Transformers: Wiek Zagłady

Zwiastun:

Opis:

Agniecha

Te wysoce rozwinięte transformujące roboty cały świat pokochał całym sercem. Już od pierwszego filmu. Dlatego też wielu potrafiło darować Michaelowi Bayowi wszelkie niedostatki fabularne, bo gdy tylko przy jakimś obrazie pojawia się jego nazwisko wiemy, że będzie to epickie widowisko. Darować można było więc przeładowanie efektami i robotami w „Zemście upadłych" i „Dark of the Moon", ale to co się przydarzyło „Wiekowi zagłady" jest nie do pomyślenia. LaBeouf wypiął się na film, a Bay nie tylko naładował max robotów do produkcji, ale rozciągnął swoją atrakcję do niemalże trzech godzin! Niestety, wszystko to sprawiło, że zamiast bawić film męczył!

 

W kilka lat po wielkiej bitwie w Chicago amerykański rząd poluje na wszystkich kosmitów, jacy ostali się na Ziemi, nawołując obywateli do zgłaszania wszelkiej aktywności obcych. Najbardziej poszukiwany jest przywódca Autobotów- Optimus Prime, który ukrywa się pod powłoką zdezelowanej ciężarówki. Trafia on w ręce Cade'a (Mark Wahlberg), samotnie wychowującego swoją nastoletnią córkę złotej rączki zarabiającego na dawaniu gruchotom nowego życia. Gdy specjalne służby dowiadują się o nowym nabytku mężczyzny Cade wraz z rodziną i przyjaciółmi znajduje się na celowniku. Teraz chce pomóc ekipie Transformerów poznać powody polowania na ich braci, a przy okazji dokonać zemsty.

 

Oglądanie takich filmów sprawia ogromny ból. Wyczekujemy na nie wiele miesięcy, liczymy na naprawdę niezapomniane wrażenia i co dostajemy w zamian? Prawdziwy zawód! Patrząc na Baya, patrząc na wcześniejsze filmy z serii wiadomym jest, że po „Transformers: Wiek zagłady" nie mamy co oczekiwać głębokich przemyśleń, genialnej i przewrotnej fabuły, czy porywających postaci. Tutaj liczy się nawalanka, kluczową rolę odgrywają efekty, a bez naszych cudownych robotów nawet nie ma po co w ogóle brać się za ten film. Jest to oczywista oczywistość, aczkolwiek do tej pory wszystko to było jakoś zjadliwe, bowiem sam Bay wiedział, że nie musi na siłę budować jakiejś konkretnej historii. Aż nagle pojawił się czwarty film, który ma być chyba przełomowym w serii o robotach z kosmosu. W końcu ma powstać jakby odrębna trylogia bez LaBeoufa, bez starej ekipy. Szkoda tylko, że nie zakończono w żaden sensowny sposób poprzedniej historii. Mamy nawiązanie do akcji z Chicago, ale nie wiemy co się stało z Samem, czy naszymi wojskowymi ulubieńcami. Szkoda, bo przez cały film mamy nadzieję, że gdzieś tam dołączą się do walki, bo w końcu Sam i Optimus, czy nawet Sam i Bumblebee to byli przyjaciele jakich mało! Totalną głupotą jest więc nie wyjaśnienie skąd taka nagle separacja, w sensie fabularna, bo wiadomo, że gość nie chciał więcej pojawiać się w tych filmach. Kontynuując myśl (którą ewidentnie gdzieś zagubiłam w tym słowotoku) nowy film miał być nie tylko efekciarski, ale posiadać również duszę. Niestety, wątki, które się tutaj porusza są tak błahe i dziwaczne, że w ogóle można było je sobie darować. Jednakże niektóre potrafią zaskoczyć, jak to naruszenie historii wyginięcia dinozaurów. Trzeba przyznać, że ciekawa jest to koncepcja. Natomiast jedynym pocieszeniem jest to, że pojawia się jakiś nowy, szokujący motyw z robotami, gdy poznajemy kolejny element ich przeszłości. Nie mniej, pierwsza część filmu jest absolutnie przegadana, a i później w najmniej odpowiednich momentach pojawiają się dłuuugie wstawki pełne gadaniny niczego nie wprowadzające do nijakiej fabuły. Wszystko jest zrobione na siłę, więc wydaje się, że ratunkiem pozostają już jedynie sceny akcji, bo przecież o to tutaj chodzi! Jednakże, co za dużo to niezdrowo i u końca tej ponad dwugodzinnej tyrady człowiek jest tak zmęczony, jakby pół dnia w kinie spędził. Kolejne zmagania Autobotów z nowymi wrogami stało się schematyczne i zwyczajnie nużące. Gdzie się jednak podziało w tym wszystkim poczucie humoru? Wydaje się, że gdzieś zaginęło, odeszło wraz z Witwickym, a jedyne co po nim zostało to uroczy i zabawny Bumblebee.

 

Są jednak rzeczy, za które naprawdę trzeba pochwalić Baya i jego film. Oczywiste jest, że wizualnie jest to po prostu arcydzieło. Darowano nam szczegóły transformacji, gdyż wiadomo iż wszystkim się to przejadło, ale pojawia się nowinka, która zaszokowała samego Bumblebee, a jego „What was that?!" było totalnie przekomiczne. Twórcy poszaleli z robotami do granic możliwości! Ich animacja wciąż powala, a tworzenie nowych jest po prostu zaskakujące. Spoglądanie na takiego Stingera zachęcało do okrzyków zachwytu, a taki Crosshair zdecydowanie wykazywał kreatywność twórców. Jednakże te stare, poniekąd, roboty nie dostarczały aż tylu emocji, co wielkie oczekiwanie na coś zupełnie nowego, na prehistoryczne roboty, na DINOBOTY! Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że człowiek już był tak zmęczony całym filmem, że momentami całkowicie zapominał o tym, że mają się zjawić. I to wyczekiwanie, i to patrzenie na zegarek, bo przecież zaraz film się kończy, a tych dinozaurów, jak nie było, tak nie ma, aż nagle... nadzieja spełniona i na kilka chwil pojawiają się w liczbie AŻ 5, na czele z Grimlockiem. Jest jednak na co popatrzeć, a wiadomo, że tak efekciarskie filmy ogląda się najlepiej na gigantycznym ekranie z mega nagłośnieniem. Wtedy wychodzi się z kina na miękkich nogach całkowicie oszołomionym tymi świetnymi zdjęciami, walkami, robotami i samochodami, takimi jak cudowne, czerwone Pagani Huarya, czy szare Lamborghini Aventador, no i oczywiście jak zawsze świetną muzyką stworzoną przez Steve'a Jablonsky'ego. Wraz z Imagine Dragons stworzyli niezwykłą ścieżkę dźwiękową, która idealnie trzyma się charakteru. Dla mnie absolutnie najgenialniejszym motywem pozostaje ten towarzyszący każdorazowemu pojawieniu się Lockdowna!

 

O aktorstwie z chęcią by człowiek zapomniał, bo i nie ma tutaj za bardzo o kim mówić. Wahlberg zastąpił LaBeoufa i choć zawsze wieszali na dzieciaku psy, to i tak uważam, że był 20 razy lepszy od starszego kolegi. Oglądanie jego gigantycznych nozdrzy na ekranie IMAXa było koszmarnym przeżyciem! Okazuje się jednak, że młodzi bohaterowie też za specjalnie klasy nie pokazali i byli tak pozbawieni emocji, jak to tylko możliwe. I choć dla niektórych obecność Jacka Reynora mogłaby być jedynym pozytywnym elementem, to śmiało stwierdzam, że on i Nicola Peltz choć obecni, są całkowicie niewidzialni! Uaktywniają się dopiero gdzieś przy końcu. Jedynym pozytywem całej tej aktorskiej farsy wydają się być czarne charaktery, bo to zawsze tak z nimi jest, czyli Welliver i Grammer, natomiast na ekranie najbardziej lśni Stanley Tucci, któremu w tym całym bałaganie udało się stworzyć naprawdę interesująca postać.

 

Moje uwielbienie do Transformerów, jako kosmitów, nigdy nie osłabnie, aczkolwiek nawet ja muszę przyznać, że „Wiek zagłady" jest najgorszym filmem za całej serii. Oczywiście, więcej się tu dzieje i jest to wszystko o wiele bardziej rozbudowane wizualnie, ale Bay zwyczajnie przeładował ten film. Za dużo tu było wątków- niby nijakich, ale totalnie zapychały fabułę, za dużo tutaj tych atrakcji- choć wiadomo, że film ten musi być czystą rozrywką. Do tej pory jakoś zdawało to egzamin, za każdym razem była akcja i było nawet zabawnie, ale tym razem te niemalże trzy godziny okazały się być prawdziwą męczarnią. Jest to oczywiście niezobowiązujące kino letnie, więc totalnie ma nas odmóżdżać, ale byłoby fajnie aby jednak te mózgi nie wypływały nam uszami. Nie mniej, super było zobaczyć odnowionych starych bohaterów, a także pozachwycać się nowościami, świetnie słuchało się też muzyki, ale jak tu żyć, kiedy tak długo wyczekiwany film zawodzi tak bardzo, że aż serce pęka...

 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: