Elizjum

Zwiastun:

Opis:

Emil Śmistek

 

Witamy w antyutopii. Ile już filmów na ten temat obejrzeliście? Ile książek przeczytaliście? „Rok 1984", „Pianola", „Władca much" i największy przedstawiciel tego gatunku „Nowy wspaniały świat" (aczkolwiek niektórzy rządzący wzięli książkę za instrukcję obsługi, zamiast ostrzeżenia). Tak jest, gatunek który mimo, że został wyeksploatowany do granic możliwości, wciąż trzyma się nieźle, a to z powodu możliwości komputerów i cyfrowego generowania efektów specjalnych. To co kiedyś wymagało wielkiego nakładu pracy i pieniędzy na scenografię („Łowca androidów" trzyma w tym prym i słusznie, bo nagrody filmowej za byle co się nie otrzymuje) teraz można zastąpić komputerową grafiką. I tak co kilka lat powstają filmy w których reżyserzy z lepszym, bądź gorszym efektem prezentują swoją wizje przyszłości świata.

 

Tylko w te wakacje, był wysyp filmów sci-fi prezentujących różne obrazy, od niemal doskonałej „Niepamięci" aż do rozczarowującego „1000 lat po ziemi". I w niedalekiej przyszłości nie będzie tak różowo, bo z roku na rok twórcy mają utrudnione zadanie jak zaciekawić widza i nie popaść w sztampę. Reżyserzy muszą wykazać się niemałą wyobraźnią, aby przekonać widza do swojego obrazu. Ostatni raz gdy zostałem tak mocno i sugestywnie przekonany, to podczas seansu „Dystryktu 9", gdzie Neill Blomkamp pesymistycznie podszedł do tematu pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją. Było brutalnie, zaskakująco i co najważniejsze niegłupio, bo film stawiał dużo ważnych pytań, nie popadał w efekciarstwo i nie wymachiwał jakąkolwiek flagą przed nosem. Mimo, że autor nie powiedział niczego nowego, forma w jakiej to zaprezentował była przejmująca i emocjonująca.

 

W ciągu 4 lat, Blomkamp po cichutku, pomalutku pracował nad swoim kolejnym projektem. Film „Elizjum" otrzymał niebagatelną kwotę 100 baniek, więc reżyser mógł wreszcie rozwinąć skrzydła i przelać swoją wyobraźnie na ekran. Czy mu się udało? Max (Matt Damon) jest jednym z wielu milionów niezadowolonych mieszkańców Ziemi. Bieda, choroby, przemoc to tylko wierzchołek góry problemów jakie nękają ludność cywilną. Na dodatek, nie mogą liczyć na żadną pomoc, ponieważ grupa wybrańców, tych którzy faktycznie rządzą Ziemią, mieszkają na stacji orbitalnej zwanej Elizjum, tysiące kilometrów od Ziemi. Na Elizjum żyją osoby, które nie muszą przejmować się chorobami, czy biedą. Mają wszystko, a nawet i więcej. Jednak pewnej pani sekretarz obrony, p. Delacourt, nie odpowiada taki stan rzeczy, a mianowicie zbyt słabe rządy prezydenta Elizjum. Jedna jej decyzja zmieniła bieg wydarzeń, na Ziemi i na stacji.

 

Orgia gałek ocznych i małżowin usznych. Tak można w jednym zdaniu powiedzieć o filmie Blomkampa. Piękne wizualnie widowisko, które sprawia, że film oglądamy ze szczęką wbitą w kinową podłogę. Pierwsze sceny, gdzie przedstawiona jest owa stacja wgniatają w fotel. Piękno i harmonia czynią to cudo czymś wspaniałym. A potem przeskok na Ziemię i znów czujemy się jakbyśmy otrzymali w szczękę od bramkarza spod klubu. Brud, chaos, krzyki, strzały i wszechobecna policja, aby utrzymać porządek. Los Angeles A.D 2154 przypomina brazylijskie fawele, pełne biedy i ucisku. I już mamy rozrysowaną grubą kreską granicę jakiej musimy się trzymać. Ci na stacji są źli, a my bezbronni i opuszczeni. Czerń i biel. Nie ma miejsca na szarość. Mamy z góry ustalone jak mamy rozpatrywać bohaterów i to już mi się nie spodobało.

 

A potem było tylko z górki. Mimo świetnie rozpisanego problemu społeczeństwa na płaszczyźnie politycznej, gospodarczej czy socjalnej, cała historia ociera się o banał. Powstało lekko melodramatyczne kino, które nie ma nic ciekawego do zaoferowania, oprócz wizualnych efektów. Blomkamp starał się dobrze usmażyć tę ucztę dla umysłu i dla oczu, co wyszło mu połowicznie. Ci którzy nie nastawiali się na filozoficzne pytania, oraz trudne rozterki moralne, będą bawić się świetnie. Ci, którzy pamiętają „Dystrykt 9" wiedzą, że reżysera stać na więcej. Niestety wg mnie skręcił niebezpiecznie blisko miejsca z napisem „Łatwy obraz, łatwa kasa". Stereotypowy, Hollywoodzki dobrze wyglądający blockbuster.

 

A jak wypada reszta filmu? Wg mnie Sharlto Copley jako Kruger ukradł jeżeli nie cały film, to spory jego kawałek. Takiego czarnego charakteru dawno nie widziałem. Lekko psychopatyczny, maniakalny człowiek, który nie uznaje kompromisów i zawsze wykonuje swoją robotę. Jak to antagonista, ma również swoje cele, które niekoniecznie muszą zgadzać się z celami pracodawcy. Matt Damon jako etatowy twardziel Hollywood, mimo licznych obrażeń zewnętrznych i wewnętrznych, robi co do niego należy. I robi bezpłciowo. Jego postać jest płytka i taka bez wyrazu. Reżyser już w prologu podaje nam wspomnienia o dzieciństwie i marzenia o lepszym świecie. Zapomniałem dodać, w Hollywoodzkich produkcjach, tylko główny bohater może marzyć o lepszym życiu tam na górze. Jakby to nie brzmiało. Co do roli Jodie Foster, to również jak u Matta, trochę pokręci się, trochę pokrzyczy i zrobi złowrogą minę. Szkoda.

 

Podsumowując, Blomkamp za bardzo chciał pokazać, że potrafi kręcić filmy dla szerokiej publiki jak i dla wąskiego grona widzów. Za jednym zamachem chciał połączyć te dwa światy. Niestety wyszło mu melodramatyczne kino sci-fi ze świetnymi efektami specjalnymi. Ci którzy nastawiali się na „Dystrykt 9" w wersji 2.0, z lepszymi efektami audiowizualnymi zawiedli się. Tak jak ja. Ode mnie otrzymuje ocenę 6.5/10

 
Oceń ten artykuł
(1 głos)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: