Kwiaty Wojny

Zwiastun:

Opis:

Mike Moriarty

Film „Kwiaty wojny" był już na łamach Esensji recenzowany przez Jarosława Loretza, jego zwięzły opis i komentarz jest jednak, moim zdaniem, zdecydowanie zbyt uproszczony. Film jest nieodrodnym dzieckiem kultury chińskiej i choć scenarzysta wraz z reżyserem dokładają wszelkich starań, by i widz zachodni pojął zasadniczy zrąb tła oraz wydarzeń, o tyle film ten ma znacznie głębsze przesłanie oraz symbolikę, niż ta streszczona w owej recenzji. Przez długie lata zgłębiając się w kulturę chińską, mam nadzieję wyjaśnić choć część owego przesłania polskiemu widzowi.

 

Tło wydarzeń

 

Wydarzenia pokazane w filmie zajmują zasadnicze miejsce w chińskiej masowej świadomości historycznej. W pierwszych latach XX wieku słabe, przeraźliwie biedne i doszczętnie rozbite politycznie Chiny były upokarzane i pomiatane już nie tylko przez globalne imperia Wielkiej Brytanii czy Francji ale przez tak trzecioligowe samozwańcze „mocarstwa", jak Włochy czy, o zgrozo!, Austro-Węgry. Ponowne zjednoczenie i unowocześnienie Chin rozpoczęli w pierwszych latach XX wieku republikańscy zwolennicy modernizacji zebrani w tak zwaną Partię Narodowo-Rewolucyjną, na świecie i w Polsce lepiej znaną jako Kuomintang. Ośrodkiem i źródłem władzy Kuomintangu było południe Chin (północ kraju kontrolowali konserwatyści), dlatego stolica ówczesnego państwa chińskiego znajdowała się nie w Pekinie, ale właśnie na południu, w Nankinie. Symbolem odrodzenia nowoczesnych Chin było nowe godło narodowe – białe słońce na niebieskim tle, które zastąpiło tradycyjnego cesarskiego złotego smoka.

 

Odrodzenie Chin budziło zdziwienie i uznanie Zachodu, ale głęboki strach w Japonii, która, jako sąsiad Chin, czuła się szczególnie zagrożona powrotem Chin do grona państw – jeśli jeszcze nie zdrowych, to chociaż ponownie żywych. I podobnie, jak w czasach rozbiorów silne, ale małe terytorialnie i ludnościowo Prusy za żadną cenę nie mogły dopuścić do odrodzenia Rzeczpospolitej, doprowadziły przeto do jej całkowitej likwidacji, tak samo Japonia uderzyła na Chiny w 1937 r., właśnie wtedy, gdy proces ozdrawiania zaczął nabierać wyraźnego tempa. Ta niesprowokowana agresja została potępiona przez cały świat, Japonia została za nią usunięta z Ligii Narodów. Żadne jednak zachodnie państwo demokratyczne nie było wówczas na tyle silne, by stanąć zbrojnie po stronie Chin. Chiny były zdane całkowicie na siebie, co zostawiło w ich mentalności znacznie głębszą ranę, niż owa bierna „dziwna wojna", którą Francja i Anglia toczyły z Niemcami w 1939 roku w obronie swego polskiego sojusznika.

 

Japonia, atakując Chiny, liczyła na błyskawiczne zwycięstwo, podobne do tego odniesionego w czasie poprzednich agresji: w 1895 i w 1932 roku. Zaciekły, długotrwały i skuteczny opór chińskiej armii – przedmiot dumy Chińczyków do dnia dzisiejszego – całkowicie zaskoczył, a potem i rozwścieczył Japończyków, którzy na oczach świata tracili prestiż uzyskany w latach wcześniejszych. Wstyd i wściekłość pchnęły Japończyków do bezprecedensowej w swym okrucieństwie zbrodni wojennej w Nankinie, w której skala śmierci, gwałtu i zniszczenia znacznie przekroczyła choćby te poniesione w czasie powstania warszawskiego 1944 roku – a brutalności dodaje jej fakt, iż skumulowała się w kilka dni, a nie, jak w Warszawie, rozciągnięta była na miesiące. Skala destrukcji i rzezi była tak wielka, iż stanowcze protesty składali nawet przedstawiciele III Rzeszy, zszokowani zbrodniami japońskich żołnierzy.

 

Polacy często mają żal do Zachodu o nieznajomość naszej historii, z reguły jednak nie interesują się historią innych narodów, a już na pewno nie mają cierpliwości do zastanawiania się nad ich perspektywą wydarzeń. Śmiejemy się z przekonania Amerykanów i Rosjan, że II wojna światowa zaczęła się w 1941 roku. Sami jednak nie zdajemy sobie sprawy, iż dla Azjatów, początek tamtej wojny to nie rok 1939, ale właśnie 1937. W obecnej kulturze Chin, mit oporu Nankinu i Szanghaju jest co najmniej równie silny, jak w Polsce mit Westerplatte czy mit powstania warszawskiego. Opowiadają o okrutnym i znacznie silniejszym najeźdźcy, którego powstrzymuje osamotniona garstka bohaterów, ulegających w końcu brutalnej sile agresora, który bestialsko mści się potem za urojone upokorzenie na bezbronnych cywilach. Chińczycy czują się dotknięci zachodnią obojętnością i ignorancją wobec tamtych wydarzeń co najmniej tak samo, jak Polacy, gdy ktoś użyje zwrotu „polskie obozy koncentracyjne".

 

Odważne odejście od utartych stereotypów chińskiej kultury masowej

 

Chińczycy, podobnie jak Polacy - i zupełnie odwrotnie, niż Japończycy - kochają swoją historię i głęboko się nią fascynują. Przy wielu zaletach tego stanu rzeczy, powstaje też i jedna jego wada: historia taka szybko ulega mitologizacji i zaczyna być rozumiana w barwach czarno-białych. Film o Nankinie wykonany w taki sposób jak „Kwiaty Wojny", wymagał od reżysera sporej odwagi, gdyż śmiało przełamywał wiele stereotypów od dekad istniejących i troskliwie pielęgnowanych w chińskiej świadomości. Myślę, iż tylko ktoś o autorytecie równym temu Yimou Zhanga mógł odważyć się na podobny krok bez oskarżenia o zdradę czy serwilizm, choć nie wątpię, iż nadal wielu chińskich widzów tak właśnie ów film zrozumiało.

 

Na czym polega owa odwaga reżysera? Film bez pardonu i z pełną ostrością rozlicza Japończyków za ich okrucieństwo, ale jest to absolutnie pierwszy znany mi film chiński o tej tematyce, który nie rozprawia się jednocześnie z rzekomą współodpowiedzialnością Zachodu za tę tragedię. Wręcz przeciwnie – zamiast wypominania Europie i Ameryce nierównych traktatów i okupacji eksterytorialnych dzielnic w głównych miastach chińskich, film z dużą dozą złośliwej satysfakcji wielokrotnie wspomina o strachu i szacunku, żywionym przez Japończyków wobec USA i mocarstw zachodnich. Sam bohater, John Miller, trzyma przy sobie flagę amerykańską jako najlepszą gwarancję przeżycia w tym mieście śmierci. I o ile flaga Czerwonego Krzyża została na filmie wielokrotnie przez Japończyków sprofanowana, o tyle żaden z nich nie wykazał tej samej śmiałości wobec flagi amerykańskiej. Ukazanie powagi, jaką cieszyły się „gwiazdy i pasy" w tak odległym od USA miejscu to dla filmu chińskiego zdarzenie, według mojej wiedzy, absolutnie bez precedensu.

 

Drugim wyłomem w zmitologizowanej świadomości historycznej Chin jest samo miejsce akcji – katedra katolicka w Nankinie. Chińczycy tradycyjnie są niechętni religii chrześcijańskiej jako głęboko sprzecznej z ich narodową tradycją i mentalnością konfucjanizmu. Przed 1949 rokiem, liczne i politycznie bardzo wpływowe misje chrześcijańskie w Chinach krzewiły religię masowo pozbawiając Chińczyków ich pięćdziesięciowiekowej kultury i zastępując ją zupełnie odmiennym systemem moralności i mentalności. Z tego powodu, pamięć o nieudanej chrystianizacji Chin budzi w tamtym kraju niechęć podobną lub nawet silniejszą do tej, którą czują Polacy wspominając najmroczniejsze czasy rusyfikacji, germanizacji czy czasy stalinowskiej próby przeorania polskiej kultury narodowej. Widz polski, przyzwyczajony kojarzyć katolicyzm i księży właśnie z obroną tradycyjnej kultury, a nie z jej utratą, bardzo łatwo przeoczy ten wątek i nie zrozumie radykalizmu i odwagi, jakiej wymaga od chińskiego reżysera uczynienie pozytywnym bohaterem filmu katolickiego księdza – choćby i udawanego.

 

Trzecią niespodzianką była dla mnie polityczna wymowa owego filmu. Mainstreamowe filmy chińskie – jest tak zresztą na całym świecie, a na pewno w USA i w Polsce – z reguły wykonują jakiś ukłon wobec aktualnego systemu politycznego. W swych poprzednich filmach Yimou Zhang dyskretnie wychwalał specyficznie chińską praworządność konfucjańską oraz ideę państwowej jedności narodu chińskiego, szczególnie aktualną w kontekście utrzymującego się podziału na Chiny kontynentalne oraz Tajwan („Hero"), krytykował feudalny despotyzm („Dom latających sztyletów") czy stary system moralny („Zawieście czerwone latarnie"). Jednakże „Kwiaty wojny" łamią wiele z dotychczasowych zasad. Na monumentalnego superbohatera wykreowano w filmie majora Li, który był przecież oficerem w armii Kuomintangu, zaciekłego przeciwnika obecnie władających Chinami komunistów. Film wielokrotnie ukazuje nadal wyklęte w Chinach biało-niebieskie słoneczka, symbol Kuomintangu, ani razu nie widać zaś żadnej czerwonej gwiazdy. Nikt z bohaterów filmu nie jest też komunistą – a bez żadnej szkody dla prawdy historycznej można by paru tam umieścić. Odwagę takiej decyzji doceni tylko garstka widzów zachodnich, zszokuje ona jednak wielu Chińczyków.

 

flowers-of-war-1-0

 

Myślę, że jeszcze przez pokolenia nie powstanie w Chinach film o tamtych czasach, gdzie pozytywnym bohaterem będzie Japończyk, a już zwłaszcza japoński żołnierz. U nas, postać Wilma Hosenfelda, kapitana Wehrmachtu, który uratował polsko-żydowskiego pianistę Szpilmana, pojawiła się na ekranie dopiero w 2002 roku. Wcześniejsze pozytywne kreacje żołnierzy Osi w mainstreamowym filmie sprowadzają się, według mojej wiedzy, do sympatycznego, gapowatego włoskiego szeregowca, który w komediowym filmie z 1964 roku („Giuseppe w Warszawie") przypadkowo ląduje w szeregach polskiej partyzantki – musimy jednak pamiętać, iż uczucia Polaków do Włochów, zresztą z wzajemnością, pozostawały z reguły ciepłe nawet w czasie ostatniej wojny. Wobec głębokiej, powszechnej i autentycznie żywej niechęci - by nie powiedzieć nienawiści - zdecydowanej większości Chińczyków do Japonii, umieszczenie w filmie japońskiego pozytywnego bohatera spowodowałoby odrzucenie filmu, a najprawdopodobniej w ogóle uniemożliwiłoby jego powstanie. Yimou Zhang w żaden sposób nie usprawiedliwia więc ani nie wybiela Japończyków, ale mimo wszystko bardzo subtelnie stara się ukazać, iż także wśród nich nie wszyscy byli drapieżnymi bestiami pozbawionymi wszelkiej moralności. Na ekranie pojawia się postać majora Hasegawy, który postępuje tak samo okrutnie, jak cała reszta japońskich agresorów, w odróżnieniu od nich robi to jednak z obowiązku, nie z wrodzonego okrucieństwa i z upodobania. Rozróżnienie jest bardzo subtelne, a czerń ledwie tylko zmienia się w nadal bardzo mroczną szarość, ale już ów niewielki ruch wymagał od chińskiego reżysera potężnej i bardzo długiej batalii z instytucjami dostarczającymi mu funduszy oraz udzielającymi zgody na film. Chińczycy widzą swoje historyczne relacje z Japonią w sposób radykalnie zerojedynkowy, podobnie jak my nasze z Niemcami jeszcze kilka dekad temu. Odejście od tej linii jest niemal niezauważalne dla zachodniego widza, przyzwyczajonego do pozytywnych japońskich kreacji historycznych, ale w Chinach jest to niemalże nie do pomyślenia.

 

I wreszcie ostatni akt odwagi – film ukazuje, chociaż zdawkowo, zjawisko chińskiej kolaboracji. Ruch oporu wobec okupanta był spontaniczny, powszechny i bardzo intensywny od pierwszych do ostatnich minut wojny, ale duże grupy chińskiego społeczeństwa, zwłaszcza w miastach, decydowały się na bierność lub na współpracę z Japończykami. W Nankinie grupa byłych polityków Kuomintangu na czele z byłym premierem Wang Jingwei na czele, utworzyła nawet chiński rząd kolaboracyjny, podobny do rządu Quislinga w Norwegii czy marszałka Petaina we Francji-Vichy. To bardzo wstydliwa karta historii Chin i widoczna w filmie bardzo delikatna próba jeśli nie usprawiedliwienia, to przynajmniej wyjaśnienia tej postawy, jest aktem sporej odwagi.

 

Widz zachodni od wielu dekad przyzwyczajany jest do tego, że srebrny ekran tym chętniej gwałci i profanuje wszelkie ołtarze mentalnych świątyń świadomości i kultury, im większą cześć i powagę wcześniej do nich przywiązywano. Zasada współczesnego filmowca Zachodu mówi - w im większe szambo wepchniesz posąg świętości, tym głośniej będą o tobie mówić. Kraje kultury wschodniej nie uznają jednak takiego liberalizmu idei, znacznie poważniej traktując masową tradycję, nawet jeśli z czasem ulega ona uproszczeniu i mitologizacji. Film „Kwiaty wojny" idzie na przekór tej wschodniej mentalności. Ukazanie żołnierza armii Kuomintangu w jego bohaterskiej walce do śmierci jest jeszcze może nieprzesadnie zaskakujące, bo mimo białego słoneczka Kuomintangu na hełmie nadal był on Chińczykiem i walczył ze znienawidzonym japońskim agresorem. Jednakże postać Amerykanina, w dodatku księdza, i to jeszcze katolickiego jako głównego pozytywnego bohatera filmu to ze strony twórców filmu objaw odwagi tak radykalnie wielkiej, że dla mnie – w kontekście chińskiej świadomości i tradycji – niemalże niepojętej. Dodatkowa obrazoburczość wzmianki o kolaborantach oraz postać japońskiego majora Hasegawary powodowały, iż dla chińskich władz akceptujących produkcję filmu, zgoda na niego była bardzo trudna i w historii chińskiego kina - absolutnie bezprecedensowa.

 

Symbolizm filmu to wiadomość od chińskich władz do społeczeństwa?

 

W kontynentalnych Chinach nic takiej rangi, jak finansowana setką milionów dolarów państwowych pieniędzy megaprodukcja filmowa nie dzieje się przypadkiem. Moim zdaniem, zgoda na film o takiej treści i takiej symbolice jest sygnałem, który władze chińskie wysyłają do swego własnego narodu.
Władze chińskie nie rozmawiają ze swoim społeczeństwem na nasz, zachodni sposób. Znakiem zmiany w tej czy innej polityce są nie konferencje prasowe czy komunikaty, ale symboliczne czyny i gesty, na pierwszy rzut zachodniego oka zupełnie nie powiązane z mającą nastąpić zmianą. (Przykład: chińskim wstępem do wizyty prezydenta Nixona w Chinach był... turniej ping-ponga.) Sam język chiński i jego gramatyka posługują się bardzo obficie symboliką, co wielce utrudnia prowadzenie rozmowy wprost i bezpośrednio na temat, jak my jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Mówienie wprost jest w Chinach uważane za odrażający brak kultury. Ale ach!, jak Chińczycy kochają alegorie i symbolizm! A film jest symbolami wręcz przesycony. Zwróćcie choćby uwagę na scenę, w której Amerykanin John Miller oszukuje Japończyków i aktem wielkiej pomysłowości i odwagi odzyskuje struny do tradycyjnego instrumentu Yu Mo. Trzy struny instrumentu są czerwone od krwi zamordowanej przez Japończyków Chinki, ale czwarta, ostatnia struna jest śnieżnobiała. Grając na nich, Yu Mo jest w stanie zaśpiewać historyczną pieśń dla dodania otuchy przyjaciołom przed ostatnim, desperackim starciem z Japończykami.

 

Jaki więc sygnał wysyła film widzowi chińskiemu? Chiny tradycyjnie mają bardzo silną i dziś nadal bardzo żywą tendencję do samoizolacji, a przekonanie o swojej kompletności i samowystarczalności jest bardzo głęboko wpojone w tradycyjną mentalność i kulturę tego kraju. Film ukazujący epizod historyczny, w którym Chiny autentycznie nie były w stanie samodzielnie poradzić sobie z głównym zadaniem każdego państwa – z obroną swego ludu i niepodległości oraz czyniący bohaterem właśnie Amerykanina, który mimo wszystkich swoich wad, mimo swojej chciwości, nieokrzesania, absolutnie barbarzyńskiej bezpośredniości, mimo całej swej śmieszności i niezrozumiałości, stopniowo staje się wobec Chińczyków szczerze życzliwy i łączny się z nimi w ich wspólnym wysiłku. Moim zdaniem w filmie zawarta jest teza, którą władze poddają w ten sposób narodowi pod rozwagę i próbnie starają się ją zaszczepić w powszechnej świadomości narodowej. Teza owa jest bardzo prosta: Chiny, nawet będąc najwspanialszym krajem świata, nie poradzą sobie same, potrzebują potężnych sojuszników. Ze wszystkich mocarstw świata, jednie USA nigdy nie żywiły wobec Chin imperialnych ambicji – nie zapominając więc o wszystkich dzielących nas różnicach, być może jesteśmy w stanie więcej zdziałać z nimi, niż przeciw nim, tak, jak na przykład udało się nam wspólnie pokonać głęboko i bezkompromisowo znienawidzoną Japonię.

 

 
Oceń ten artykuł
(1 głos)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Kwiaty Wojny

Dodatkowe informacje:

Na naszej stronie nie stosujemy reklam. ;)
Prosimy o dodanie naszej witryny do białej listy.
Ustawienia przeglądarki lub Biała lista (adblock)