Łowca Androidów

Zwiastun:

Opis:

Agniecha

Z klasykami kina jest ten problem, że nie wiadomo, jak je oceniać, gdy ogląda się je po raz pierwszy w dzisiejszych czasach. W czasach, kiedy wszystko już się widziało, a pewien ewenement w ówczesnych czasach dziś nie zachwyca. „Łowca androidów" to przykład takiego dzieła, po którym spodziewamy się o wiele więcej niżeli faktycznie dostajemy. Po tak wielu latach od premiery, w końcu i ja postanowiłam zmierzyć się z tym obrazem od Ridleya Scotta, w którym zakochana jest większość miłośników science fiction, a która jest adaptacją poczytnej powieści Philipa K. Dicka o dziwacznym tytule.

 

Świat przyszłości, kiedy to Replikanci pojawili się na Ziemi. Ludzie nie są w stanie odróżnić kto jest kim, na szczęście istnieje grono łowców, którzy przy pomocy specjalnego testu są w stanie wyselekcjonować obcych. Były gliniarz Deckard (Harrison Ford) zostaje przydzielony do misji odnalezienia specjalnej grupy replikantów- Nexus 6, którym przewodzi niejaki Roy (Rutger Hauer). Podczas tropienia wrogów udaje się do ich twórcy- dr Tyrella (Joe Turkel), a tam poznaje jego przepiękną- Rachael (Sean Young), nie zdającej sobie sprawy ze swojej własnej tożsamości. Deckard robi wszystko, aby wyłapać wszystkich groźnych replikantów. Pytanie tylko, czy będzie w stanie zlikwidować również kobietę, z którą zaczęły łączyć go swoiste uczucia.

 

W dzisiejszych czasach, kiedy to filmów typu „Łowca androidów" była już cała masa, to co rozgrywa się na ekranie nie jest żadną rewelacją. Poruszana tematyka człowieczeństwa i odnajdywania własnej tożsamości jest nam nieobca, w odniesieniu do tworów odmiennych do człowieka. Natomiast swego czasu z początkiem lat 80tych, było to coś nowego, a pisarz, który do tej pory traktowany był jako twórca kryminałów zaczął być postrzegany jako specjalista od fantastyki naukowej. Film od Ridleya Scotta ma w sobie coś z dziedziny kryminalistyki, sposób w jaki bohater dochodzi do kolejnych śladów, aby odnaleźć replikantów przypomina nieco formę dochodzeniową. Nie brakuje tu i wątku romantycznego, ale prawdą jest to, że choć cały film osadzony jest w świecie przyszłości, tak odmiennym od dotychczasowych wizji, to pozostaje to bardzo dobrym dramatem traktującym o ludzkich emocjach, jak chociażby strachu przed utratą ukochanej osoby. Dramat bohaterów postawionych przed sądem, gdzie każdy dzień jest walką o lepszą przyszłości, o każdą dodatkową sekundę swojego życia, które jest tak krótkie. W pewien sposób poruszany jest również temat klonowania i przenoszenia ludzkiej świadomości do zupełnie obcego ciała. Okazuje się więc, że film ten to nie czyste science fiction, ale wielopłaszczyznowa opowieść o ludziach i ich relacjach. Nie zmienia to jednak faktu, że ten motyw dumania momentami odrobinę przytłacza, przez co są chwilę, że film nuży niemiłosiernie. Natomiast, gdy człowiek ma świadomość, że obraz kończy się na kilka różnych sposobów, w kilku różnych odsłonach produkcji, to uzmysławia sobie, że to co widział jest chyba najlepszym możliwym zakończeniem, który ani nie przesładza historii Deckarda i replikanta, ani tego nie niszczy. Tym samym widz sam ma możliwość finalizacji tego, co zobaczył na ekranie i takie wyjścia są jedynym słusznym.

 

Film jest niesamowity pod względem swojej estetyki. Efekty specjalnie nie są tutaj dominujące, aczkolwiek na pewnym poziomie zniewalające. Pierwsze ujęcia panoramy miasta, to coś niezwykle klimatycznego i dopracowanego w każdym calu. Ponure ulice, zlane deszczówką dodają mroku fabule. Wszystko to jest piękne, wszystko bardzo starannie wykonane. Nie jestem dokładnie pewna, którą wersję oglądałam, ale w istnieje ponoć wersja, w której wszystko jest jeszcze bardziej dopieszczone, a nawet wzbogacone o nowe ujęcia. Twórcy zmuszeni byli wkomponować postarzone już twarze starych bohaterów, więc zabiegi liftingujące były konieczne. W niektórych scenach, w których pojawiał się Deckard, tak naprawdę widzieliśmy jego syna. Interesujące nowinki, które dostrzec mogą chyba jedynie pasjonaci filmu widzący kilka jego wersji. Elektroniczne dźwięki, pojawiające się w tle, a także kompozycje muzyczne Vangelisa to jest to, co nadaje futurystycznego nastroju przepełnionego nowoczesnymi technologiami. Ten grecki muzyk wydaje się najtrafniejszym wyborem, co oczywiście daje się poznać po ścieżce dźwiękowej, jaką udało mu się stworzyć do filmu.

 

Patrzenie na młodego Harrisona Forda jest niczym objawienie. Nawet w wieku 40 lat prezentuje się znakomicie! Jako Deckard przekonujący był w każdym niemal calu, aczkolwiek jego momentami dość enigmatyczne ruchy, dziwaczne okazywanie emocji pozawala się widzowi zastanawiać, czy czasem on sam nie jest replikantem. W filmie nie jest to powiedziane, nie wyróżniały go te wizualne cechy, tak jak u innych, nie oznacza to jednak, że tak nie jest. Ciężko byłoby tak zasygnalizować ogólny sens filmu. Fakt faktem, że Deckard jest byłym zdystansowanym gliną, który trzyma emocje na wodzy- może nawet aż za bardzo. Często replikanci wykazywali więcej uczuć niż on sam. Śmiesznie jest spoglądać na takie gwiazdy jak Sean Young („Ace Ventura: Psi detektyw"), Rutger Hauer, czy Daryl Hannah, w tak niecodziennej stylizacji i aktorstwie. To ta trójca wyróżniała się spośród wszystkich. Najbardziej uwagę skupiał Hauer, który był autentycznie oziębły i wzbudzał jak najbardziej negatywne emocje. W ostatnich scenach filmu mocno się zagalopował i ocierając się o szaleństwo prześlizgnął się na finisz. Wszyscy jednak byli bardzo mechaniczni, ciężkostrawni, a niekiedy nawet wyglądali na zagubionych, dlatego trudno jest stwierdzić, czy taki był ich faktyczny zamysł, czy po prostu nie odnaleźli się w swoich rolach.

 

Po takim filmowym hicie, produkcji kultowej, która wbiła się już w kanon kina spodziewałam się czegoś o wiele więcej. Choć jestem w stanie zrozumieć większość zachwytów nad „Łowcą androidów", to cała reszta pozostaje dla mnie tajemnicą. Historia jest ponadprzeciętna, choć dziś już nikogo nie dziwią podobne. W swoich czasach była ewenementem, który rozbudzał emocje u każdego z widzów. Natomiast po obejrzeniu jej podobnych trudno jest mi zachować podziw, aczkolwiek zgadzam się, że jak na lata 80te film jest niesamowity wizualnie i muzycznie. Nie wywołuje jednak skrajnych emocji, nie rozczula, nie straszy, przez dłuższy czas nie trzyma nawet w napięciu. Wszystko jest takie beznamiętne, choć wielce prawdopodobne, że taki był właśnie zamysł, co by ułatwić widzom utożsamienie się z bohaterami. Nie odmawiam mu wszelkich zalet, ale jak dla mnie to za mało by nosić miano arcydzieła.

 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Łowca Androidów

Dodatkowe informacje:

Współpracujemy z: