Oz Wielki i Potężny

Zwiastun:

Opis:

Agniecha

Któż nie zna historii Dorotki, która za sprawą magicznego tornada została przeniesiona ze swojego rodzinnego Kansas do magicznej krainy Oz. Poczytna powieść L. Franka Bauma doczekała się wielu ekranizacji, wielu interpretacji, które w ten czy inny sposób dotykają Dorotki, krainy Oz, czy też Nikczemnej Zielonej Czarownicy. „Oz Wielki i Potężny" to kolejna taka odsłona, tym razem opowiadająca o samym Czarnoksiężniku o pseudonimie Oz. Nikt inny nie mógłby się tutaj sprawdzić lepiej niżeli Sam Raimi- tak, ten od „Spidermana" i „Wrót do piekieł".

 

Oscar (James Franco) jest znanym i cenionym iluzjonistą w Kansas. Na jego przedstawienia przychodzi wielu ludzi, choć coraz więcej osób przestaje wierzyć w jego sztuczki. Kiedy zostaje przyłapany na kolejnym oszustwie ucieka jak najdalej kupionym na spółkę z kolegą balonem. Jakby za karę za wszystkie jego egoistyczne wyczyny i kłamstwa porwany zostaje przez potężną trąbę powietrzną. Tym sposobem ląduje w przepięknej magicznej krainie pełnej czarownic i najdziwniejszych ze stworzeń. Na przywitanie wychodzi mu przepiękna Teodora (Mila Kunis), która widzi w nim czarodzieja z przepowiedni, zbawcę krainy Oz. Oscar ma szansę zostać królem i pławić się w luksusie, jedyne co musi zrobić to powstrzymać nikczemną wiedźmę, panoszącą się po całym królestwie.

 

Choć historię o krainie Oz znam bardziej po omacku, odświeżając ją sobie bardziej poprzez dzisiejsze produkcje serialowe typu „Supernatural", czy „Once upon a time", to i tak dostrzec potrafię pewną karkołomność pomysłu Sama Raimiego. Już od pierwszych minut film przeraża przesadą, pewną groteską napędzającą postaci, a także ich reakcje na cały otaczający je świat. To przerysowanie jest wszechobecne, wręcz namacalne, gdyż wkrótce zaczyna przelewać się na dialogi, a także absurdalność co niektórych scen. Zaskakujące jest to, jak historia o tak głębokim podłożu, z zamysłu, z taką łatwością zostaje zniszczona poprzez banalność, a wręcz infantylność dialogów i zachowań. Smutne jest to, że tak powierzchownie zostaje potraktowana ta opowieść. Z drugiej zaś strony fajne jest to inne spojrzenie na krainę Oz- na jej początki, na narodziny nikczemnej wiedźmy, na powstanie czarnoksiężnika z Oz. Widz obserwować to będzie z pewną nieustającą fascynacją, ale to jedyne ku temu powody. Akcji nie jest tu zbyt dynamiczna, momentami wręcz jest dość męcząco i nużąco, aczkolwiek co niektóre sytuacje cechują się sprytem i możliwością wykorzystania prestidigitatorskich umiejętności, a co za tym idzie- wywołają swoisty uśmiech na twarzy.
Jedyne co ratuje ten film przed porażką to niesamowite efekty wizualne dorównujące tym z obrazu „Parnassus". Zachwyca to z jaką pieczołowitością zaakcentowany jest każdy najmniejszy szczegół, a wszystko ma tak olśniewające barwy, że aż trudno jest oderwać wzrok od ekranu. Jednakże zanim to wszystko nastąpi reżyser wraz z twórcami serwuje nam obraz całkowicie czarno-biały całkiem inny od tego, który za chwilę ma nastąpić. Kiedy tylko Oscar przybywa do Oz szerokość ekranu automatycznie się zwiększa i dostaje on najrozmaitszych barw tęczy. Świetnie to wygląda. Choć to co najbardziej dziwi, to fakt tak tragicznej grafiki komputerowej. Co z tego, ze wszystko to pięknie wygląda od strony kolorystycznej i jest bardzo pomysłowe, kiedy samo wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Przykładem może być tutaj chociażby małpka Franek, czy ewidentnie komputerowa Porcelanka. Można by się do tego przyczepiać, a można też powiedzieć, że takie detale idealnie podkreślają ogólny charakter, stylizację filmu- a i owszem! Podobać może się również soundtrack, ale na mnie wpływa tylko „Main Title" Danny'ego Elfmana, a w szczególności pozytywkowy motyw, który urzeka i pozwala się rozpływać. Na szczęście pojawia się co jakiś czas w różnych scenach, więc nie sposób o nim zapomnieć.

 

Gdzieś powyżej, przy okazji wstępu pojawił się już mały urywek opiniowania aktorstwa, które to odbyło się na ekranie. Obsada najwyraźniej podeszła na luzie do odgrywanych przez siebie postaci i postanowiła całkowicie się nimi pobawić. Ich dystans jest wyczuwalny, bo pewnie za cel honoru postawili sobie trafić przede wszystkim do dzieci. Tak to się właśnie ogląda. Każdy gest, każdy uśmiech, każde słowo... to jak zwracanie się do małego dzieciaczka, który jeszcze nie ogarnia na czym świat stoi. Widać to i jest to tak niesamowicie drażniące, że zwyczajnie nie da się tego oglądać. Po długim czasie marzymy jedynie o tym, aby zetrzeć z twarzuchny Jamesa Franco ten głupawy, szeroki uśmiech, a od delikatności Michelle Williams zaczyna nas już mdlić. Wrzaski Mili Kunis wprawiają nasze bębenki w drgania i w zasadzie jedynie Rachel Weisz jako tako można znieść. Wszystkie te postaci bardzo karykaturalne, wszystkie takie nad wyrost. Oglądanie tego jest nie lada wyzwaniem, a słuchanie prawdziwym koszmarem.

 

„Oz wielki i potężny" nie sprostał oczekiwaniom. Wszystko wydaje się być tutaj nie tak- począwszy od marnej i mało dynamicznej fabuły, poprzez uwydatnione efekty specjalne, aż po wołające o pomstę do nieba aktorstwo. Obraz ma jednak lepsze momenty, ale bez względu na to, czy wszelkie defekty zostały mu wyrządzone z premedytacją, czy był to wypadek przy pracy, film nie jest nawet średniakiem. Choć film reżyseruje ten sam człowiek, który stworzył „Spidermana", i choć nad całością czuwa Disney, który zazwyczaj robi nie najgorsze filmy, to najnowsza produkcja jest tak żenująco banalna i nachalnie przebarwiona, że oglądanie jej aż boli. Dlatego też tylko miłośnikom krainy Oz pozostawiam decyzję, czy podejmą się wyzwania i zobaczą historię narodzin Szmaragdowego Grodu, czy jednak poczekają aż stworzy się coś innego w tym klimacie, a o wiele lepiej wykonane.

 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Oz Wielki i Potężny

Dodatkowe informacje:

Współpracujemy z: