×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery Pro plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: media/k2/galleries/4296

Skyfall

Zwiastun:

Oficjalny trailer

Opis:

Konwencja. Magiczne słowo klucz, dla jednych będące nienaruszalną świętością, dla innych wygodną wymówką, słowo które w Polsce przeżywało swój renesans za sprawą „Big Love” Barbary Białowąs, a w Wielkiej Brytanii bije rekordy popularności właśnie teraz, niespełna dwa tygodnie po tamtejszej premierze Skyfall, 23. i jubileuszowego filmu o przygodach Agenta Jej Królewskiej Mości, Jamesa Bonda. Idąc do kina na filmowe kontynuacje mamy konkretne oczekiwania- cóż złego jest w tym, że oglądając kolejną część Batmana czekamy na kulturalne wymówki Alfreda, że śmiejąc się na entym filmie o Asterixie i Obelixie chcemy widzieć menhiry i spektakularne efekty magicznego napoju, że kiedy na ekranie pojawia się Harry Callahan, chcemy widzieć przy nim magnum 44. Filmy o Bondzie są pod tym względem fenomenem, bowiem jako widzowie sporządzamy listę dialogów i scen obowiązkowych w każdym epizodzie, oraz porównujemy je z poprzednimi tworząc swoisty ranking. Tyczy się to przede wszystkim odtwórcy głównej roli- zagranie Bonda wiąże się nie tylko z ogromnym wyróżnieniem ale i niezwykłą odpowiedzialnością.

 

Jakim Bondem jest Craig? Mam ochotę powiedzieć: najlepszym. Najlepszym, bo stworzył nowy, odświeżony wizerunek agenta 007, odbrązawiając go, nadając mu wreszcie cechy człowieka a nie superbohatera. Przez trzy filmy odkrywamy, że on także traci cierpliwość, odczuwa ból, w końcu- starzeje się. Patrząc na trylogię w której występuje Craig, można dopatrzeć się pewnej spójnej wizji charakteru i osobowści Bonda, proponowanej przez scenarzystów- w jej szczytowym osiągnięciu, fenomenalnym Casino Royale Bond obnaża się, zdejmuje pancerz kobieciarza i maszyny do zabijania- zwyczajnie, po ludzku zakochuje się. W 007 Quantum of Solace widzimy niszczącą siłę bondowskiej miłości, prowadzącą do autodestrukcji i zachwiania wiary agenta w sens jakichkolwiek wyższych uczuć. Najnowsza część przygód, to Bond uodporniony, zdystansowany, z którego bije przekonanie o sile własnej niezależności i bezbłędności, wynikające być może z pojawiającego się po raz pierwszy dojrzewania, zmieniającego się w powolne starzenie. Skyfall przypomina o tym dość nachalnie, zaczynając już od czołówki (niezbyt spójnej i o dziwo, niemal pozbawionej nagich bądź półnagich kobiet). Równolegle pada mit niezniszczalnego nadczłowieka o nadludzkiej wydolności na jakiego przez lata był kreowany Bond, i władczej skarbnicy mądrości, nadrzędnej siły sprawczej czyli M, której wielka osobowość przez siedem lat kryła się w drobnej postaci Judi Dench.

Można długo wyliczać, czego brakuje w Skyfall- z bólem, ale można przełknąć brak niewyobrażalnych gadżetów, nieobecność klasycznej dziewczyny Bonda, dziwnie odmłodzonego Q gardzącego wybuchającymi długopisami. Nie można jednak pogodzić się z brakiem jednej rzeczy- rzetelnej, pomysłowej fabuły, mającej początek i koniec, zawierającej w sobie solidną porcję brytyjskiego humoru, mnóstwo nagiego kobiecego ciała w a zwłaszcza wciągającą intrygę, której przebieg trudno odgadnąć, a zakończenie tradycyjnie zaskakuje. Co proponuje w Skyfall Sam Mendes, który od kilkunastu lat pozostaje w cieniu własnego dziecka, jakim było fenomenalne American Beauty? Niezwykłe skrzyżowanie Śmierć nadejdzie jutro, GoldenEye, Batmana i Kevina samego w domu. Po domniemanej śmierci Bonda (której „nadludzkim wysiłkiem woli” uniknął), M16 staje się celem ataków cyberterrorystycznych, skierowanych w M, która po raz pierwszy zostaje wplątana w skomplikowane polityczne zależności. Jedyną osobą, mogącą odnaleźć i zlikwidować buchającego żądzą zemsty byłego agenta sekcji H, Thiago Rodrigueza, oraz ocalić popadającą w ruinę moralną i fizyczną M, jest oczywiście wydobywający się z czeluści śmierci Bond. To właściwie wszystko. Po  raz pierwszy, Bond walczy nie przeciw konkretnej organizacji, nie ratuje świata, nie przesuwa satelit i nie podtrzymuje walących się budynków- atakiem jest jego macierzyste M16, którego zniszczenie i zabicie szefowej nie doprowadziłoby przecież do nuklearnej zagłady. Kolejny znak czasu? Upływający czas staje się motywem przewodnim Skyfall- obok M, Bond okazuje się najstarszym członkiem wywiadu, co bije po oczach w zestawieniu z magicznie odmłodzonym Q i powracającą po latach przerwy Moneypenny. Jego wiek odbija się na słabnącej kondycji fizycznej i psychicznej, co bez oporów wytyka mu Gareth Mallory, przewodniczący Komitetu Wywiadu i Bezpieczeństwa, oraz nowy wróg, Thiago Rodriguez, zwany Silvą. Dziurawej i beznamiętnej fabuły, nie ratują ani fenomenalne efekty specjalne i wyszukana sceneria (walka z Patricem w szanghajskim drapaczu chmur) ani niemal gwiazdorska obsada- obok pełnych klasy i wdzięku Judi Dench i Daniela Craiga na ekranie pojawia się Ralph Fiennes, Javier Bardem oraz Albert Finney. Trudno mówić kto zagrał ukochaną 007- niecałe dziesięć minut ekranowej obecności egzotycznej Severine, nie upoważna Berenice Marlohe do określania się dziewczyną Bonda, a Naomie Harris, mimo uroczych flirtów z agentem, ma do odegrania zupełnie inną rolę.

 

Tęsknię, a nie pomylę się wiele, jeśli napiszę „tęsknimy”, do tego co dobrze znamy- za Bondem brylującym w smokingu na przyjęciach z pistoletem w kieszeni, pociągającym martini, które zamawia z czarującym uśmiechem, za kaskaderskimi popisami przyozdobionymi gadżetami o których nikomu się nie śniło, za kobietami uwodzonymi w najbardziej szarmancki sposób świata, za poprawianiem mankietów po zabiciu szwadronu ludzi. Bond jest ekranowym uosobieniem klasy agenta i mężczyzny. Czy nasze czasy zmieniły się na tyle, że jesteśmy w stanie tolerować u „człowieka z klasą” przekleństwa, tupet i zdradę ideałów? Kiepskie to czasy.

 

Eksperymenty i modernizacja skostniałej klasyki są potrzebne i mają sens, jednak tylko wtedy kiedy robione są z pomysłem i w konkretnym celu- jak dobitnie pokazało chłodno przyjęte przez widzów i krytykę 007 Quantum of Solace, zmiana dla zmiany nie ma racji bytu i nawet najbardziej liberalny miłośnik przygód 007 nie zgodzi się na pewne rzeczy. Mimo jednego rozczarowania, wiedziony przywiązaniem i sentymentem do ulubionego bohatera widz pójdzie do kina na kolejną część przygód Bonda, ale zrobi to z przyzwyczajenia. A nie to powinno być celem kina, przynajmniej tego na wysokim poziomie, które przez lata reprezentowała bondowska seria. Czyżby kolejnym znakiem czasu było obniżenie lotów i nieuchronne wypalanie się nie tylko bohaterów ale i twórców?

Galeria:

 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Skyfall

Dodatkowe informacje:

Współpracujemy z: