Ona

Zwiastun:

Opis:

Agniecha

Po tym jak Spike Jonze zrobił wielką furorę filmami „Być jak John Malkovich" oraz „Adaptacja" nie wstrząsnął już więcej światem kinematografii. Nie mniej, w 2013 roku na ekranach światowych kin pojawiła się jego najnowsza produkcja, futurystyczny obraz samotności i miłości. Przejmujący tytuł, „Ona", zaskoczył krytyków, posypały się tu nominacje do licznych nagród, w tym do Oscarów. Obraz ma szansę na tytuł najlepszego filmu roku i choć w moim odczuciu nie jest zbyt powalający, to nie jest całkowicie bezbronny w tym starciu.

 

Świat jutra, w którym sztuczna inteligencja wykorzystywana jest każdego dnia. Świat, w którym miłe listy piszą za nas specjaliści. Jednym z nich jest Theodore (Joaquin Phoenix), przechodzący ciężkie rozstanie. Zdystansowany do świata i ludzi musi pogodzić się z myślą o rozwodzie ze swoją ukochaną żoną (Rooney Mara). W pogoni za nowinkami technologicznymi i chęci zrobienia porządku w swoim komputerze ulega reklamom o nowym systemie operacyjnym, ze zbudowaną na ludzkim DNA sztuczną inteligencją. Kilka prostych pytań dobiera dla niego bardzo seksowny i sympatyczny głos Samanthy (Scarlett Johansson), która wkrótce staje się dla mężczyzny czymś więcej niżeli tylko głosem z komputera.

 

W swoim najnowszym filmie Spike Jonze prezentuje zupełnie odmienny od dominujących w dzisiejszym świecie obrazów jutra, gdzie nasze życie nie zmienia się tak radykalnie jak byśmy się tego spodziewali. Jedynym urozmaiceniem stają się technologie, a także najrozmaitsze usługi je wykorzystujące, mające na celu ułatwić nam żywot. Nie mniej, pisanie listów za innych, czatroomy, w których słowo pisane zamienia się na mówione, to jedyne drobne udogodnienia, które mogą doprowadzić do całkowitego rozleniwienia człowieka. W takim świecie żyje właśnie główny bohater tego filmu, jakby nie było również przyczyniający się do tej tendencji. Pracuje wręcz w takiej redakcji listów, gdzie może wykorzystywać swoją ponadprzeciętną zdolność do tworzenia. W pewnym jednak momencie rodzi się tutaj dość przygnębiająca, ale jednocześnie przerażająca historia. Człowiek, który nie może pogodzić się z odejściem swojej małżonki popada w całkowitą izolację- rzecz codzienna, nie taka zaskakująca. To co jednak martwi to odskocznia, którą sobie obiera, a która okazuje się nie być niczym dziwnym w prezentowanym świecie. Odpowiedzią na wszystkie zmartwienia staje się system operacyjny zbudowany na sztucznej inteligencji, który jest wiernym towarzyszem każdego dnia. Może być z nami każdego dnia, pilnować podczas snu, zamawiać za nas zakupy, segregować pocztę i wyłapywać tylko to, co jest dla nas najistotniejsze. System inteligentny, z którym możemy porozmawiać, a który dzięki wbudowanej intuicji będzie potrafił wyczuć, gdy coś jest z nami nie tak i być może pomoże nam rozwiązać problem. Nic dziwnego, że z takich kontaktów rodzi się większe uczucie, na dzień dzisiejszy dla nas oczywiście dziwaczne, ale nie takie znowu niemożliwe. Nie zaskakuje, że człowiek taki, jak Theodore wchodzi w relację i odczuwa tak silne emocje z wirtualnym. Staje się to kwintesencją prawdziwego sensu każdego związku, gdzie dobieramy sobie partnera kompatybilnego na poziomie intelektualnym, moralnym i emocjonalnym, gdzie dotyk i fizyczna bliskość drugiej osoby nie warunkuje powodzenia tych relacji. Nie mniej, na jak długo coś takiego wystarcza? Możność zrozumienia i dyskutowania z wirtualnym nie zastąpi ciepła i fizycznego podparcia w trudnych chwilach. W końcu każdy człowiek seksualnie rozwinięty ma też swoje potrzeby. Starania Samanthy, aby wyjść z tego problemu są zaskakujące, a i tutaj widać narodziny nowego biznesu w świecie, gdzie ludzie zaczynają łączyć się w pary z wirtualnymi, niecielesnymi bytami. Pomimo wszystko wydaje się iż taka forma kontaktu może być idealnym środkiem terapeutycznym dla ludzi odizolowanych. Dzięki niemu wyjdą do ludzi, poznają swoje prawdziwe uczucia i przełamią bariery, które wcześniej sami sobie w głowach ustawili.

 

Trzeba więc przyznać, że taka fabuła, życie Theodora może być i jest poruszająca. Momentami widz odczuwa współczucie dla bohatera, a innym razem kompletnie nie rozumie tych poczynań. Jonze jednakże trzyma się swojej idei i wiernie ją realizuje. Wszystko jest spójne, idealnie ze sobą gra. Nie wykorzystuje efektów specjalnych, przez co nie jest to typowa fantastyka naukowa. Więcej tu za to dramaturgii, ludzkich emocji, które chcąc nie chcąc przechodzą na widza. Jednakże w moim odczuciu, obraz nie jest takim jakim się oczekuje. Nie wyzwala w człowieku tak skrajnych uczuć, jak się spodziewa, a szkoda. Być może z powodu dość spokojnego nastroju, jaki tutaj panuje. Zdjęcia nie szokują kontrastem, a muzyka jest niczym kołysanka idealna do łóżka. Piosenka, którą Samatha pisze dla Theodora „The Moon Song" może nie porywa, ale ma w sobie coś niesamowicie magicznego. Może nawet i zasługuje do tytułu najlepszego filmowego kawałka zeszłego roku.

 

Tym razem Joaquin Phoenix ma całkiem inną rolę niż dotychczas. Wciela się w człowieka skrytego, odrobinę zakręconego- typowego nerda, mającego świra na punkcie nowinek technologicznych. Człowieka zaadaptowanego do nowego świata wirtualnego, ale tak odizolowanego od świata ludzi. Dzięki Phoenixowi ta postać w ogóle ma rację bytu. Tak bardzo oddał się tej roli, że widz nie ma problemu z tym, aby uwierzyć w jej autentyczność. Z pewnością niejeden widz mógłby się z nim utożsamiać. Dla jednych wydawać może się iż postać jest dość niemrawa, dość nijaka i momentami może faktycznie tak jest, ale dzięki Joaquinowi coś tu się dzieje, dzięki niemu film osiąga zupełnie nowy poziom.

 

Niestety, „Ona" nie jest filmem, jaki spodziewałam się obejrzeć. Miałam nadzieję na coś bardziej emocjonującego, bardzo melodramatycznego. Nie oznacza to jednak, iż film pozbawiony jest jakichkolwiek uczuć, wręcz przeciwnie. Fabuła, w której świat realny przenika się ze światem wirtualnym jest bardzo fascynująca, choć mało dynamicznie rozwinięta. Tym samym widz ma szansę na analizę psychiki głównego bohatera i jego relacji z Samathą- programem komputerowym. O dziwo, film ma w sobie więcej magii niż inne filmy z gatunku fantasy. Tutaj dominują uczucia, drobne gesty widziane oczyma bohatera i programu komputerowego. Trudno jest więc nie docenić jego walorów, ale czy zasługuje na miano najlepszego filmu roku? Wątpliwe.

 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Ona

Dodatkowe informacje:

Współpracujemy z: