Mad Max: Na Drodze Gniewu

Zwiastun:

Opis:

Protzner

Wysoki poziom rozrywki

 

Klasyczny już tytuł „Mad Max" kojarzy się bardzo jednoznacznie: z akcją, pościgami i wybuchami osadzonymi w klimacie bliżej niezdefiniowanego, post apokaliptycznego świata. Najnowsza odsłona historii Szalonego Maxa nie oferuje wiele więcej, ale czy to na pewno wada? Niekoniecznie. Film nie pozwala na choćby chwilę wytchnienia, dwie godziny przelatują przed oczami jak... No właśnie: jak pędzące przez pustynię samochody.

 

Jak to jest z tym Maxem?

 

„Na Drodze Gniewu" wyreżyserował George Miller, twórca, który zapoczątkował już w 1979 roku całą serię. Ile się od tamtego czasu zmieniło? Niewiele. Mogłoby się wydawać, że poza bardziej spektakularnymi efektami i (nie całkiem) nową gamą aktorów w filmie nie ma niczego nowego. Widz dostaje dwie godziny nieprzerwanej akcji połączonej prostą fabułą, wydarzenia bez ustanku pędzą nie dając czasu na refleksję. Czego się w końcu można spodziewać po produkcji, która zamiast scenariusza powstała na bazie... komiksu? Właśnie tak, za scenariusz posłużyło 3,5 tysiąca paneli rysunkowych autorstwa znanego fanom komiksów Brendana McCarthy.

 

O co w takim razie chodzi? Historia toczy się (dosłownie, bo scen w których nikt nigdzie akurat nie jedzie jest jak na lekarstwo) gdzieś w post apokaliptycznym świecie, w którym rządzą klany kierowane przez brutalnych władców. Podobnie jak w poprzednich częściach, głównym środkiem lokomocji są podrasowane samochody i motocykle (arcydzieło scenarzystów, ale o tym za chwilę), a motywem działania, oczywiście, pieniądze w formie paliwa i wody. Akcja skupia się wokół Cesarzowej Furiosy, wysłanej przez tyrana – Wiecznego Joe z transportem dla pozostałych potentatów pustynnego świata: - Ludożercy i Farmera Kul. Jak się okazuje, posłanniczka zdradza i porywa konkubiny władcy, by wraz z nimi schronić się w leżącej gdzieś wśród piasku Oazie. Tytułowy Max dołącza do akcji niby przypadkiem. Jest typem zniszczonego psychicznie samotnika, dopiero wir akcji osadza go w roli swego rodzaju zbawiciela.

 

Fabularnie, „Mad Max: Na Drodze Gniewu" stanowi kontynuację nie tyle historii samego Maxa, ile całego uniwersum rozwijanego od pierwszej odsłony aż do teraz. Owszem, nawiązania do poprzednich części są oczywiste i stanowią logiczną całość z nową produkcją, ale nie o to tu chodzi. W gruncie rzeczy można by oglądać dzieło Millera nie mając bladego pojęcia o wcześniejszych filmach, odbiór pozostaje ten sam. Już parę minut od rozpoczęcia seansu przestajemy sobie zadawać zbędne pytania, jak na przykład - „kto to właściwie jest?", „dlaczego przedstawiono świat w taki sposób?", czy „dlaczego jedni walczą z drugimi?". To niepotrzebne. Cel jest zupełnie inny: niezmącona niczym akcja.

 

Wizualna uczta

 

Najbardziej, jak mi się zdaje, przykuwa uwagę staranność z jaką wykonano scenografię. Każdy pojazd, postać, sceneria jest dosłownie oklejona szczegółami. Zdecydowanie, film skupia się na przekazaniu odbiorcy widowiska przez duże W. Nawet stroje postaci są wymyślone i stworzone z najwyższą dbałością o szczegóły. Warto zwrócić uwagę na strój Wiecznego Joe z przezroczystą zbroją i zębatą maską oraz pojazd, którym tyran się porusza, będący w gruncie rzeczy dwoma zespawanymi karoseriami na monstrualnym zawieszeniu.

 

Do stworzenia elementów otoczenia wykorzystano głównie surowce wtórne, znalezione na złomowiskach. Montaż samych maszyn wymagał przerobienia i zespawania karoserii blisko 350 starych samochodów. Wystroje wnętrz składają się w znacznej mierze ze starych puszek po konserwach, elementów stalowych konstrukcji, starych blach. Nadaje to całości swego rodzaju aurę autentyczności, o którą – w dobie efektów komputerowych – trudno w produkcjach osadzonych w fikcyjnych światach.

 

Całości dopełnia właśnie minimalizacja udziału komputerów w oprawie graficznej. Do wykonania scen pościgów i walk zatrudniono zastępy kaskaderów specjalizujących się w konkretnych zadaniach, dzięki czemu zobaczymy akrobatów bujających się na ruchomych drągach przyczepionych do pędzących samochodów, motocyklistów skaczących po skalnych urwiskach... Do wyboru, do koloru. Zdecydowaną większość scen akcji odegrano naprawdę, co podczas oglądania wyraźnie widać. W efekcie akcja wciąga o wiele bardziej niż tak popularne w naszych czasach, komputerowo rysowane sceny.

 

Przy okazji, mamy tu do czynienia z prawdziwą obfitością smakowitych kąsków dla zapalonych poszukiwaczy nawiązań. Na pierwsze miejsce wysuwa się obsadzenie w roli głównego czarnego charakteru – Wiecznego Joe – Hugha Keyas-Byrnea, czyli psychopatycznego Obrzynacza z pierwszej odsłony Mad Maxa. Samochód „pierwszego" Maxa, sławny Interceptor, również pojawia się na ekranie, wraz z miniaturową katarynką na korbkę i nieśmiertelną skórzaną kurtką stanowiącą już swego rodzaju symbol. To oczywiście jedynie przykłady, wymieniać można w nieskończoność.

 

By jeszcze bardziej napędzić i tak już rozhulany do nieprzyzwoitości film, okraszono go doskonale dobraną muzyką twórcy Toma Holkenborga, znanego z oprawy do takich pozycji jak „300: Początek Imperium" czy „Niezgodna". Ścieżka dźwiękowa jest zróżnicowana i, co najważniejsze, pięknie skorelowana z obrazem. Jednym z najlepszych pomysłów reżysera, jak się zdaje, było ustawienie wśród samochodów ruchomej sceny ze ścianą głośników i podwieszonym na gumach gitarzystą, przygrywającym wojennej brygadzie podczas pościgów.

 

Post nuklearne aktorstwo

 

W stronę Toma Hardy odgrywającego główną rolę należy się głęboki ukłon. Na jego przykładzie dowiemy się, ile można przekazać za pomocą samych pomruków i chrząknięć. Pełne zdania wypowiedziane przez Maxa podczas całego filmu można policzyć na palcach jednej ręki, co w gruncie rzeczy bardzo pasuje do postaci gburowatego, samotnego osobnika, którego jedynym celem jest przetrwanie za wszelką cenę. Niemniej, uprzejmie proszę nie oczekiwać wiele po głównym bohaterze. Zdecydowanie nie jest to rola wybitna, co najwyżej ciekawa.

 

Na tle aktorskiego całokształtu można zauważyć parę perełek. Mamy więc wspomnianego już Hugh Keyas-Byrnea, który pokazał wiele charyzmy, ale ani razu nie pokazał twarzy. Jest również Charlize Theron, która udowadnia, że można być jednocześnie uwalaną w smarze, zatwardziałą, brutalną i w pewien sposób atrakcyjną, oraz schowany za jej plecami, miniaturowy harem konkubin Wiecznego. Na pierwsze miejsce wybija się jednak pozornie nieważna postać Trepa imieniem Nux, granego przez Nicholasa Houlta. Doskonale udało się aktorowi znanemu między innymi z paru części „X-men" odegrać zdecydowanie bardziej złożoną niż zwykle postać, jednocześnie pełniącą rolę „drużynowego błazna" i zagubionego, skrzywionego psychicznie fanatyka przechodzącego na jasną stronę.

 

Czy autor miał coś na myśli?

 

Widzowie z niezdrową tendencją do interpretacji każdego filmu, jaki się im podsunie, też mogliby tu znaleźć coś dla siebie. Byłyby to interpretacje bardzo naciągane, a jednak – możliwe.

 

Na głównym planie mamy więc prostą metaforę dzisiejszego świata zniewolonego przez żądnych pieniędzy potentatów i rozpaczliwą próbę ratowania przed nimi wartości. Motyw nasion zebranych przez jedną z bohaterek będzie tu symbolem nadziei, zaś porwane konkubiny w białych strojach to, rzecz jasna, czystość i piękno. Tymczasem po drugiej, ciemnej stronie barykady stał będzie tyran, pompujący w głowy swych podwładnych religijny bełkot (zapożyczona z mitologii nordyckiej Valhalla i obietnica spełnienia przez śmierć w walce) i roszczący sobie prawo posiadania zarówno surowców, jak ludzi.

 

To oczywiście nie wszystko. Dosyć silnie zaznaczony jest motyw wyzwolenia kobiet spod rządów seksistowskiego Wiecznego Joe, traktującego je jako przedmioty służące do prokreacji. Silna i niezależna Furiosa odgrywa tu rolę przewodniczki, prowadzącej konkubiny pod skrzydła klanu starszych pań zajmujących się spokojnym (czy aby na pewno?) zbieraniem i przechowywaniem nasion. W każdym razie z dala od wykorzystania i przedmiotowego traktowania. Paradoksalnie, aby tego dokonać, potrzebny był im Max, czyli męski bohater przez większość filmu mający uciekające kobiety po prostu głęboko gdzieś.

 

Osobiście wciąż jestem zdania, że film o wiele lepiej ogląda się biorąc go takim, jakim jest. Bez doszukiwania się ukrytych znaczeń i analogii. Motyw post apokaliptycznego świata jest już mocno ograny, a zadawane w kółko pytanie „kto zabił świat?" nie daje już tak bardzo do myślenia, jak kiedyś. Tu liczy się coś innego.

 

„Mad Max: Fury Road" to kino akcji w pełnym tego słowa znaczeniu. Równie dobrze mógłby nie mieć fabuły i nadal bawić widza. Dlatego jeśli ktoś szuka w filmie czegoś więcej niż obrazu i muzyki połączonych w rozmazany, zakurzony pościg przez pustynię w takt wojennych bębnów i gitary, niech lepiej obejrzy coś innego. Fanom widowiskowych filmów akcji w mistrzowskim wydaniu – gorąco polecam.

 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Mad Max: Na Drodze Gniewu

Dodatkowe informacje:

Na naszej stronie nie stosujemy reklam. ;)
Prosimy o dodanie naszej witryny do białej listy.
Ustawienia przeglądarki lub Biała lista (adblock)