admin

wtorek, 23 lipiec 2019 23:14

Corto Maltese Tom 10 Tango

Michał Lipka

CORTO I POLACY

 

„Corto Maltese” to kultowa seria, która pierwotnie ukazywała się od 1967 do 1988 roku. Zakończona na dwunastu albumach, na siedem lat przed śmiercią autora na raka (ostatnie lata życia Hugo Pratt spędził na podróżach, jednej z największych swoich pasji, której echa są mocno wyraźne w tworzonych przez niego komiksach), po latach powróciła w serii tomów stworzonych przez kontynuatorów cyklu, Juana Díaza Canallesa i Rubena Pellejero. I po latach do „Corto Maltese” powróciło też wydawnictwo Egmont, przypominając nam klasyczne przygody tytułowego bohatera. Niedawno na rynku pojawił się jej dziesiąty tom, równie dobry co poprzednie, ale ze względu na silne polskie akcenty, szczególnie wart polecenia czytelnikom znad Wisły.

 

Tytułowy Corto Maltese to marynarz awanturnik, który na początku XX wieku przeżywa swoje niezwykłe przygody, odwiedzając różne zakątki świata i spotykając na swej drodze wiele postaci historycznych. W dziesiątym tomie, tradycyjnie, pakuje się w kolejne kłopoty. Tym razem jednak może nie poradzić sobie z nimi tak łatwo, jakby tego oczekiwał.

 

Jest rok 1923. Corto, po powrocie z Azji, wyrusza w kolejną wyprawę, by pomóc przyjaciółce z Buenos Aires. Kobieta przyjechała do Argentyny, żeby pracować dla zarządzanej przez Polaków firmy „Warszawa”, a teraz zaginęła. Jak szybko nasz dzielny podróżnik się przekonuje, „Warszawa” to jedynie przykrywka dla organizacji przestępczej. Powstała w 1906 roku na zasadach obywatelskiej spółdzielni wzajemnej pomocy, ale zmieniła się w firmę czerpiącą zyski z prostytucji. Teraz to gigant posiadający dwa tysiące burdeli i zatrudniający trzydzieści tysięcy dziewczyn – większość z nich zwiedzionych została obietnicami ślubu. „Warszawa” nie lubi jednak, kiedy ktoś dopytuje się o należące do niej kobiety. Corto wpada w sam środek kryminalnej afery, nie mogąc liczyć na pomoc policji. Ofiar przybywa, zagrożenie rośnie, a co więcej winny może być ktoś zupełnie inny…

 

Seria „Corto Maltese” na polskim rynku zaczęła ukazywać się po raz pierwszy w roku 2004, nakładem wydawnictwa Post. Tak oto mieszkający nad Wisłą czytelnicy mogli przeczytać pierwsze pięć tomów – wtedy jeszcze w wersji czarnobiałej. Post przerwał publikację w 2011 roku, wkrótce przed swoim upadkiem. Sześć lat później wydawnictwo Egmont podjęło się wznowienia całości i wydania brakujących tomów – wszystko w kolorze – i w tym momencie dobrnęło do dziesiątej części przygód naszego bohatera. Przyznam szczerze, że patrząc na okładki „Corto Maltese” nigdy nie zapałałem większą sympatią do cyklu i nie ciągnęło mnie do niego. Teraz muszę powiedzieć, że to był błąd, bo rzecz okazała się dojrzała, ciekawa i zupełnie inna, niż się spodziewałem. Intrygujące zagadki, ciekawy klimat, nieźle skrojone postacie i dobrze poprowadzona akcja złożyły się na intrygujące dzieło.

 

Ale świetna jest też szata graficzna. Zapomnijcie o okładkach, prawdziwy talent Hugo Pratta widoczny jest dopiero w środku. Jego kreska przypomina mi połączenie stylu Joe Kuberta z wczesnymi pracami Davida Muzzucchellego. Jest tu też ten europejski sznyt, którego wpływy widać w licznych późniejszych dziełach. Do tego dochodzi oszczędny, ale doskonale pasujący do całości kolor i naprawdę dobre wydanie w twardej oprawie. Miłośnikom europejskiej klasyki i dobrych opowieści, gdzie przygody łączą się z kryminałem, tak jak fikcja łączy się w nich z historią, polecać nie muszę. Całą resztę jednak zachęcam, bo to zadziwiająco świetna rzecz i poznać ją nie tyle wypada, ile najzwyczajniej w świecie jest warto.

wtorek, 23 lipiec 2019 22:26

Royal City Tom 3 Płyniemy Z Prądem

Michał Lipka

ROYAL END

 

Wszystko co dobre, szybko się kończy. I taki los spotkał właśnie „Royal City”, jedną z najlepszych serii, jakie wyszły spod ręki Jeffa Lemire’a, autora niezapomnianego „Łasucha” i „Czarnego Młota”. Ta opowieść fascynowała i urzekała od samego początku, stała się też porywającą, pełną sentymentów i niesamowitego klimatu podróżą do przeszłości. Takim absolutnie musisz to przeczytać dla pokolenia współczesnych trzydziestokilkulatków, niezależnie nawet od tego czy kochają komiksy, czy unikają ich jak ognia.

 

Royal City, upadające przemysłowe miasteczko, rodzinne sekrety i próby uporania się z przeszłością. Teraz nadszedł czas ostatecznego rozliczenia i wyjaśnienia wszystkiego. Gdy przeszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą, pojawiają się odpowiedzi na rozbrzmiewające od dawna pytania. Czy wszystkie?

 

Patrick przybywa na lotnisko żeby odebrać Gretę. Co właściwie oznacza jej ucieczka od hollywoodzkiego życia i powrót w rodzinne strony? Towarzyszy mu Olive, kolejny członek rodziny, którego Patrick dopiero poznał. Żadne z nich nie wie jeszcze, jakie tajemnice skrywa dziewczyna. Kiedy zaczyna swoją opowieść, Patrick po raz kolejny wraca wspomnieniami do nocy, kiedy zginął Tommy, a wszystko w końcu zaczyna być jasne…

 

Małe miasteczka, ich od lat skrywane sekrety i rodzinne tajemnice rzutujące na całe życie – chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że to temat samograj. Genialnie wykorzystano go w serialu „Miasteczko Twin Peaks”, wielokrotnie Stephen King dokładał do tej tradycji swoje cegiełki, czyniąc z tematyki jeden z lejtmotywów własnej twórczości, a to tylko dwa spośród niezliczonych przykładów. Nawet wśród serii wydanych przez Non Stop Comics nie brak podobnych opowieści, że wymienię „Odrodzenie” i „Grass Kings”. Z całym szacunkiem dla obu tych świetnych cykli, „Royal City” jest od nich lepsze. I lepiej wypada także od wielu innych tytułów Lemire’a.

 

Przy okazji to także kolejny dowód na to, że scenarzysta ten powinien darować sobie superhero i poświęcić się pisaniu takich opowieści, jakie najlepiej czuje. Osobistych, skupionych na bohaterach, ich psychologii, wzajemnych relacjach, przemianach i sentymentalnym klimacie. Ja rozumiem, że za coś trzeba żyć, ale jak pokazał np. Garth Ennis, da się połączyć wierność sobie i utrzymanie się na rynku. Mam nadzieję, że Lemire’owi uda się znaleźć takie swoje miejsce, bo nawet jeśli jego „Extraordinary X-Men”, „Hawkeye” czy „Staruszek Logan” są dobrymi opowieściami, dopiero w dziełach takich, jak „Royal City” czy „Łasuch” czuć pełnię jego talentu i prawdziwą siłę.

 

Aż żal, że to już koniec, bo historia doświadczonej przez tragedię sprzed lat rodziny Pike’ów, wciągnęła mnie, porwała, wzruszył i zaangażowała moje emocje. Nieźle i klimatycznie przy tym zilustrowana, okazała się wielkim pozytywnym zaskoczeniem (szczególnie po tym, jak po lekturze blurba pomyślałem, że czeka mnie powtórka z „Twin Peaks”) i naprawdę rewelacyjną serią dla dojrzałych czytelników. Polecam gorąco.

Michał Lipka

YIPPIE-KI-YAY, CIASTKOJEDCO!

 

Wychowaliście się w latach 90. XX wieku i zakochaliście się, tak jak miliony innych czytelników w postaci Lobo? Żałowaliście, że w ostatnich latach DC najpierw zupełnie go odmieniło, a nawet kiedy już powrócił ten stary, dobry rzeźnik i tak okazał się jedynie cieniem dawnego siebie? Zapomnijcie o nim i sięgnijcie po „Nienawidzę baśniowa”, serię tak cukierkowo kolorową, słodką i rzeźnicko krwawą, aż trudno uwierzyć, że nie stworzył jej jakiś mangaka śliniący się na widok dziewczynek w szkolnych mundurkach i bajkowych sukieneczkach. Nie, spokojnie, nie znajdziecie tu żadnej erotyki w wykonaniu głównej bohaterki (zgorzkniałej baby uwięzionej w ciele dziecka), ale za to czeka Was przeurocza, przesycona popkulturowymi elementami masakra, którą pochłania się na raz z nieschodzącym z twarzy uśmiechem.

 

Gert chciałaby wydostać się z Baśniowa, ale że nie może, cóż ma począć, jak nie bawić się w tym miejscu, jak najlepiej? Dlatego postanawia wybrać się na Lochcon, wielką imprezę dla bajkowych geeków. Chce tam spotkać się z Barbarzynką Gwag, postraszką trzydziestu dwóch królestw i zwiastunką posikanych pludrów, której jest miłośniczką. Oczywiście spotkanie psychofanki z idolką nie przebiega tak, jakby sobie to nasza Gert wymarzyła. Co więcej na Lochconie pojawia się ona – kolejna psychofanka. Z tym, że obiektem jej uwielbienia jest nie kto inny, jak Gert właśnie, uważana przez nią za największą ciostkojedcę na świecie. Co z tego wyniknie?

 

Skottie Young to autor przede wszystkim kojarzony z alternatywnymi wariantami okładek do najróżniejszych serii Marvela – wariantami utrzymanymi w cartoonowej stylistyce, którą japońscy komiksiarze określają mianem chibi tudzież SD – Super Deformed. Zabawnymi, prześmiewczymi, często satyrycznymi. I takie właśnie jest „Nienawidzę baśniowa”, seria, która spodoba się zarówno miłośnikom wspomnianego już Lobo (ale tego klasycznego, z czasów, kiedy jego przygody pisał Keith Giffen, bawiąc się tym, jak daleko może posunąć się z przemocą i brakiem poszanowania świętości i politycznej poprawności w głównym nurcie), ale też i wszystkim tym, którzy polubili przygody „Deadpoola”.

 

„Nienawidzę baśniowa” to, posługując się językiem tego komiksu, ciastolona opowieść w fuj pełna humoru, akcji, flaków i obrzydliwej słodyczy. Urocza (z wyglądu) dziewczynka rzeza napotkanych typków, wielkookie zwierzątka giną rozplaćkane w krwawą miazgę futerka i flaczków, a baśniowe motywy zostają poplątane z popkulturowymi i przepuszczone przez maszynkę do mięsa – i to bynajmniej daleką od czystości. To co wychodzi z drugiej strony, to ociekająca krwią i zalatująca zepsutym truchłem bajeczka dla dorosłych, gdzie nic nie kończy się szczęśliwie, ale zanim nastąpi ostateczna tragedia, czeka dużo bólu, cierpienia, agonii, gnicia za życia i tym podobnych przyjemności. Ale śmieszy nas to, bo to nie my musimy to przeżywać.

 

I mnie to kupuje. Tym bardziej, że całość została przeuroczo i w fuj cukierkowo zilustrowana i pokolorowana. Barwy aż walą po oczach (uwaga, oglądanie całości może grozić cukrzycą, oczopląsem, niekontrolowanym ślinieniem się i podobnymi dolegliwościami), podobnie jak pozorna infantylność. Ale jest też w tym satyra, gdzieś tam na siłę możecie się doszukać jakiegoś przesłania, ale przede wszystkim to świetna rozrywka, którą gorąco polecam. W dobie wszędobylskiej poprawności politycznej takie dzieła to dobra odtrutka na rzeczy, które zalewają nas ze wszystkich stron.

wtorek, 23 lipiec 2019 21:22

Infidel

Michał Lipka

DOM ZŁY

 

Komiks, „Gwiezdne wojny” plus głos zabrany w temacie rasizmu – czyżby ktoś w końcu wydał na naszym rynku komiksową wersję „W pogoni za Amy”? Niestety nie, ale i tak jest dobrze. Bo „Infidel”, horror nastawiony na tematykę tolerancji, rasizmu, ksenofobii i tym podobnych kwestii to kawał naprawdę dobrego komiksu. Nie wybitnego, bo opartego na ogranych motywach, ale tak rewelacyjnie zilustrowanego, że każdy miłośnik grozy znajdzie tu coś dla siebie i nie pożałuje ani chwili spędzonej na lekturze.

 

Amerykańska muzułmańska rodzina wprowadza się do domu, w którym doszło do morderstwa. Nowe miejsce zamieszkania kryje w sobie jednak o wiele więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Groza, która wdziera się w sny młodej Aishy, zmieniając je w coraz bardziej realistyczne koszmary, powoli zaczyna przesączać się także do jej życia…

 

Zacznę nietypowo, bo od dygresji związanej nie z „Infidel”, a przedmową pewnej pisarki, która otwiera album. Pisarki twierdzącej, że czarnoskórzy itd. zawsze byli marginalizowani w kinie grozy, nie występując w głównych rolach i dopiero premiera „Uciekaj” zaczęła to zmieniać. Błąd, bo wszystko swój początek wzięło przecież w latach 70., kiedy to zrodził się gatunek blaxploitation – kina afroamerykańskiego, które zaczynając w niszy i to wcale niewolnej od stereotypów, wybiła się do mainstreamu. A przecież wcześniej była „Noc żywych trupów”.

 

Po sprostowaniu tej nieścisłości, która za bardzo kłuła mnie w oczy, bym ją pominął, pozwólcie że przejadę wreszcie do omówienia „Infidela”. Jak pisałem na wstępie, całość zbudowana jest na niezbyt oryginalnym pomyśle. Ot mamy nawiedzony dom i byty czerpiące ze zła dziejącego się na świecie – w tym wypadku rasizmu. Podobne motywy nieraz wykorzystywał w swej prozie Stephen King (choćby pamiętane z opowiadania „Słoik z ciasteczkami” zło drugiej wojny otwierające przejście do chorego świata), a samo wykorzystanie ksenofobii, jako pokarmu dla nadnaturalnych istot brzmi niezbyt przekonująco, ale zapomnijcie o tym. „Infidel” to po prostu rasowy horror: duszny klimat, dziwne stworzenia, niepokojące sny, cienie, coś nagle wyskakujące „zza rogu” – znajdziecie tu wszystkie typowe dla gatunku zagrania. Nieźle wykorzystane, osadzone w całkiem udanej fabule i nieprzytłoczone przez jasny w swej prostocie przekaz. To w końcu przede wszystkim horror, z przesłaniem, ale mający dostarczyć ekstremalnych wrażeń. Nie straszy, bo komiksowa groza, tak samo jak książkowa nie posiada takiej mocy, ale ma swoją siłę wyrazu.

 

Największą siłą całości jednak i tak pozostają rewelacyjne rysunki Campbella. Realistyczne, mroczne i nastrojowe, uzupełnione o doskonale do nich dobrany kolor, wpadają w oko i zapadają w pamięć. Do tego dochodzi też całkiem spora ilość dodatków, w tym grafik wykonanych przez Jae Lee, Davida Macka czy Jeffa Lemire’a i tradycyjnie dla Non Stop Comics świetne wydanie. Miłośnicy horrorów będą zadowoleni, bardziej niż po samym opisie fabuły można by sądzić. Tym bardziej, że album ten to zbiór kompletnej miniserii, więc nie musicie czekać ani na ciąg dalszy, ani na zakończenie. Choć muszę przyznać, że chętnie poczytałbym więcej tak świetnie zilustrowanych opowieści grozy.

wtorek, 23 lipiec 2019 20:01

Plunderer Tom 3

Michał Lipka

KREW SIĘ LEJE

 

Z każdym tomem „Plunderer” staje się coraz lepszy. Całość zaczęła się jako lekki, komediowy shounen ze sporą dawką majteczkowych scen i szczyptą tajemnicy. W drugim tomie przybyło akcji, fabuła się zagęściła, a klimat stał się mroczniejszy. Tom trzeci zaś to już konkretna dawka szybkiego tempa, zwrotów akcji, sekretów, tajemnic i lejącej się krwi. A wszystko to znakomicie wykonane i podane w taki sposób, że od tomiku nie można się oderwać.

 

Na świecie zaczęło źle się dziać. W pewnym mieście pojawił się „Diabeł z otchłani”, tajemnicza, niezniszczalna bestia, która z ziemią zrównała całą okolicę. Teraz demon dociera w pobliże miejsca, w którym znajdują się Rihito i Jail. Tylko czym jest ten dziwaczny napastnik, który nie dość, że potrafi latać – a wszelkich latających machin zabroniono po ostatniej wojnie – to jeszcze przybywa z miejsca, które według wierzeń wszystkich jest sam śmiercią? Co w takim razie kryje się w otchłani?

 

Wszystkie pytania schodzą na dalszy plan, kiedy wróg zaczyna zagrażać wszystkim. Jego cel jest jeden, wymordować wszystkich w mieście. Rihito skazany zostaje na samotną walkę, bo przeciwnika wspiera al-thing, za tknięcie którego każdemu grozi kara śmierci. Sam jednak nie jest w stanie przebić się przez czarne ręce, a to przecież zaledwie początek… Co zrobi, kiedy odkryje kto znajduje się w środku „Diabła z otchłani”? Czy uda mu się zapobiec masakrze? I co takiego kryje się za całą tą przerażającą sytuacją?

 

Na początku recenzji wspominałem o tajemnicach i sekretach, które w tej mandze z tomu na tom zaczynaj rozwijać się i coraz bardziej intrygować. Ale jednocześnie trzeba dodać, że od tej części serii pojawiają się także odpowiedzi. Kim jest główny bohater serii? O co chodzi z tytułowym Plundererm? O mechanice samego świata też dowiadujemy się coraz więcej, a to, co odkrywamy tylko podsyca naszą ciekawość. I to jak bardzo! Co się jednak dziwić, autor tej serii, jak twórcy wszystkich najlepszych shounenów, skupił się na powieleniu wszystkich najlepszych elementów gatunkowych, po czym podlał je odrobiną świeżości w postaci ciekawie skonstruowanego świata.

 

Oczywiście to by nie wystarczyło, gdyby nie trzy podstawowe rzeczy. Pierwszą w nich są tajemnice, które sprawiają, że czytelnik pochłania tomik na raz, drugą rewelacyjna dynamika całej opowieść. Na koniec zostaje jeszcze doskonałe wykonanie, tak pod względem fabularnym (ach ten humor i wyraziste postacie – okej, w tym tomie humor praktycznie znika, ale walki rekompensują ten drobny niedostatek), jak i graficznym. Ilustracje to prawdziwa perełka, bo i pełne prostoty, i uroku – i wreszcie także realizmu. Czyta się to świetnie, ogląda z wielką przyjemnością i tylko szkoda, że na kolejne tomy trzeba czekać…

 

Ale jest na co. Jeśli więc lubicie shouneny, a nie znacie „Plunderera”, sięgnijcie, bo po prostu warto. I to jeszcze jak.

wtorek, 23 lipiec 2019 19:07

Barwy Mazur

Literanka

Saga rodzinna to jeden z moich ulubionych rodzajów literatury. Opowieści snute przez pokolenia, zagmatwane losy, trudne decyzje i doświadczenia, maja w sobie coś pociągającego. Okazuje się, że wiele rodzin ma jakieś przeżycia, które nadają się na dobrą powieść lub film. Mam swoich faworytów w tym gatunku literackim, ale ciągle sięgam po więcej. Tym razem zainteresowałam się „Barwami Mazur” Małgorzaty Manelskiej, które ukazały się niedawno w naszych księgarniach. Mimo, że to kontynuacja losów bohaterów wcześniejszego „Zapachu Mazur”, odnalazłam w tej historii dość szybko.

 

Książka opowiada o życiu dwóch sióstr – Anny i Gertrudy, które współcześnie odnalazły siebie wzajemnie i wspominają swoje losy z czasów zakończenie II wojny światowej i wkroczenia na Mazury wojsk sowieckich. Dla dorastających dziewcząt, będących na progu dorosłości, nie był to łatwy czas. Truda podjęła walkę o szczęście u boku mężczyzny, którego nie akceptowała jego rodzina, natomiast Anna przeżywała chwile grozy towarzysząc Wernerowi. Również Elza ma do opowiedzenia swoją tragiczną, wojenną historię. Przyszło im żyć w nieludzkich czasach, kiedy nie liczono się z godnością słabszych i stworzono zwykłym ludziom piekło na ziemi. Zmuszono ich do podejmowania decyzji nie mieszczących się w głowach, narażono na bezustanne poczucie zagrożenia. Co gorsza, zakończenie wojny nie przyniosło całkowitego spokoju – ludność mazurska spotykała się z szykanami również po wyjściu wojsk, jako że postrzegana była jako niemiecka, a więc wroga.

 

Współczesne wątki nie są może tak dramatyczne, ale również ciekawe. Julka zaczyna układać sobie życie z Krzysztofem, jednak na ich drodze staje jego była żona, której dziwne zachowanie wzbudza niepokój. Małżeństwo Skowronków powoli otwiera się na innych ludzi, a Skowronkowa na nowo buduje znajomość z Trudą, nadwątloną niesnaskami z zamierzchłej przeszłości. Wnuk Anny za wszelką cenę pragnie wypełnić wolę swojego dziadka i odnaleźć rzekomy skarb ukryty w podziemnych mazurskich bunkrach. Wiele spraw jednak nie zostaje wyjaśnionych, a więc możemy się spodziewać kontynuacji w kolejnych tomach cyklu.

 

„Barwy Mazur” czytałam z przyjemnością, jednak nie odnalazłam w książce nic na tyle wyjątkowego, by uznać ją za coś mistrzowskiego. To dobra proza z ciekawymi wątkami, która ukazuje tragiczne życie ludzi w momencie formalnego przywrócenia pokoju po strasznej wojnie, a ich emocje zostały tu ukazane w żywy, poruszający sposób. Można więc poczuć grozę i trudy tego czasu, które autorka oddała w pełni. W całej opowieści zabrakło mi jednak trochę tytułowych Mazur. Nie poczułam tego klimatu, który sugeruje piękna okładka. Dwie osoby posługujące się gwarą to za mało, żeby oddać magiczność tego tajemniczego, odludnego miejsca.

 

Nie chcę przez to powiedzieć, że książka jest zła, ale że czytałam lepsze. Autorka powołała do życia postaci, które nie są jednoznaczne, potencjalne anioły nie zawsze reagują życzliwie, a skończeni niegodziwcy okazują uczucia, których po nich nie oczekujemy. Mimo że nie czytałam pierwszej części, łatwo odnalazłam się w świecie przedstawianych osób, co świadczy też o dobrym warsztacie pisarki, umiejętności logicznego i spójnego prowadzenia wątków. Z całego serca polecam książkę miłośnikom rodzinnych historii, bo warto zachwycić się tą poruszającą, chwytająca za serce opowieścią o ludzkich rozterkach, słabościach i sile.

wtorek, 23 lipiec 2019 19:00

Wszystkie Białe Damy

Bacha85

Sięgając po zbiór opowiadań grozy Piotra Borowca nie spodziewałam się zbyt wiele. Byłam wręcz przekonana, że odłożę tę książkę niedokończoną. Tym większe i milsze było moje zaskoczenie, gdyż lektura „Wszystkich białych dam” okazała się nad wyraz przyjemna i bawiłam się przy niej bardzo dobrze.

 

Opowiadania autora można było dotychczas znaleźć w różnych tematycznych antologiach grozy, gdzie ukazywały się jego pojedyncze teksty. „Wszystkie białe damy” to druga po „Polskich upiorach” wyłącznie jego antologia. Tym razem czytelnik otrzymuje zbiór trzynastu historii różnej objętości. Od takich na niecałe trzy strony, po dość rozbudowane teksty, gdzie przedstawiono wydarzenia zgodnie z podstawowym schematem liczącym wstęp, rozwinięcie wątków i zakończenie.

 

„Wszystkie białe damy” to opowiadania grozy, często oparte o miejskie legendy, o wątki, które każdy z nas kiedyś słyszał. Są w nich duchy nieszczęśliwie zakochanych i gwałtownie zamordowanych. Są tu upiory i strzygi szukające zemsty na żywych, którzy sprowadzili je na świat przydając im cierpienia. Są tu również nadnaturalne moce ułatwiające, ale i utrudniające życie. Nie zabrakło i demonów, które zawsze czyhają na dusze nieszczęśników.

 

Jednak otoczka grozy to często pretekst do poruszenia trudnych tematów: przemoc w rodzinie, molestowanie nieletnich, eutanazja, aborcja, czy zwyczajna, brutalna zbrodnia. Autor z jednej strony nie narzuca swoją narracją żadnego konkretnego światopoglądu, z drugiej zaś strony, zawsze u niego wyrządzona krzywda zostaje pomszczona. Narzędziem zemsty może być strzyga mordująca noworodki, może być też upiór żywiący się bólem śmiertelnie chorych. To w końcu, często, bardzo proste równanie: jest krzywda, jest wina, więc jest i kara. To również manifestacja sił nadprzyrodzonych jako sposób radzenia sobie z traumą.

 

Tym czego mi zdecydowanie zabrakło w „Wszystkich białych damach” był nastrój. I choć opowiadania czyta się bardzo dobrze, są napisane w sposób interesujący, uniemożliwiający wręcz odłożenie książki, zanim nie doczyta się któregoś z nich do końca, to jednak nie poruszały włosów na moim karku. Nie byłam w stanie poczuć grozy, nie wprawiały mnie w nastrój, w którym byłabym pewna, że zaraz wydarzy się coś strasznego. Mimo tego jednak książkę czyta się wyśmienicie, zdania są płynne i niewymagające specjalnego skupienia na tekście. Można przyjmować kolejne słowa, będąc wręcz pewnym tego, jak dalej potoczy się dana opowieść. Tym bardziej, że historie opisane przez Piotra Borowca są zasadniczo bardzo proste. Można wręcz powiedzieć, że niejednokrotnie przewidywalne. Nie zabiera to jednak w żadnym stopniu przyjemności z lektury.

 

„Wszystkie białe damy” to idealna książka przerywnik, lekka i przyjemna, paradoksalnie wszakże są to opowiadania grozy, lektura. Coś jak zbiór „strasznych opowieści” snutych przy ognisku. Nie są to teksty wymagające i choć bardzo wiele z nich porusza naprawdę ważne i trudne tematy, to zostały one podane w taki sposób, że nie stanowią zbyt dużego bagażu emocjonalnego. Jest to jednocześnie zaletą książki – czyta się ją wyśmienicie, jak i jej wadą, gdyż pomimo poruszenia niełatwych tematów, nie znajdziemy w niej pretekstu, by mocniej się w nie zagłębić i w pełni przeanalizować. To również idealny przykład na to, jak bardzo ucieczka w nadprzyrodzone i w grozę pomaga poradzić sobie z realnymi demonami tego świata. Z sytuacjami, które można napotkać na co dzień, które niekoniecznie przeżyło się samemu, ale zawsze się słyszało o kimś, kto przeżył.

wtorek, 23 lipiec 2019 18:52

Alpy Na Wariata

Bacha85

Literatura okołogórska od kilku lat cieszy się niesłabnącą popularnością, a opowieści taterników, alpinistów i himalaistów są chętnie czytane nawet przez ludzi w żaden sposób nie związanych z górami. Jedną z takich książek, jest dość jeszcze świeża pozycja „Alpy na wariata. Pierwsze szczytowanie” napisana przez mławskiego alpinistę Dariusza Kujawskiego. To dokładnie taka książka, jakiej można się spodziewać – zbiór opowieści o zmaganiach człowieka z górą. Czasem jest śmiesznie, czasem smutno, czasem przerażająco – zawsze jednak w przytoczonych historiach widać ogrom emocji, tych najpiękniejszych i tych bardziej przyziemnych.

 

Książka składa się z czterech historii, które mają trzy wspólne mianowniki. Po pierwsze Alpy – te francuskie, austriackie, słoweńskie i szwajcarskie. Znajdziemy tu więc relację z wyprawy na Mount Blanc, podchody pod matkę gór Matterhorn, nieco lżejsze zmaganie z najwyższym szczytem Słowenii Triglavem oraz jeszcze inne w swej naturze pasmo masywu Grossglockner. Mimo, że wszystkie te szczyty to wciąż Alpy, to jednak każdy z masywów jest inny. Te dwa najwyższe z nich Mount Blanc i Matterhorn mają swoje podobieństwa, podobnie jak Triglav i Gross. Jednak wyprawy, w których Dariusz Kujawski bierze udział to nie tylko „zaliczanie” kolejnych szczytów, dopisywanie ich do listy zdobyczy, to przede wszystkim indywidualne starcie z górą, własną słabością i okolicznościami przyrody.

 

Drugim wspólnym mianownikiem jest odrobina szaleństwa. Czytając relację alpinisty można odnieść wrażenie, że każda z tych wypraw była dość spontaniczna w realizacji. Bez długich i dalekosiężnych planów, po prostu decyzja – jedziemy, wspinamy się, może się uda, a może nie. Autor niejednokrotnie wspomina błądzenie po okolicach przy dojeżdżaniu pod szczyty. Wariackie noclegi w namiotach, ukrytych przed służbami patrolowymi, czy właścicielami schronisk. To również nie zawsze dokładnie przemyślany ekwipunek, gdy na przykład okazuje się, że dostępne liny są zbyt krótkie, albo że może warto było jednak wziąć ze sobą więcej wody.

 

Ostatnim co łączy wszystkie cztery wyprawy jest tytułowe „Pierwsze szczytowanie”. Po pierwsze w każdej z wypraw znajduje się ktoś, kto wchodzi w Alpy po raz pierwszy, dla kogo mierzenie się z cztero-, czy trójtysięcznikiem to coś nowego. Czy będzie to pani Krysia, która nieco przeceniła swoje możliwości, czy młody Michał zabrany w góry, by podzielać pasję ojca. Obowiązkowym jest też szczytowanie, w jakże wymownej dwuznaczności. Bo zdobycie szczytu budzi emocje, które ciężko porównać z czymkolwiek innym. Pokonanie samego siebie, własnego strachu i słabości, by w końcu stanąć na samym szczycie to niezapomniane przeżycie i czytając książkę Dariusza Kujawskiego nie mamy co do tego żadnych wątpliwości.

 

„Alpy na wariata. Pierwsze szczytowanie” czyta się bardzo dobrze. Są napisane lekko i z polotem, wciągają jak dobre opowieści snute w blasku dogasającego ogniska. Jest w nich nie tylko opowieść o górach i własnych emocjach, które budzi starcie się z nimi, ale nie brak tu również opisów niesamowitych widoków. Znajdziemy tu również wzmianki o tym, jak wszystkie cztery drużyny dogadywały się ze sobą, a to nie zawsze było łatwe, proste i przyjemne. Jednak relację z każdej z wypraw czyta się wyśmienicie, a liczne fotografie pozwalają choć trochę poczuć ten górski klimat.

 

Druga (Po „Alpy na wariata. Na początku były Ferraty”) książka Dariusza Kujawskiego to świetny kawałek podróżniczej literatury. Znajdziemy tu wielką pasję i miłość do gór, które stają się ucieczką od przytłaczającej codzienności. Bo jeśli damy radę zdobywać szczyty (albo prawie, jak w przypadku przytoczonej wyprawy na Matterhorn), to możemy zrobić wszystko.

wtorek, 23 lipiec 2019 18:42

Cynobrowe Pola

Bacha85

Seria „Fantastycznie nieobliczalni” wydawana przez SQN Imaginatio, to zbiór powieści młodych, polskich autorów, piszących szeroko pojętą fantastykę. Dla mnie pierwszym kontaktem z tym cyklem, były „Cynobrowe pola” Aleksandry Radlak okraszone wstępem readktora całego cyklu Michała Cetnarowskiego.

 

Debiutancka powieść Aleksandry Radlak to dzieło pod wieloma względami monumentalne. Tym, co od samego początku zwraca uwagę jest ogrom zaprezentowanego, fantastycznego świata, który poznajemy nie tylko w piśmie, ale i, zupełnie jak w pierwszym rozkwicie fantastyki jako gatunku, za pomocą map. Dwie załączone mapy prezentują dwie zupełnie odmienne krainy. Pierwsza z nich przedstawia Mawjański Blok Kontynentalny i ziemie zamieszkiwane głównie przez ludzi. To oni mają tu władzę. Jest to mocno cyberpunkowy świat, w którym rządzi technologia i wielkie korporacje. To świat po katastrofie ekologicznej, w którym naturalne produkty są dobrem luksusowym a mieszkańcy zaspokajają głód preparatami odżywczymi.

 

Zupełnie inna jest natura Geadgi Albmi, krainę zamieszkaną i rządzoną przez Albenów. To eteryczne, wiotkie i smukłe istoty o szpiczasto zakończonych uszach, które ponad pragmatyzm codzienności cenią więź z pradawną mocą Szeptów Wszechrzeczy. Ich kraina tętni życiem, w pierwotnej formie. Drzewa i inne rośliny, zwierzęta oraz grzyby, w przeciwieństwie do postapokaliptycznego i cybernetycznego świata Kharaghan są tu częste i zwyczajne. Albeni nie dysponują tak bardzo rozwiniętą techniką, posiadają natomiast bogactwa. Nic więc dziwnego, że wojna między nacjami musiała wybuchnąć, a albeni od samego początku stali po stronie przegranych. I nawet ich umiejętności we władaniu żywiołami, nie okazały się wystarczające.

 

Przyglądając się bliżej kreacji świata i ras, nie sposób nie zauważyć, że są one powieleniem klasycznych, znanych dobrze miłośnikom fantastyki, wzorców. Są tu ludzie, którzy prezentują się podobnie, jak w innych fantastycznych światach. Tutejsi albeni, nie tylko posturą, ale też podejściem do życia i tym jak żyją (są oczywiście znacznie bardziej długowieczni niż ludzie), są zupełnie jak najbardziej rozpoznawalna rasa elfów. Znajdziemy tu również niskich, pryzsadzistych mieszkańców Gór Rudych, których życie płynie wśród kopalni, hut i warsztatów.

 

Głównym motywem książki jest wojna. Ta wiecznie żywa w pamięci niektórych i tak, która rozpala się w umysłach tych, co nie mieli okazji poznać jej osobiście. Nakreślona we wstępie, przebrzmiała przed kilkudziesięcioma laty wojna wciąż zbiera swoje żniwo i staje się pretekstem dla innych. To również książka o pokoleniowych konfliktach, bardzo wyraźnie zaznaczonych wśród albenów. Grupa młodych o burzliwym temperamencie odrzuca stoicyzm i bierność starszych szukając zemsty za krzywdy, jakie spotkały ich społeczność.

 

W książce znajdziemy grono interesujących postaci, każda z jakąś tajemnicą skrywaną przed światem, czy będzie to ból strasznych wspomnień, jak w przypadku Elatrii, czy niezwykłe dziedzictwo przekazane przez umierającego ojca w przypadku Grimgarda. To bohaterowie z krwi i kości, postacie bardzo realistyczne w swej kreacji, w której słabość przeplata się z siłą a strach z odwagą. Oprócz tej dwójki połączonej więzami ofiary i łowcy, natrafimy tu również na cały przekrój postaci zasiedlających dalsze plany opowieści. Im również niewiele można zarzucić. Są to osobowości interesujące lecz nieprzerysowane, posiadają konsekwentnie prowadzone charaktery, tak że zawsze działają w zgodzie z nimi.

 

„Cynobrowe pola” czyta się bardzo dobrze. Pod względem językowym niewiele można tej książce zarzucić. Liczne neologizmy niezbędne do kreacji tak bogatego i pełnego świata nie sprawiają problemów. Aleksandra Radlak nie zapomniała również o tak podstawowej kwestii jak odpowiednia lokalizacje bohaterów, więc siłą rzeczy inaczej mówią albeni, inaczej ludzie. Innego słownictwa używają dworzanie, a innego ludzie pracujący. Stylistyka zdań oraz ich składnia również nie nastręczając żadnych problemów. Dzięki temu przez książkę mknie się błyskawicznie, zagłębiając się coraz bardziej nie tylko w rozwój wypadków, ale i w klimat opowieści.

 

Mój pierwszy kontakt z „Fantastycznie nieobliczalnymi” zaliczam do udanych. „Cynobrowe pola” to dobra, nieoczywista miejscami, powieść fantastyczna, w której obce światy i kultury przeplatają się z bardzo uniwersalnymi prawdami o życiu i działaniu ludzi jako pojedynczych jednostek oraz ludzkości jako całość. I choć w połowie powieści jej tempo powoli słabnie, to jednak wciąż jest to bardzo dobra lektura.

wtorek, 23 lipiec 2019 18:39

Gösta Berling

Bacha85

Sięgając po powieść szwedzkiej noblistki, pierwszej laureatki literackiej nagrody Nobla, nie wiedziałam czego się spodziewać. Jednak ponieważ nie stronię ani od noblistów, ani od klasyki, więc postanowiłam dać tej książce szansę. I choć lektura „Gösty Berlinga” nie była nie była lekką, to zostawiła po sobie jak najbardziej pozytywne wrażenia.

 

Książka ta jest zbiorem opowieści. Wszystkie łączą czasy – akcja osadzona jest na początku dziewiętnastego wieku oraz geografia, każda z nich rozgrywa się na ziemi Värmlandzkiej w Szwecji. To historie mocno oparte na szwedzkiej kulturze i folklorze. To czasem drobne tylko epizody opisujące losy poszczególnych osób w jakiś sposób liczących się w Värmlandii. Czy będzie to hrabianka, czy majorowa, czy też proboszcz. Chłopi i robotnicy pojawiają się tu raczej jako bohaterowie zbiorowi, często mający swoją ważną rolę do odegrania, jednak w lekturze nie zbliżymy się w zasadzie do żadnej postaci z ludu. Co innego bohaterowie tych nieco wyższych sfer. Oprócz tych o szlachetnym rodowodzie znajdziemy tu również rezydentów – grupę mężczyzn, żyjących z łaski majorowej, których jedynym zajęciem jest gnuśność, dobre zabawy i harce.

 

Jednym z rezydentów jest tytułowy Gösta Berling. To wydalony proboszcz, który na próżno szukał jakiegoś uczciwego zajęcia. Każde, którego próbował się podjąć, prędzej czy później kończyło się fiaskiem. Aż w końcu trafił do rezydentury u majorowej, gdzie mógł swobodnie oddać się czerpaniu przyjemności z życia. Zwany przez innych poetą tym się wyróżnia, że w pełni zdaje sobie sprawę ze swego moralnego upadku i czasem podejmuje próby ocalenia. Szybko jednak wpada w wir zabaw i przyjemności. Jego postać spaja opowiedziane historie, gdyż każda z nich w jakimś stopniu go dotyczy, nie zawsze bezpośrednio, często sprowadza się do przytoczenia losów innych postaci, które Gösta Berling spotyka na swojej drodze.

 

Powieść nie jest też wolna od wątków fantastycznych. Znajdziemy tu zarówno diabły, które wodzą nieszczęśliwców na pokuszenie, lub targują się z nimi o dusze. Jak również różne przejawy diabelskie albo boskiej mocy. Nie są to interwencje, których obecności nie można by wytłumaczyć wypitym przez zaangażowane postaci alkoholem. Wódka też zresztą w pewnym sensie urasta miejscami do rangi bohatera opowieści. Jest stale obecna, nie tylko w rezydenckich harcach, ale i wśród chłopów próbujących nią właśnie uciszyć głód i poczucie beznadziei.

 

Powieść Selmy Lagerlöf jest napisana pięknym, bogatym językiem. Znajdziemy tu mnóstwo poetyckich wręcz opisów zmieniających się pór roku, majestatu wzgórz, czy siły huczącej, wezbranej wody. To również dość rozległe, ocierające się o filozofię refleksję na temat sensu życia, bytu i moralności. To wszystko sprawia, że nie jest to lektura łatwa w odbiorze. „Gösta Berling” to książka wymagająca skupienia i spokoju, by w pełni móc nacieszyć się jej zawartością.

 

„Gösta Berling” z pewnością nie plasuje się wśród lektur na lato. To raczej opowieść na długie, zimowe wieczory, sprzyjające refleksji i zadumie. To książka, która wymagająca ciszy i spokoju, pełnego oddania się lekturze. Z drugiej strony to warte uwagi, pięknie napisane studium człowieka. Istoty miotanej przez własne pragnienia i słabości, podejmującej, nie zawsze świadomie, decyzje i muszącej się zmierzyć z ich konsekwencjami. To w końcu powieść, która wspaniale przybliża kulisy życia dziewiętnastowiecznej, szwedzkiej wsi, gdzie bezkres przyrody miesza się z ludzką wolą, by ją sobie podporządkować.

Strona 1 z 2289

Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!