Przygody Tintina

Zwiastun:

Opis:

Pavell

Mając 12 lat, po raz pierwszy obejrzałem prawdziwe, klasyczne kino przygodowe - trzy filmy o przygodach doktora Jonesa. Pamiętam jak z zaparty tchem i zaciekawieniem śledziłem kolejne wyprawy po skarby, jak przeżywałem najróżniejsze pościgi i bójki, i jak wciągało mnie rozwiązywanie zagadek, niebezpieczeństwo i pułapki. Dziś, sięgając wstecz pamięcią i szukając równie dobrego kina przygodowego znajduję sporo produkcji, które mają elementy owego gatunku, ale są to tylko elementy. Dla mnie prawdziwe filmy przygodowe to głównie poszukiwanie skarbów. Po przygodach Indiany Jonesa, dzieciakach z Goonies i kapitanie Jacku Sparowie, w 2011 roku dostajemy prawdziwe kino przygodowe w starym stylu, do tego stworzone najnowszymi technologiami animacji komputerowej z dodatkiem efektu 3D. Przed nami „Przygody Tintina".

 

Od samego początku promocja filmu opierała się na dwóch nazwiskach i to samo mogliśmy zobaczyć w promujących film zwiastunach – „Producent: Peter Jackson, reżyser: Steven Spielberg". Jeśli dołożymy do tego legendę muzyki filmowej: Johna Wiliamsa, emocje towarzyszące zbliżającej się premiery filmu sięgają zenitu. Czy nasze oczekiwanie było uzasadnione i czy wielkie nazwiska podołały zadaniu? Myślę, że tak, choć zawsze zostanie jakiś niedosyt.

 

„Przygody TinTina" to pełen akcji w klasycznym stylu film przygodowy. Mamy tu skarb, legendę, piratów, zatopiony statek i pergaminy. Mamy zagadki, które trzeba rozwiązać posługując się niejasnymi wskazówkami. Oraz przede wszystkim mamy zły charakter, który chce wszystko przejąć dla siebie, przy okazji wykonując swoją prywatną zemstę. Nie brakuje niczego aby widz czuł, że przygoda otacza go ze wszystkich stron. Akcji jest bardzo dużo, ale jest w dobry sposób wyważona by nie zdominowała całego filmu. Oglądamy pościgi na morzu, lądzie i w powietrzu by za chwilę lekko się uspokoić i przenieść w spokojniejsze miejsce, gdzie dwóch, troszkę głupawych ale sympatycznych policjantów zasadza się na złodzieja portfeli. Są bijatyki, strzelanina i zapierające dech w piersiach akcje, a wszystko to przeplatane lekkim i nie banalnym humorem.

 

Od strony technicznej „Przygody Tintina" to stuprocentowe dzieło sztuki. W tej chwili to najbardziej zaawansowany film animowany komputerowo jaki powstał. Mimo tego, że nadal największym problemem speców od animacji są oczy, to jednak najnowsza produkcja to kamień milowy i niewielka już droga do idealnych i oddających emocji gałek ocznych. Nie ma już sztucznie poruszających się postaci. Czy to chód czy bieg, czy ruchy, gesty, animowane postacie poruszają się płynnie, ze zręcznością i zwinnością prawdziwego człowieka. Twarze są dopracowane do perfekcji, widzimy na nich każdy szczegół, każdą zmarszczkę, włosek zarostu, piegi, czy refleksy odbijające się w wilgotnych oczach. Największe wrażenie robią jednak krajobrazy. Doskonałe i szczegółowe stworzone miasta, budynki, ludzie, pojazdy. Scena gdy Tintin i kapitan Baryłka docierając do marokańskiego miasta i oglądają je z góry siedząc na wielbłądach zapiera dech w piersiach, a później jest jeszcze lepiej.

 

Jedną z wielu pozytywnych cech filmu są dobrze nakreśleni bohaterowie. Tytułowy Tintin to młody, inteligentny i z doskonałym instynktem dziennikarz, poszukujący skarbów i sensacji. Pierwszoplanowa postać, dobrze wkomponowana w opowieść, ale wbrew pozorom nie najważniejsza. Pierwsze skrzypce gra tutaj bowiem kapitan Baryłka, nie stroniący od alkoholu stary wilk morski, który mimo tego, że jest bohaterem drugoplanowym skupia na sobie najwięcej uwagi widza i wnosi do filmu ogromna ilość ożywienia i humoru. Nawet trzecioplanowi policjanci, których nieporadność może momentami denerwować, okazują się na końcu jednak bardzo przydatni i potrafią wprawić nas w dobry humor. Piesek Miluś po raz kolejny udowadnia, że żadna przygoda nie może zacząć się bez zwierzaka, który czuwa nad bezpieczeństwem swojego „pana" i zawsze jest tym cichym bohaterem opowieści. Inne postacie które pojawiają się ekranie, nawet na niewielką chwilę, również zasługują na naszą uwagę. Zasługą tego jest szczegółowe przygotowanie ich wyglądu i charakteru, dzięki czemu szybko o nich nie zapominamy.

 

Miły zaskoczeniem jest dobry polski dubbing, który choć odstaje nieco od wersji oryginalnej, nie wpływa na gorszy odbiór filmu przez widza. Przypominając sobie czasy Shreka, czy Epoki lodowcowej lub Madagaskaru, trzeba przyznać, że wciąż trzymamy wysoki poziom dubbingu w filmach animowanych, choć zdarzały się wyjątki.

 

Do tej pory było dużo zachwytów –nad animacją, postaciami, dubbingiem czy klimatem filmu przygodowego, czy może być więc coś źle, skoro tyle rzeczy jest dobrych? Może.

 

Przede wszystkim efekt 3D. Mimo tego, że nie jest to już nowość i powstaje coraz więcej filmów w tej technologii, niewiele się zmienia. Nie jest to prawdziwe 3D, tylko lekka głębia, bez której wiele filmów mogłoby się obejść i nie straciłyby na swojej atrakcyjności. Wystarczy obejrzeć na ekranie IMAX film dokumentalny „Dzikie z natury" aby każdy wiedział o co mi chodzi. Tam mamy małpki dosłownie na wyciągnięcie ręki, gdzie czasami musimy odsunąć głowę, by nie zostać uderzonym przez filmowego zwierzaka lub byśmy nie zostali polani wodą podczas małpiej kąpieli. Nie twierdzę, że w „Przygodach Tintina" takich scen nie ma, ale jest ich stanowczo za mało.

 

Dynamiczna scena pogoni w marokańskim mieście, na wielkim ekranie i w 3D, to dla widza prawdziwe przeżycie. Pościg na motorach, strzelanina, bójki i kończąca scenę sekwencja podążania Tintina za ptakiem trzymającym w dziobie pergaminy to prawdziwy majstersztyk trójwymiarowej animacji komputerowej. Podobne emocje odczujemy trochę wcześniej oglądając bitwę morską, w której dookoła nas biega pełno piratów dokonujących abordażu. Wybuchy z armat rozrywają poszycia statków, a ich kawałki fruwają nad naszymi głowami. Szczęk szabli i okrzyki bojowe stawiają nas w samym centrum akcji, a dookoła rozpryskująca woda aż prosi się o to abyśmy mogli poczuć ją na swojej skórze. Wszystko to jest piękne, efektowne i dynamiczne, jest jednak jedno ale.

 

Obydwie te sceny trwają razem około dziesięciu minut, co przy filmie który trwa prawie godzinę i pięćdziesiąt minut to stanowczo za mało. Nie wiem czy twórcy nie chcieli zbytnio zaburzać dzieciakom błędnika w głowie, czy po prostu za dużo obiecywałem sobie po duecie Spielberg – Jackson. Jest kilka scen w filmie, również kilkominutowych które z powodzeniem można było zrobić w podobny sposób co dwie wymienione wcześniej, a za to odpuścić sobie końcową batalię przy użyciu dźwigów przez kapitana Baryłkę i Sacharynę. Scena ta jest dość chaotyczna i efekt 3D sprawia, że na ekranie zbyt dużo nie widzimy. Te niewielkie, ale znaczące mankamenty, zupełnie inaczej definiują promocję filmu jako przygodę w 3D. Dzieje się tak dlatego gdyż cała reszta scen mimo trójwymiarowej głębi nie wygląda rewolucyjnie i nie wiele gorzej wyglądała by w tradycyjnym systemie dwuwymiarowym. Na scenę bitwy morskiej czekamy długo, na pogoń za ptakiem jeszcze dłużej. W rezultacie ktoś, kto przyszedł obejrzeć efektowne 3D będzie solidnie rozczarowany.

 

Podsumowują „Przygody Tintina", uważam, że jest to bardzo udany, animowany film przygodowy, na którym starsi i młodzież nie będą się nudzić. Myślę, że najmłodsze pociechy muszą trochę poczekać aby go obejrzeć, gdyż mogą go po prostu niezrozumień. Mimo tego, że po zakończeniu seansu pozostaje jednak lekki niedosyt, który podczas opuszczania sali kinowej objawiał się nie tylko na mojej twarzy, film ten przy tak dużej ilości pozytywnych aspektów, jest dziełem obok którego nie można przejść obojętnie. Tym bardziej, że twórcy mają otwartą furtkę na kolejne części, więc miejmy nadzieję, że będzie tylko lepiej.

 

Werdykt: 8 (Wyborów) na 10

 
Oceń ten artykuł
(1 głos)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Przygody Tintina

Dodatkowe informacje:

Współpracujemy z: