" w wykonaniu Lorraine Bowen. Choć soundtrack jest tutaj najrozmaitszy, a imprezowe rytmy przeplatają się z chóralnymi dźwiękami, to wszystko to potrafi się odnaleźć w tym włoskim krajobrazie, wspaniale wypełniając wszelkie luki pozostawione przez scenariusz.

 

Oceniać aktorstwo w filmie „Wielkie piękno" to jak stwierdzić, że ktoś źle odegrał swoje życie. Bohaterowie są tutaj zwyczajnymi ludźmi, z którymi każdy z nas może się bez problemu utożsamiać. Oczywiście spośród nich wszystkich najbardziej wyraźny jest Jep, a w tej roli boski Toni Servillo. Gwiazda włoskich produkcji idealnie wkomponowuje się w styl nakreślony dla podstarzałego, zmęczonego bujnym życiem człowieka. Charyzmatyczny, przyjemny, choć nie do końca dynamiczny. Cieszy jego obecność i wydaje się, że jako czołowa, najważniejsza postać filmu, nie mogłoby go tu zabraknąć, w takiej właśnie formie.
Nic nie jest tutaj ewidentną konsekwencją wcześniejszych wydarzeń. Nic się ze sobą nie łączy, a ewentualne zgony jedynie ocierają się o widza wbijając się na stałe w postać bohatera. Ocenę fabularności „Wielkiego piękna" potraktować można by jako określenie sztywnych ram ludzkiego życia i wyznaczanie, które wydarzenia są mniej, bądź bardziej znaczące dla kształtowania przyszłego charakteru. Wszystko co tutaj się dzieje ma ścisły związek z głównym bohaterem oraz jego zamiłowania do sztuki. Przejawia się to w tak niecodziennym podejściu do operowania zdjęciami, łączenia ze sobą różnych faktur obrazów i muzyki. Wszystko to wygląda pięknie, a ogólnie przesłanie dociera chyba do każdego, aczkolwiek jest to wielce ciężkostrawny twór, który nie każdemu przypasuje do gustu.

 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Wielkie Piękno

Dodatkowe informacje:

Na naszej stronie nie stosujemy reklam. ;)
Prosimy o dodanie naszej witryny do białej listy.
Ustawienia przeglądarki lub Biała lista (adblock)