Hobbit: Pustkowie Smauga

Zwiastun:

Opis:

Asertyslem

Peter Jackson niewątpliwie wielkim reżyserem jest, i o tyleż wielkim co dbałym o szczegóły i wplatanie własnych wątków w filmowe adaptacje, szczególnie dzieł Johna Ronalda ReuelaTolkiena. Imć panu Peterowi trzeba przyznać rozmach, efekty specjalne i doskonale wyreżyserowane kino, oraz należy wspomnieć, iż ostatnia część filmowej trylogii Władcy Pierścieni odniosła uznany jedenastoma Oskarami sukces, ustawiając się na najwyższym podium pod tym względem z filmem Titanic i Ben-Hur. Zaskakujący prestiż i kasowy sukces były tylko jednymi z zapowiedzi, iż reżyser sięgnie w końcu wstecz, i zresztą tak też się stało. Ale pan Peter kontrowersyjnie podszedł do tematu i, z zaledwie około trzystustronicowej książeczki, mającej być bajką dla dzieci, stworzył kolejną trylogię.

 

Pierwsza część Hobbita nieoczekiwanie zaskoczyła malowniczością krajobrazów, cukierkowością przedstawionych lokacji i oszałamiająco realistyczną scenerią. Wprowadziła nas do świata młodości BilbaBagginsa, otworzyła przed nami wrota krasnoludzkiej cywilizacji i subtelnie rozwinęła nieopisane wcześniej wydarzenia, dołączone do dodatków książkowego Powrotu Króla. W pierwszej części wszystko, jako tako zgadzało się z literackim pierwowzorem, zachwyciło powiewem świeżości, nietuzinkowym humorem i wspaniałością całokształtu.Ale czy drugi film z postacią tytułowego Hobbita, powtórzył zamierzony sukces i przypadł równie dobrze gustowi odbiorców?

 

Zdania są mieszane, podobnie jest z odczuciami.

Mi mianowicie film przypadł do gustu, potrafiłem wyjaśnić sobie niezgodności filmu z książką oraz nie miałem problemu z niektórymi wizjami reżysera przedstawionymi na srebrnym ekranie. Jednak wciąż nie podoba mi się wplątanie w całą tą historię nieżyjącego już w tym czasie – przynajmniej w prozie Tolkiena – Azoga.

Fabuła – może ciut ostentacyjnie – popychana jest do przodu, po drodze zahaczając o istotne wątki, w tym dość interesujący motyw Beorna, wędrówka przez Mroczną Puszczę, czy – nieodnajdujące w powiastce – odwiedziny DolGoldur. Jednakowoż wszystko podane nam jest w apetycznej wizualnie oprawie scenografii. Ponadto w filmie pojawia się Legolas, znany przede wszystkim z znamienitej roli w Władcy Pierścieni, i bodaj większość fanów narzekała i krytykowała jego występ pod względem samego pojawienia się i niezgodności z książką, ja uważam, iż zagrał doskonale, kipiał wręcz niechęcią do krasnoludów, a – jeśli ktoś pamięta wzmiankę w powieści Władcy Pierścieni – Książe Leśnych Elfów miał co najmniej parę mileniów na karku, co właściwie wystarcza żeby usprawiedliwić jego występ w filmie.

Po raz kolejny dostaliśmy soczysty kawał dobrego kina, przepełnionego wymyślnością, przepychem barw i deseni, niepoznanymi wcześniej kulturami, obyczajami, architekturą i tradycjami różnorakich zakątków Śródziemia. W istocie nie uzyskaliśmy krwistych scen walk, miast tego uraczono nas bohaterską postawą, oddaniem, czas brawurą, i przeważnie epicką jatką w której, o ile mnie pamięć nie zawodzi, nie polała się choćby kropla krwi, nie licząc oczywiście przekwitów szkarłatu na bandażach, owijających rany.

Świat ocieka fantastycznością, jest bardziej mroczny niż w części pierwszej, lecz nadal utrzymuje specyficznie bajkowy klimat, co w żadnym wypadku nie psuje odbioru całości. A ukazany Smaug jest bodajże najlepiej przedstawionym w filmowym kanonie smokiem, co potwierdza wiele opinii i odczuć.

Nie ulega jednak wątpliwością, że film posiada wiele nieścisłości, odznaczających się mniej lub bardziej, lekkością interpretacji zaserwowaną przez Petera Jacksona, który nader często bawi się fabułą książki, ucinając coś w jednym momencie, dopychając w drugim i dodając niemało od siebie.

W drugiej części kinowego Hobbita na szczególne uznanie zasługuje humor, najczęściej trafny i wywarzony w idealnym stopniu.

 

Adaptacja książkowego hitu, preludium do Władcy Pierścieni i światowego bestselleru, w mojej prywatnej opinii zasługuje na ocenę trzy plus, na pięć możliwych. Gdyż nie należy do końca popierać wątkowych zabaw reżysera, ale w pełni uznać aspekt zaprezentowanych charakterów postaci i wciąż sycących oko lokacji, niewątpliwie wyjętych z wyobraźni znakomitego, acz nieobliczalnego Petera Jacksona.

Agniecha

Najbardziej epicka podróż wszech czasów wciąż trwa. „Pustkowie Smauga" to kolejny film powstały na jednotomowej powieści autorstwa J.R.R. Tolkiena, o tytule „Hobbit, czyli tam i z powrotem", która poprzedza akcję rozgrywającą się we „Władcy Pierścieni". Zdjęcia kręcone na równi z pierwszym obrazem rozwiązały całą masę problemów organizacyjnych i skróciły czas wyczekiwania na kolejną odsłonę wędrówki Bagginsa i jego krasnoludziej eskorty. Znowu jest niesamowicie, odrobinę bardziej dynamiczniej, ale przede wszystkim- w końcu jest smok!

 

Bilbo Baggins (Martin Freeman) kontynuuje swoją podróż przez Śródziemie wraz z dwunastoma krasnoludami pod przewodnictwem Thorina Dębowej Tarczy (Richard Armitage). Zmierzają ku Samotnej Górze, niegdysiejszym domu wszystkich krasnoludów, aby przywrócić władzę Thorinowi. Za ich śladem wciąż podążają orki, wysłannicy Azoga, który nie spocznie dopóki krasnolud nie zostanie zgładzony. Podczas, gdy Gandalf (Ian McKellen) wraz ze swoim przyjacielem próbują poznać siłę, która włada orkami, Bilbo i krasnoludy próbują wydostać się z niewoli u elfów i kontynuować podróż. Z pomocą przychodzi im człowiek imieniem Bard (Luke Evans), który nie tylko pomaga im uciec przed Orkami, ale również i przedostać się do miasta leżącego na jeziorze tuż pod Samotną Górą.

 

Przyrównując „Pustkowie Smauga" do „Niezwykłej podróży" można powiedzieć jedno, film jest zdecydowanie lepszy. Powtarza się sytuacja, jak z „Władcy Pierścieni", gdzie „Drużyna pierścienia", choć interesująca była bardziej flegmatyczna niżeli późniejsze „Dwie wieże". Taka już zapewne tradycja, a w drugiej odsłonie Hobbita akcja jest pierwszorzędna. Opowieść rozwija się przede wszystkim fabularnie. Nie jest to już jedynie historia o podróży donikąd, bo cel staje się jak najbardziej namacalny. Dochodzi do tego szereg innych wątków oraz innych emocji. Z krainy orków wędrujemy do elfów, gdzie nakreślone zostają pradawne konflikty, ale i odnajdują się nowi sprzymierzeńcy. Przy wizycie u ludzi odczuć można demony przeszłości spoczywające nie tylko na krasnoludach, ale również co niektórych ludzkich postaciach, jak Bard. Każdy kolejny etap podróży ukazuje nie tylko podejście ras do krasnoludów, ale przede wszystkim pozwala zbudować nową, potężną armię. Fascynujące jest tutaj to, jak wiele wątków z „Władcy pierścieni" zostaje tutaj rozpoczętych. Zobaczyć można skąd się wzięło to wielkie oko Saurona, rozwija się też zabawa Bilbo z pierścieniem, no i przede wszystkim spotykamy ponownie Legolasa! Czegoż chcieć więcej? Wątki płynnie przechodzą między sobą, nie ma wrażenia niespójności- przynajmniej dla mnie. Do tego obraz jest bardzo dynamiczny, a wszelkie statyczne sceny nie zanudzają, tak jak przy pierwszym filmie. Wszystko wydaje się mieć sens dla późniejszych filmów i rzeczywiście tak jest. Niektóre sceny i koncepcje mogą wydawać się dość pokraczne, jak chociażby uczucie, które połączy krasnoluda z elfką, ale czymże byłby ten film bez odrobiny szaleństwa.

 

Kolejni raz twórcy zaskakują nas wykonaniem obrazu. Już jakiś czas temu, przy okazji filmów „Władca Pierścieni" dowiedzieliśmy się, że te filmy to przede wszystkim epickie widowisko. Nie całkowicie bezsensowne, oj nie, ale przede wszystkim nastawiamy się na spektakularne doznania wzrokowe i dźwiękowe. „Pustkowie Smauga" to pod tym względem nic nowego. Cudowne zdjęcia nowozelandzkich gór i zapierających dech w piersi krajobrazów, to jedynie mała kropla w morzu wspaniałości. Efekty komputerowe wykorzystane możliwie najlepiej jak to jest tylko możliwe. Zabawa z każdym szczegółem jest tutaj widoczna. Nie trzeba już nawet wspominać o charakteryzacji, bo to zawsze jest na wysokim poziomie. Świetnie rozegrane sceny i zdjęcia w ruinach orków mają niesamowicie mroczny, surowy klimat. Nawet takie miasto jak Esgaroth ma swój urok, ze względu na okolice i nietypowe wody, na których jest umiejscowione. Zachwycające! Jednakże to co najbardziej porywa, to na co czeka wielu to smok imieniem Smaug. Tutaj najwięcej się podziało i sporo pracy zajmowało stworzenie tego pięknego giganta. Jest to jeden z najpiękniejszych smoków, jakie pojawiają się w kinie.

 

Muzycznie i dźwiękowo film utrzymuje się w klimacie poprzedników. Muzyka Howarda Shore niczym z celtyckiej krainy, jednym razem bardziej skoczna innym nostalgiczna. Świetnie zsynchronizowana z akcją, wspaniale się z nią uzupełnia. Idealnie. Przebojem po tym filmie stał się kawałek „I see fire" w wykonaniu Eda Sheerana, który traci jakiś swój urok, gdy nie następuje zaraz po tych osobliwych wrażeniach z filmu.

 

Gwiazdorska pojawia się tu obsada- nie ma ku temu żadnych wątpliwości. Nie skupiamy się już na starych bohaterach, weteranach w tej niesamowitej podróży, a jedynie na światełkach nadziei na rozwinięcie. Totalny zachwyt wzbudzają trzy elfy, dzięki którym na ekranie pojawił się nasz stary nowy przyjaciel, czyli Orlando Bloom ponownie w roli Legolasa. Widać, że uległ diametralnej zmianie od ostatniego filmu i paradoksalnie wygląda starzej, choć akcja umiejscowiona jest wiele lat wcześniej. Wygląda jeszcze przystojniej i sprawia wrażenie jeszcze bardziej zaangażowanego w rolę. Świetnie współgra z Evangeline Lily, która gra tutaj jego kompana i rozjaśnia ekran lepiej niżeli Arwena. Zaskakująco prezentuje się Lee Pace, który poprzez charakteryzację zmienił się nie do poznania. Niesamowicie! Miło jest popatrzeć również na Luke'a Evansa, który wciela się w postać wzbudzającą wiele sprzecznych emocji. Ciężki do rozgryzienia, odrobinę tajemniczy, ale i odważny. Wzrusza, zachwyca, no i pięknie się prezentuje. Reszta załogi, czyli Freeman i rzesza krasnoludów stają na wysokości zadania, choć nie ma tutaj nikogo kto mógłby się wyróżnić. Ian McKellen również nie zawodzi. Zawsze miło popatrzeć na tego staruszka z siwą brodą, który toczy bój o przyszłość.

 

Po premierze filmu „Hobbit: Pustkowie Smauga" w sieci pojawiło się bardzo wiele niepochlebnych opinii o tempie obrazu i użytych efektach. Mogłabym się zgodzić z wieloma zarzutami, ale z pewnością jak dla mnie film był lepszy od „Niezwykłej podróży". Akcja się zagęszcza, zostaje wprowadzonych wiele wątków, które finał znajdują w trylogii „Władca Pierścieni", no i przede wszystkim film zachwyca wizualnie. Efekty nie wyglądają karykaturalnie, wręcz przeciwnie- wszystko wypada nadzwyczaj naturalnie, tzn. oprócz smoka, ale smok to smok i trzeba się cieszyć, że tak grozą powiało dzięki niemu. Ciekawie się potoczyła akcja i jedyne co można by zarzucić twórcom to ten finał... Finał, który mógłby stanąć w szranki z najlepszymi serialami telewizyjnymi, których zamknięcia sezonów kończą się tak zaskakującymi cliffhangerami. I choć jest to spory cios dla widza, to jednak nic nie zapowiada tak fantazyjnej akcji w filmie „The Battle of Five Armies" (no chyba, że Jackson postanowi raz jeszcze zmienić tytuł), jak właśnie scena zamykająca drugi film „Hobbita". Zdecydowanie lepiej odbieram drugą produkcję i z utęsknieniem wyczekuję ostatniej!

 

 
Oceń ten artykuł
(7 głosów)

 

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Hobbit: Pustkowie Smauga

Dodatkowe informacje:

Współpracujemy z: